wtorek, 29 grudnia 2009

Drapiąc chmury


Szczyty gdyńskich Sea Towers giną w chmurach. Choć na co dzień widok z najwyższych pięter musi należeć do najpiękniejszych w Polsce, czasem, jak widać, bywa jednak dość ograniczony.


Na pierwszym planie maszty "Daru Pomorza".

niedziela, 27 grudnia 2009

Miłość i krew. I Paris Hilton

Kilka dni temu na ekrany polskich kin wszedł pierwszy z dwóch filmów na podstawie powieści autorstwa Jana Guillou o Arnie Magnussonie, o których wspominałam jakiś czas temu. No i po prostu nie mogę przemilczeć tego, jaki tytuł polscy dystrybutorzy zdecydowali się nadać temu filmowi: "Templariusze. Miłość i krew". Cóż powiedzieć: drrramat. Dla porównania, w oryginale film ten nazywał się "Arn - Tempelriddaren" (Arn - Templariusz), a powieści, na podstawie których go nakręcono "Vägen till Jerusalem" (Droga do Jerozolimy) i "Tempelriddaren" (Templariusz); polskie tłumaczenia książek też idą raczej w tym kierunku, rezygnując z drrramatu na rzecz wierności oryginałowi. Druga część filmu i zarazem trzecia powieść cyklu nosi tytuł "Riket vid vägens slut" (Królestwo na końcu drogi) - już widzę to tłumaczenie na coś w rodzaju: "Templariusze - ostatnie starcie" czy też "Templariusze - zagłada".

Nawiasem mówiąc, mimo że film nie jest zły, to jednak bardziej polecam książki. Choć nie tak łatwo przez nie przebrnąć, bo narrację mają gęstą, a wydarzenia nie spieszą się za bardzo z toczeniem.* I jeszcze lojalnie ostrzegam, że - wbrew tytułowi - zarówno książki, jak i filmy, są bardziej o średniowiecznej Szwecji niż o wyprawach krzyżowych. Co dla mnie osobiście jest ich zaletą, ale co kto lubi.

Kontynuując tę dygresję na zasadzie luźnych skojarzeń: w filmie gra między innymi niejaki Michael Nyqvist, który nie tak dawno gościł na polskich ekranach w jednej z głównych ról w filmie "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet".** Przy okazji tego filmu - jak za prawie każdym razem, gdy grają u nas coś z Północy - można było wyczytać tu i ówdzie pełne zachwytu opinie, że to takie ciekawe i życiowe, iż bohaterowie tych filmów wyglądają bardzo przyziemnie, a nie są tacy wymuskani, jak bohaterowie filmów amerykańskich. Zawsze jak czytam coś takiego, chce mi się śmiać - ktoś, kto wypisuje takie rzeczy, z pewnością nigdy nie był w Sztokholmie. Gdyby był, to by wiedział, że te zmęczone życiem twarze są co najmniej równie odległe od tamtejszej rzeczywistości, co wymuskane twarze hollywoodzkich aktorów od rzeczywistości amerykańskiej - choć odchył następuje tu w drugą stronę. Co już samo w sobie jest ciekawostką wartą jakiejś głębszej socjologicznej analizy.

Aby to zilustrować, posłużę się przykładem. Znajomy Amerykanin, mieszkający w Sztokholmie, stwierdził kiedyś, że przeprowadzka tutaj wpłynęła bardzo negatywnie na jego samoocenę: otóż dopóki mieszkał w Stanach, czasami, w przypływie dobrego humoru i akceptacji swojej osoby, zdarzyło mu się pomyśleć o sobie, że jest całkiem przystojny. Jak się przeprowadził do Szwecji, po takich myślach nie pozostał nawet ślad: "Tu nawet bezdomni są ode mnie przystojniejsi!" - skomentował z żalem. Sztokholm jest bowiem, jak chyba mało które miejsce na Ziemi, pełen ludzi "zrobionych", zadbanych do ostatniego szczegółu, ubranych, uczesanych i umalowanych według ostatnich mód i trendów. W porównaniu ze sztokholmczykami każdy zaczyna się czuć szarą myszą.

W lansie szczególnie celuje dzielnica Östermalm. Aby dostać się tam do klubu czy baru często trzeba nie tylko odstać swoje w kolejce i zapłacić niemałą sumę za wstęp, ale także przejść na wejściu przez ostrą selekcję pod kątem zaopatrzenia w odzież i obuwie z najnowszych kolekcji znanych projektantów. Pewien irlandzki komik zamieszkały w szwedzkiej stolicy podsumował to kiedyś tak: gdy któregoś wieczora znajdziesz się gdzieś w Sztokholmie i - na skutek, na przykład, długiego i intensywnego imprezowania - nie będziesz pewien, w której części miasta się aktualnie znajdujesz, spójrz na ludzi dookoła. Jeżeli wszystkie kobiety wyglądają jak Paris Hilton, znaczy to, że jesteś na Södermalm. Jeżeli wszyscy mężczyźni wyglądają jak Paris Hilton - to z pewnością Östermalm.

* Dodam jeszcze gwoli ścisłości, że nie mam pojęcia, jak się sprawił polski tłumacz, bo nie zaglądałam do polskich wersji, tylko wiem, że są.

** W kinematografii szwedzkiej, podobnie jak polskiej, wciąż powtarzają się ci sami aktorzy, tylko w różnych konfiguracjach. Gdy na czwartym roku studiów oglądaliśmy regularnie dokonania owej kinematografii na zajęciach ze szwedzkiego, zaczynając każdy seans mogliśmy tylko zgadywać, komu tym razem przypadnie rola czyjego męża, brata, córki, siostry, kochanki, ojca, szefa, sąsiada... A wspomniany tu pan Nyqvist pojawiał się co najmniej w połowie tych filmów.

sobota, 26 grudnia 2009

Piaskowa szopka


Z powodu nagłego ataku plusowych temperatur część ekipy Trzech Króli straciła twarze.


Jak widać w prawym górnym rogu powyższego zdjęcia, całość stoi na tle blue-boksu. Czyżby planowano tu jakiś film z rozbudowanymi efektami specjalnymi...?

czwartek, 24 grudnia 2009

Znów są Święta

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Czytaczom wszystkiego najlepszego, a także dedykuję szwedzką kolędę, stanowiącą przykład niezwykle wyrafinowanej twórczości mieszkańców tego kraju. Od czasu, gdy zetknęłam się z nią pierwszy raz, jej niesamowity kunszt poetycki nie przestaje mnie zachwycać, a zawarta w tekście głębia skłania do refleksji nad mądrością ludową... A idzie ona tak:

Nu är det jul igen
Och nu är det jul igen
Och julen varar än till påska
Och
det var inte sant
Och det var inte sant
För däremellan kommer fasta.

Czyli na nasze:

Znów są Święta
Znów są Święta
A Święta potrwają aż do Wielkanocy
A to nieprawda

A to nieprawda
Bo w międzyczasie jest post.

Śpiewa się to tańcząc w kółko wokół choinki, co można zaobserwować, o ile mnie pamięć nie myli, w filmie "Fanny i Aleksander".

No dobrze, dosyć już tego sarkazmu, szczególnie, że są Święta. Tak więc aby być sprawiedliwym: są w Szwecji także ładne kolędy. I jeszcze raz wszystkiego najlepszego!

wtorek, 22 grudnia 2009

Zima na Bałtyku


Znów muszę się usprawiedliwiać z jakości fotografii. Gdybym się do nich przyłożyła, być może lepiej by mi się udało oddać mroźne piękno tego widoku, różne odcienie bladego błękitu, złote odblaski słońca w chmurach i na falach, mgłę unoszącą się nad wodą niczym dym... Ale "prawdziwy" aparat zakopany był głęboko w walizce i było tak strasznie zimno, że wołami by mnie nie wyciągnięto na zewnętrzny pokład. Zresztą, robi się zimno już od samego patrzenia na szybę tak oblodzoną, jak na zdjęciu poniżej. Której zresztą też nie udałoby mi się uchwycić, gdybym wyszła na zewnątrz.


Ech, wymówki...:)

niedziela, 20 grudnia 2009

Pomysł na prezent


Zobaczyłam ją parę dni temu w sklepie z gadżetami Design Torget: gra planszowa pod tytułem "Sthlm Maffia". Według opisu chodzi w niej o to, aby "wspiąć się na szczyt sztokholmskiego podziemia (dla mnie to sprzeczność, ale co ja tam wiem o podziemiu Sztokholmu!) za pomocą rozbojów, przemytu i morderstw." Bardzo przepraszam za jakość zdjęcia, ale jak podziemie, to podziemie - warunki do fotografowania i sprzęt były dalekie od profesjonalnych. Lepszej jakości zdjęcia, a także opis gry, można znaleźć tu.

A jakby kogoś temat szwedzkiej przestępczości zorganizowanej interesował całkiem na serio, również służę linkiem.

piątek, 18 grudnia 2009

Znów zaskoczyła


"Niebezpieczeństwo obsunięcia się śniegu i spadających sopli."

Śnieg padał tu właściwie bez przerwy przez dwie doby, wobec czego chodniki na moim osiedlu zamieniły się w półmetrowe zaspy, a samochody jeżdżą wydrążonymi rowami. Wczoraj panował w Sztokholmie chaos, autobusy utknęły w zaspach, kolejki jeździły ze sporymi opóźnieniami. Po południu strona internetowa komunikacji miejskiej przeciążyła się od zbyt wielkiej liczby internautów, próbujących sprawdzić aktualną sytuację.

Trzy lata temu w listopadzie było podobnie: samochody utknęły w śniegu na kilku ważnych drogach, kompletnie je blokując. Przez parę godzin miasto stało; najbardziej zdesperowani szli przez śniegi na piechotę. Dwa lata temu na drodze krajowej 73 między Sztokholmem a Nynäshamn ponad tysiąc osób utknęło na kilka godzin, niektórzy na prawie pół doby.

Zima co roku zaskakuje!

wtorek, 15 grudnia 2009

13 grudnia, część 2

Na moich studiach istniała tradycja, zgodnie z którą studenci pierwszego roku byli zawsze odpowiedzialni za przygotowanie obchodów dnia Świętej Łucji.

Zaczynało się od wypieku pepparkakor - szwedzkich pierniczków - i wyrobu dekoracji w domu pastora w Szwedzkim Kościele Marynarza w Gdyni. Następnie uczyło się mniej lub bardziej na pamięć szwedzkich kolęd (częściej jednak pisało ściągi na podkładkach pod świece), wypożyczało stroje od pastora i wybierało Łucję spośród studentek (biedaczka - korona była strasznie ciężka, a poza tym co chwila musieliśmy jej wyczesywać z włosów wosk, który kapał ze świec - niełatwe zadanie. Mimo to nie miała wcale ochoty zrzec się zaszczytu i dzielnie szła na czele pochodu!). A następnie ruszało się w tournée! Najpierw po wydziale - studenci innych kierunków, jeszcze mniej niż nobliści zorientowani w szwedzkich zwyczajach, byli niezwykle zdziwieni, gdy grupa dziwnie ubranych ludzi wpadała nagle na zajęcia, śpiewając w jakimś egzotycznym języku. Następnie do Kościoła Szwedzkiego, gdzie w ten dzień zbierali się mieszkający w regionie Szwedzi; czasem też do szwedzkiego konsulatu.

Nasz rok okazał się też na tyle chytry, że przyjęliśmy zaproszenie od operatora promów do Szwecji, żeby wystąpić przy okazji uroczystego obiadu na pokładzie ich promu, w zamian za możliwość poczęstowania się później tym obiadem. Ze względu na niskie sufity i czujniki przeciwpożarowe nie pozwolono nam jednak nawet zapalić świec. Wtedy to odczuliśmy na własnej skórze, jak nieprzyjemnym doświadczeniem jest śpiewanie czy granie "do kotleta" i wszyscy stwierdziliśmy, że całe przedsięwzięcie było pomyłką. A lektorki nas ostrzegały...!

Gdy byłam na drugim roku, zaproszono nas też do Domu Kultury w Ełku. Mieli oni wówczas taki zwyczaj, że dwa razy w roku organizowali dni poświęcone jakiemuś krajowi - wtedy w grudniu padło akurat na Szwecję, więc nas zaproszono, żebyśmy zaprezentowali zwyczaje kraju. Zaśpiewaliśmy w domu dziecka, w szpitalu i gdzieś jeszcze (ech, pamięć już nie ta!), a na koniec na scenie samego Domu Kultury, za kulisami której mieliśmy okazję podziwiać pamiątki pozostawione przez sławy, występujące tam przed nami, na przykład Kabaret Potem. Na widowni obecnych było paru Szwedów, którzy przyłączyli się do naszego śpiewania.

A wszystko to robiliśmy bez jakiegokolwiek przygotowania wokalnego, z wyjątkiem może paru ćwiczeń, do których zmusiła nas raz pani w domu pastora. Nasi biedni słuchacze musieli być niezwykle straumatyzowani.


Czego nie powiem o słuchaczach (do których i ja się zaliczam) występu z powyższego zdjęcia, w ostatnią niedzielę w jednym ze sztokholmskich klubów - chór brzmiał jak najbardziej profesjonalnie. Co, jak podpatrzyłam, nie znaczy, że i jego członkowie nie uciekali się do pisania ściąg na podkładkach pod świece...

niedziela, 13 grudnia 2009

13 grudnia


Dzień ten ma w Szwecji zupełnie inne konotacje, niż w Polsce - jak najbardziej pozytywne. To dzień Świętej Łucji, jedno z najważniejszych szwedzkich świąt, dzień światła i nadziei.

Święta Łucja żyła na przełomie III i IV wieku na Sycylii, zginęła śmiercią męczeńską. W którym to procesie, oprócz innych nieprzyjemności, zostały jej wydłubane oczy (według niektórych wersji zrobiła to sobie sama, żeby się oszpecić i uniknąć tym samym oddania do domu publicznego, według jeszcze innych - wysłała je młodzieńcowi, który wcześniej pochwalił ich urodę, żeby dał jej spokój i przestał się starać o jej rękę), dlatego też jest patronką między innymi ociemniałych, a na wizerunkach przedstawia się ją z oczami na tacy, jak na fresku z kościółka Santa Maria Impensole w Narni. Swoją drogą, żywoty średniowiecznych świętych mogłyby być niezłym materiałem na niejeden horror; ich twórcy chyba grali za dużo w gry komputerowe...

Łucja jest także patronką światła, o czym świadczy już jej imię, mające to samo źródło, co słowo lux, światło. Jej dzień przypada 13 grudnia, który według juliańskiego kalendarza był najkrótszym dniem w roku, następującym po najdłuższej nocy, kiedy jeszcze według pogańskich tradycji złe duchy czyhały na pogrążonych w ciemności ludzi. Stąd zwyczaj luciavaka, czuwania w tę noc, aby nie dać się zaskoczyć złym duchom - do dzisiejszych czasów przetrwał wśród szwedzkiej młodzieży w postaci całonocnych imprez.* Po Świętej Łucji dzień się wydłuża, jest coraz jaśniej. Światło zwycięża nad ciemnością. Zapewne właśnie dlatego na pogrążonej w zimie w prawie nieustannej ciemności Północy czczenie katolickiej świętej przetrwało tak dobrze mimo czterystu lat protestantyzmu.

13 grudnia o świcie przez szwedzkie miasta, wsie, szkoły i biura przechodzą orszaki Świętej Łucji, śpiewając kolędy i pieśni opowiadające o tym, jak święta nawiedza domy i obiecuje, że ciemność wkrótce odejdzie. Na czele orszaku idzie dziewczyna ubrana w białą szatę (symbol czystości) przewiązaną czerwoną szarfą (symbol męczeństwa), z koroną płonących świec na głowie. Wybór dziewczyny do roli Łucji przypomina trochę konkurs Miss Szwecji, wybiera się je w poszczególnych miastach, ale też dla całego kraju. Za nią w orszaku idą ze świecami w rękach dziewczęta, tak samo ubrane, choć bez korony, a od jakiegoś czasu także chłopcy (w końcu mamy równouprawnienie), w szpiczastych czapkach ozdobionych gwiazdami.

Specjalny pochód, parę dni wcześniejszy, urządza się dla goszczących w Grand Hotelu laureatów Nagrody Nobla, przybyłych do Sztokholmu na uroczystość ich rozdania, 10 grudnia. Laureaci pochodzą z różnych krajów i często mają niewielkie pojęcie o szwedzkich zwyczajach, tak więc bycie obudzonym skoro świt przez śpiewające Szwedki w białych szatach może być dla nich nie lada zaskoczeniem.

W następnym odcinku podzielę się kilkoma kombatanckimi historiami związanymi z obchodami dnia Świętej Łucji. Stay tuned!

* Z którego to powodu miałam między innymi niepowtarzalną okazję wysłuchać dziś o drugiej w nocy od sąsiadów, przez ścianę, wszystkim nam aż za dobrze znanego arcydzieła muzyczno-lirycznego pt. "Last Christmas". Jak powiada reklama: bezcenne!

Zdjęcie: Claudia Gründer, za: http://en.wikipedia.org/wiki/File:Lucia-13.12.06.jpg

piątek, 11 grudnia 2009

Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi przez wzgląd na ekologię


Takie plakaty, jak powyższy, rozwiesili ostatnio w stołówce u mnie w pracy. W wolnym tłumaczeniu: "Niewyrzucanie jedzenia jest dobre dla klimatu!"* Osobiście zgadzam się z postulatem - takie już otrzymałam wychowanie - ale jego umotywowanie... może jestem dziwna, ale tu po prostu coś jest nie tak.

Zasadniczo, w Szwecji istnieją dwie główne motywacje dla robienia czegokolwiek: bezpieczeństwo i ekologia. Trudno powiedzieć, na temat którego kosmiczny naród ma większego fioła. Ekologiczne produkty (np. ekologiczne pomidory), ekologiczna komunikacja miejska, ekologiczna energia... Jednocześnie zauważyłam, że nie przekłada to się na taką "codzienną ekologię", wyrażającą się na przykład w gaszeniu po sobie światła, wyłączaniu na noc służbowego komputera czy zabieraniu własnych siatek na zakupy. A w całym kraju wyrzuca się podobno rocznie 100 kilogramów nadającego się do spożycia jedzenia na osobę.

* Wolnym, bo klimatsmart to przykład szwedzkiej nowomowy, wobec której polszczyzna staje bezradna.

czwartek, 10 grudnia 2009

Uległam panice

Dałam się zaszczepić na świńską grypę. Na moje usprawiedliwienie mam to, że przyjechali ze szczepionkami do mnie do pracy i szczepili wszystkich jak leci, więc nie wymagało to z mojej strony żadnego wysiłku ani nakładów finansowych. No, może z wyjątkiem konieczności wstania o siódmej rano, co, szczególnie o tej porze roku, jest dla mnie przeżyciem traumatycznym. Aby wyrazić stan mojego umysłu o tej porze, posłużę się cytatem:


Jeżeli nie pojawi się już tu więcej dygresji, będzie to znaczyło, że sprawdziły się apokaliptyczne wizje szwedzkich brukowców, to znaczy dopadły mnie skutki uboczne, jak na przykład śpiączka bądź śmierć.

wtorek, 8 grudnia 2009

Prawa obywatelskie dla rodziny Bernadotte!


Postscriptum do mojej niedawnej dygresji o rodzinie królewskiej dostarczyło mi Stowarzyszenie Republikańskie, na którego stoisko natknęłam się w weekend w centrum Sztokholmu. Stali biedacy w deszczu, rozdawali ulotki i częstowali glöggiem oraz pierniczkami. Wypada zrekompensować się za obdarowanie tym wszystkim, pisząc parę słów o ich poglądach. A właściwie to wcale nie wypada, ale każdy pretekst jest dobry do dygresji na temat mniej lub bardziej dziwnych poczynań kosmicznego narodu.

Stowarzyszenie Republikańskie, czyli Republikanska Föreningen, jak nietrudno się domyślić, chce zniesienia monarchii. Bo to niedemokratyczne, stwarza kult jednostki (nie wiem, w stosunku do kogo, bo na pewno nie do biednego Karola Gustawa), wysyła w świat sygnał, że Szwecja jest krajem nienowoczesnym i zacofanym (bo oczywiście wszyscy za granicą ignorują całą resztę szwedzkich dokonań w tej kwestii i, patrząc przez pryzmat monarchii, stawiają Szwecję w jednym rzędzie z innymi tak zacofanymi państwami jak Wielka Brytania, Dania czy Holandia), a król, choć nie ma władzy politycznej, czasem się publicznie wypowiada, co wzbudza debaty (którego to argumentu już zupełnie nie rozumiem). Poza tym niesprawiedliwością jest, że król i jego rodzina nie mają takich praw obywatelskich, jak prawo głosu i decydowania w pełni o własnym życiu (księżniczki musiały uzyskać zgodę rządu na zamążpójście). O najrozsądniejszym, moim zdaniem, argumencie za obaleniem monarchii, mianowicie takim, że utrzymanie dworu i rodziny królewskiej kosztuje państwo ponad 112 milionów koron rocznie,* nie zająknięto się ani słowem.

Najbardziej jednak z tego wszystkiego spodobała mi się ilustracja w ulotce. Mówi ona o szwedzkim społeczeństwie wszystko:


* Dla porównania: utrzymanie norweskiego dworu królewskiego kosztuje 213 milionów koron, a duńskiego - 135 milionów. Podaję za dziennikiem Svenska Dagbladet.

niedziela, 6 grudnia 2009

W kwestii św. Mikołaja


...jako że dziś Mikołajki. Nie będzie chyba dla Czytaczy niespodzianką, jeżeli napiszę, że Szwedzi nie znają tradycji obdarowywania się prezentami z okazji 6 grudnia*. Jednak, co więcej, ten pogański naród nie zna nawet samego Świętego Mikołaja! Prezenty bożonarodzeniowe przynosi, w wigilijny wieczór, po tym, jak w telewizji wyemitowano "Kaczora Donalda" (jego emisja to tutejsza wigilijna tradycja. Naprawdę!), jultomte, czyli bożonarodzeniowy skrzat. A właściwie nie całkiem bożonarodzeniowy, bo słowo jul, którym po szwedzku oznacza się Święta Bożego Narodzenia, pochodzi od jōl - przedchrześcijańskiego, nordyckiego święta zimowego przesilenia. To już chyba Santa Claus z reklamy Coca-Coli jest bardziej bożonarodzeniowy...

* Chociaż ja wykorzystałam pretekst dzisiejszego dnia, żeby wypastować wszystkie buty.

czwartek, 3 grudnia 2009

Tajemnicze zniknięcie domku

Idąc dziś do pracy zauważyłam, że domek z Globen zniknął! Szkoda, bo to był przyjemnie zakręcony projekt. Mam nadzieję, że nie wpłynie to w negatywny sposób na plany wybudowania domu na Księżycu ani na edukację kosmicznego narodu w dziedzinie nauk ścisłych.

Za to już za kilka miesięcy Glob wzbogaci się o windę, którą będzie można wjechać na jego szczyt. Pierwsze wjazdy - 5 lutego.

środa, 2 grudnia 2009

Prosto w słońce

Takiego obrazka nam trzeba na grudzień! Dzisiaj akurat był tu słoneczny dzień, ale to nie do końca poprawiło mi nastrój, bo pozwoliło stwierdzić naocznie co następuje:
- pomimo wstania po ósmej, nie musiałam się specjalnie spieszyć, żeby być w stanie obejrzeć wschód słońca;
- zachód tegoż zaobserwowałam zaś z okna mojego biura o godzinie za dziesięć trzecia po południu.
Toż to wziąć i się pociąć! Ale cóż, taka jest cena tego, żeby na przeciwnym końcu roku można było być świadkiem zjawisk pięknych i wprawiających w dobry nastrój.

poniedziałek, 30 listopada 2009

Szwedzi to też ludzie

Jakiś czas temu rzucił mi się w oczy plakat reklamujący program kabaretowy/standup show zatytułowany "Svenskar är också människor" - Szwedzi to też ludzie. Jak wyczytałam z opisu przedstawienia, komik/pisarz/dziennikarz/językoznawca Fredrik Lindström przedstawia w nim w sposób humorystyczny szwedzką mentalność, ze szczególnym uwzględnieniem ciekawego paradoksu, polegającego na tym, że Szwedzi widzą siebie samych w niezbyt pozytywnym świetle, a jednocześnie uznają Szwecję za najlepszy kraj do życia. Bardzo żałuję, że nie mogłam wybrać się na to przedstawienie, szczególnie że chętnie dowiedziałabym się, czym niby przejawia się to, że Szwedzi mają o sobie samych nienajlepsze mniemanie, sama zauważyłam bowiem coś wręcz przeciwnego.


Przypadkiem jednak w tym samym czasie czytałam książkę zatytułowaną bardzo podobnie "Är svensken människa?" - Czy Szwed to człowiek? (tytuł zapożyczono zresztą z jakiejś starszej publikacji). Autorzy książki, Henrik Berggren i Lars Trädgårdh, postawili sobie za cel przeanalizowanie fundamentalnych zasad, na których opiera się szwedzkie społeczeństwo. W toku tej analizy wyszło im, że naczelną taką zasadą jest niezależność. Podstawowym założeniem szwedzkiego społeczeństwa jest więc według autorów to, żeby nikt od nikogo nie był w żaden sposób zależny. Na tym założeniu opierają się wszystkie społeczne relacje, łącznie z przyjaźnią, miłością, związkiem między partnerami czy rodzicami i dziećmi. Aby coś takiego mogło zadziałać w praktyce, konieczna była w pierwszej kolejności daleko posunięta emancypacja niższych warstw społecznych (szwedzki chłop, na przykład, zawsze cieszył się dużo większą wolnością niż jego odpowiednik dalej na południe), kobiet i dzieci, a następnie rozwinięty system pomocy finansowej od państwa. Szwed, według panów Berggrena i Trädgårdha, pozostaje w bezpośredniej relacji z państwem, w której to relacji nie pośredniczą, jak w innych społeczeństwach, rodzina, Kościół czy inne instytucje (autorzy porównują też trzy modele państwa dobrobytu: niemiecki, amerykański i szwedzki; w każdym z nich wyrysowują trójkąt jednostka-rodzina-państwo: w Szwecji jednostka jednoczy się z państwem przeciw rodzinie, w Niemczech państwo z rodziną przeciw jednostce, a w USA jednostka z rodziną przeciw państwu).

Na tym jednak rozumowanie się nie kończy. Jeżeli bowiem państwo miałoby wspierać finansowo potrzebujących, byłoby to upokarzające i stygmatyzujące dla jednostek korzystających z tego wsparcia, a to z kolei przeczyłoby kolejnej podstawowej zasadzie szwedzkiego społeczeństwa, zasadzie równości. Dlatego też wszyscy dostają po równo, niezależnie od potrzeb. I tak oto otrzymujemy szwedzki model państwa opiekuńczego. Od siebie dodam, że sama nazwa "państwo opiekuńcze" kojarzy mi się z nietraktowaniem obywateli jako poważnych, dojrzałych ludzi i w związku z tym dobrze mi do tego modelu pasuje.

A swoją drogą to ciekawe, że, jak wynika z podanych tu tytułów, Szwedzi tak często poddają w wątpliwość własną przynależność do gatunku homo sapiens...

Źródło zdjęcia:
http://www.artist1.se/shower/svenskar_ar_ocksa_manniskor.htm


sobota, 28 listopada 2009

Potęga mojej osobowości

Rozmawiałam niedawno z pewnym post-dokiem, który zajmuje obecnie biuro, w którym ja pracowałam w zeszłym semestrze. Wraz z biurem odziedziczył po mnie całe jego wyposażenie, między innymi komputer. Gdy się poznaliśmy i zorientował się, skąd pochodzę, jedną z pierwszych rzeczy, które od niego usłyszałam, było: "A, to dlatego wszystko w moim komputerze jest po polsku!" Co więcej, w administracji powiedziano mu podobno, że aby zmienić język na jakiś bardziej międzynarodowy, trzeba by przeinstalować cały system.

Przyznam, że wprawiło mnie to w konsternację. Bo daję słowo, że gdy ja na tym komputerze pracowałam, jedynym programem, który był tam po polsku, był Firefox, którego zresztą sama zainstalowałam. Niczego więcej nie ruszałam. Nie mówiąc już o przeinstalowywaniu systemu (logika mi podpowiada, że skoro w celu zlikwidowania obecnych ustawień komputera potrzebne jest przeinstalowanie, to do ich wprowadzenia wymagany był analogiczny proces. Choć może popełniam tu podstawowy błąd próbując zaaplikować logikę do czegoś takiego jak komputery, jakby doświadczenie nie podpowiadało mi, że jest to bezcelowe i z góry skazane na niepowodzenie): wydaje mi się, że do czegoś takiego potrzebne są uprawnienia administratora, odpowiednie umiejętności oraz chęć. Żadnej z tych rzeczy nie posiadam ani też nie posiadałam w zeszłym semestrze. Wszystko to razem wydało mi się wysoce podejrzane.

A potem, stosując metodę Sherlocka Holmesa (po odrzuceniu wszystkich rozwiązań, które są niemożliwe, pozostaje to, które musi być prawdziwe. A może to był Poirot...?), wpadłam na jedyne możliwe rozwiązanie: to po prostu niesamowita potęga mojej osobowości! Mając mnie przed sobą kilka godzin dziennie przez kilka miesięcy, komputer zaczął odbierać moje fale mózgowe i sam dostroił się do języka moich myśli! Teraz widzę, że to oczywiste i zastanawiam się, dlaczego wcześniej na to nie wpadłam.

Jeszcze trochę poćwiczę i może uda mi się nawet zostać rycerzem Jedi.

środa, 25 listopada 2009

Podręcznik do komunikowania się z istotami nadnaturalnymi

Pokontynuuję jeszcze tematy cokolwiek królewskie, bo znalazłam dzisiaj pewną ciekawostkę. Mianowicie, królowa Sylwia wydała właśnie modlitewnik. Nie jest to może jakaś specjalna nowość, królowie, królowe i książęta często w dawnych czasach mieli własne modlitewniki. A jednak informacja o tym wprawiła mnie w pewne zdziwienie, jak za każdym razem, gdy natykam się w tym, chyba najbardziej zeświecczonym kraju świata, na przejawy tego, że stare, religijne tradycje są nadal obecne, mimo wszystko wryte w głębokie warstwy świadomości - zbyt głębokie, żeby je było widać na pierwszy, a nawet drugi czy trzeci, rzut oka. Dysonans poznawczy? Z drugiej strony wyczytałam też w internecie komentarze nazywające tę książkę "podręcznikiem z magicznymi formułami do telepatycznego komunikowania się z istotami nadnaturalnymi", co pozwoliło mi załagodzić nieco dysonans i powrócić do mojej wizji Szwecji:)


"Modlitewnik Królowej Sylwii" zawiera około 100 modlitw, zarówno tradycyjnych (np. "Ojcze nasz" w dwunastu językach), jak i nowych, m.in. jedną autorstwa samej królowej, którą napisała w wieku 11 lat (Tęcza / stoi na Ziemi / jak most / do nieboskłonu. / Tęcza / powstaje / gdy wspaniałe słońce / rozbija się w deszcz.), albo "modlitwę dziennikarza", jak nazwała ją jej autorka, pisarka i dziennikarka Ami Lönnroth (zaczyna się słowami: Boże, nie wiem, czy istniejesz. Wątpliwość jest wszak sprawą honorową w moim zawodzie.) Dobór modlitw obraca się wokół tematu starości, dzieci oraz "odpowiedzialności człowieka za stworzenie", jak to ujęto w pewnym artykule - innymi słowy, ekologii. Wszystko to jest uzupełnione zdjęciami natury autorstwa króla.

Źródło zdjęcia: http://www.stockholmsstift.se

poniedziałek, 23 listopada 2009

Po królewsku


Miałam w zeszłym tygodniu okazję obserwować zmianę wart przed Pałacem Królewskim, co mnie zainspirowało do napisania paru słów na temat szwedzkiej rodziny królewskiej. To będzie dygresja edukacyjna:)

Zacznijmy od tego, że Szwedzi, z ich obsesją na temat równości, są ostatnim narodem, którego można by podejrzewać o zachowanie monarchii. A jednak nadal większość społeczeństwa ją popiera. Choć nie brak i słów krytycznych - na przykład ze strony mojej byłej szefowej, która stwierdziła kiedyś, że monarchia to przeżytek, szczególnie, że co to w ogóle jest za rodzina królewska, ledwo 200 lat na tronie i to wywodzi się od jakiegoś żołnierzyka (założyciel dynastii Bernadotte, Jean Baptiste, był synem prawnika i marszałkiem w napoleońskiej armii - objęcie szwedzkiego tronu zaproponowano mu, ponieważ był wakat, a Francja akurat w tamtym momencie wygrywała. Jean Baptiste skwapliwie skorzystał, a gdy Napoleon zaczął przegrywać, nie zawahał się przejść na drugą stronę, dzięki czemu Szwecja wyszła z wojen napoleońskich zwycięsko i w nagrodę otrzymała Norwegię). Gdyby to była poważna rodzina królewska, jak na przykład duńska*, to by było co innego.

Król nie ma zbyt wiele do powiedzenia w sprawie polityki, jego funkcje ograniczają się do czysto reprezentacyjnych. Obecnie tron zajmuje Karol XVI Gustaw, który wyglądem przypomina nieco podstarzałego wujka i który nie cieszy się jakimś szczególnym poważaniem narodu. Jest on też 190. (czy coś koło tego) w kolejce do brytyjskiego tronu. Szesnasty numer przy jego imieniu wynika z tego, ze w XVII wieku (mniej więcej w tym samym czasie, gdy w Polsce szerzył się sarmatyzm) dorobiono szwedzkim królom mitycznych przodków, tak naprawdę znanych jest tylko dziewięciu poprzednich Karolów na szwedzkim tronie. Poza tym ma dysleksję i w związku z tym problemy z napisaniem poprawnie nawet własnego imienia, kilka razy robił błędy podpisując ważne dokumenty, na przykład przy okazji swojego wstąpienia na tron. Królowa Sylwia, pół-Niemka, pół-Brazylijka poznała króla pracując jako tłumaczka na Igrzyskach Olimpijskich w Monachium; nie ma królewskiego pochodzenia, przez co para musiała czekać ze ślubem do czasu objęcia przez Karola Gustawa tronu. Królowa, mimo ponad trzydziestu lat w Szwecji, nadal mówi po szwedzku z wyraźnym niemieckim akcentem.

Najstarsza córka i następczyni tronu, Wiktoria księżna Västergötland, kształcona na różnych szwedzkich i światowych uniwersytetach (m.in. Yale), stanowi jeden z ulubionych tematów popularnych gazet, szczególnie po ogłoszeniu zaręczyn ze swoim osobistym trenerem i właścicielem sieci siłowni, niejakim Danielem Westlingiem. Drugie dziecko, Karol Filip książę Värmland, urodził się jako następca tronu, ale mógł się tym zaszczytem cieszyć zaledwie kilka miesięcy, dopóki nie zmieniono prawa na bardziej profeministyczne. Jako jedyny z rodzeństwa jest singlem, kiedyś nawet zdarzyło mi się czytać artykuł wypełniony radami na to, jak go poderwać, zawierający sformułowania w rodzaju "Jeżeli twoim długoterminowym celem jest miejsce na zdjęciu rodzinnym koło królowej Sylwii." Obecnie teoretycznie zajmuje się studiami na uczelni, na której jeszcze do niedawna studiowała Moja Sista, ale podobno zamiast uczęszczać na zajęcia rozbija się swoim porsche. Wyścigi samochodowe to zresztą jego hobby. Podobnie jak, ostatnio, projektowanie sztućców na wesele siostry. Najmłodsza z rodzeństwa, Magdalena księżna Hälsingland i Gästrikland, podobno nie grzeszy bystrością, za to rekompensuje wyglądem.

Z innych ciekawostek, król ma też na przykład siostry, z których dwie wyszły za osoby "z ludu", przez co tytułuje się je Księżniczka Małgorzata, pani Ambler oraz Księżniczka Krystyna, pani Magnuson. Jak zareagują specjaliści od etykiety, tytułowania i heraldyki na precedens w postaci poślubienia takiego właśnie człowieka z ludu przez następczynię tronu, czas pokaże.

* Wprawdzie przedstawiciele linii Schleswig-Holstein-Sonderburg-Glücksburg panują tam dopiero od 1863 roku, ale wywodzą się z dynastii Oldenburgów, która zajmowała duński tron od 1448 roku.

czwartek, 19 listopada 2009

Noc na Södermalm



Zatyczki

Ponieważ mieszkam obok Globen, często idąc z pracy mam okazję wmieszać się w tłumy zmierzające na rozmaite imprezy, koncerty i mecze hokejowe się tam odbywające. Wśród ludzi kręci się wtedy mnóstwo sprzedawców oferujących zatyczki do uszu, mające chronić publiczność przed hałasem generowanym przez imprezy, w których ma zamiar wziąć udział.

Zastanawiam się wtedy: czy nie byłoby łatwiej, praktyczniej i ekonomiczniej dla wszystkich zainteresowanych, gdyby po prostu przykręcić nieco nagłośnienie wewnątrz Globu? Czy to zbyt proste i banalne rozwiązanie...? A może działa tu po prostu jakaś wszechmocna Mafia Sprzedawców Zatyczek?

sobota, 14 listopada 2009

Praca w soboty

Są takie momenty w mojej pracy, kiedy dopada mnie panika związana ze zbliżającym się deadline'em i/lub rozczarowanie własną bezproduktywnością. Wtedy zdarza mi się przyjść do pracy w sobotę.

Widok biurowca w sobotę nie przywodzi na myśl pozytywnych skojarzeń. Nawet mimo że moja uczelnia nie ma jakichś szczególnie złowrogich, starych budynków. Wejście jest zamknięte, trzeba je sforsować za pomocą karty magnetycznej i kodu. Stołówki i bary pozamykane; światła powyłączane, palą się tylko pojedyncze świetlówki, oznaczenia wyjść ewakuacyjnych oraz diody drukarek i kopiarek, które przeszły w tryb uśpienia - jedną z nich będę musiała obudzić. Atmosferę pogłębia jeszcze to, co za oknem: sztokholmski listopad, ciężkie, szare chmury, deszcz i zmrok zapadający już po trzeciej. Moje biuro jest na samym końcu długiego i wąskiego korytarza. I ani żywej duszy, jestem jedyną osobą na piętrze, jeżeli nie w ogóle w całym budynku. Zaczynam nerwowo reagować na wszelkie odgłosy.

W takich chwilach człowiek zaczyna żałować, że tyle się w życiu filmów naoglądał. Na czele z tym ostatnim, obejrzanym wczoraj za namową Sista, ukazującym Szwecję taką, że nic, tylko się spakować i wyjechać póki człowieka jakimś cudem jeszcze nic strasznego nie spotkało, i to najlepiej od razu na antypody.

Ech, nie opłaca się przychodzić do pracy w soboty...

poniedziałek, 9 listopada 2009

Jaka piękna katastrofa!

Nie tylko Polacy lubują się w celebrowaniu narodowych porażek. Szwedzi swoją popisową, spektakularną porażkę z wielkim nakładem pracy i kosztów wydobyli z dna morza, przez trzydzieści lat pucowali, rekonstruowali i konserwowali, następnie obudowali muzeum i od dwudziestu lat z dumą pokazują turystom.


Porażkę wybudowano w roku 1628 w stoczni na Skeppsholmen (dziś Blasieholmen) w Sztokholmie, ozdobiono ponad 900 barwnie malowanymi rzeźbami, wyposażono w 64 działa różnej wielkości oraz dziesięć żagli o powierzchni prawie 1300 m² i nazwano "Vasa". Tak wyposażona wyruszyć miała ona na morza Europy, aby wspomagać szwedzkiego króla Gustawa Adolfa w wojnie trzydziestoletniej (która na tym etapie była jednakże na razie jeszcze tylko dzięsięcioletnią), a szczególnie w walkach z jego kuzynem Zygmuntem, który wciąż nie mógł się pogodzić z utratą dziedzicznego tronu i bezczelnie nadal tytułował się królem Szwecji.

10 sierpnia 1628 porażka została zwodowana. Mieszkańcy stolicy zgromadzili się tłumnie na licznych okolicznych wyspach, aby obserwować, jak ta imponująca i potężna machina wojenna wypływa ze stoczni, wystrzela salut i rozpoczyna swoją podróż w kierunku Morza Bałtyckiego. Po przepłynięciu nieco ponad kilometra trzy postawione żagle łapią podmuch wiatru, który przechyla okręt na bakburtę - prostuje się, ale balast wewnątrz zdążył już zmienić miejsce. Przy kolejnym podmuchu "Vasa" przechyla się na tyle, że woda sięga otwartych furt działowych, wlewa się do środka i bardzo szybko, zanim jeszcze zdołał na dobre wypłynąć z portu w swoją pierwszą podróż, z wielkim hukiem i trzaskiem, z 900 rzeźbami, 64 działami, 10 żaglami i 50 członkami załogi, okręt idzie na dno.


...gdzie przeleżał 333 lata, do roku 1961, kiedy go wydobyto - a najpierw jeszcze musiano znaleźć, ponieważ jakimś cudem zapomniano, gdzie leży, mimo że zatonął niemalże w środku miasta, przy setkach, jeżeli nie tysiącach świadków, a po katastrofie wydobywano z niego działa i inne elementy wyposażenia. 15 czerwca 1990 otwarto muzeum, w którym można podziwiać wrak wraz z całym historycznym i naukowym kontekstem jego budowy, wydobycia oraz konserwacji. Między innymi znajdują się tam dwa powyższe modele - pierwszy pokazuje, jak "Vasa" miał wyglądać w pełnej krasie, a drugi, jak prawdopodobnie wyglądał dramatyczny moment. Sam okręt wygląda dziś tak:


Schadenfreude...? A pewnie! Porażkę wybudowano wszak na wojnę z Polską. Na ekspozycji przedstawiającej historyczne tło znalazło się nawet miejsce na model bitwy na redzie portu gdańskiego, lepiej znanej jako bitwa pod Oliwą - nieproporcjonalnie zresztą duży w stosunku do wagi samej bitwy (to, że ta potyczka ma rangę jednej z najważniejszych, jeżeli nie najważniejszej, bitwy morskiej w historii naszego kraju świadczy tylko o "bogactwie" polskich tradycji morskich...).

środa, 4 listopada 2009

Komiks z Ikei

Najwyraźniej Ikea postanowiła ostatnimi czasy rozszerzyć obszary swojej działalności. Do zakupionego niedawno przeze mnie stołka dołączona była poniższa historyjka:


(Dla rozwiania wszelkich wątpliwości można ją powiększyć klikając w obrazek.)

Przyznam szczerze, że mam pewne problemy z interpretacją tego komiksu i w związku z tym trochę się boję korzystać z mojego nowego mebla, w obawie, żebym nie skończyła z głową w oknie (?), jak pan na ostatnim obrazku... Czytacze, pomóżcie!

wtorek, 3 listopada 2009

Nadesłane przez Czytaczy

Jest mi niezwykle miło, że moje dygresje stają się inspiracją dla Czytaczy do wypatrywania oznak różnorakich klämriskowych tabliczek w dalszych i bliższych zakątkach świata, a nawet dzielenia się ze mną swoimi odkryciami. Oto klämriski wypatrzone przez Czytaczkę Monikę w Les Houches, w Alpach:





Teraz natomiast nastąpi wiekopomna chwila, w której blog ten przekroczy granice Europy! Poniższą tabliczkę sfotografował Czytacz Qba, aka Mój Brader, w Delhi:

sobota, 31 października 2009

Megalomania

Oficjalne hasło promocyjne Sztokholmu:


Myślę, że mieszkańcy Kopenhagi mieliby na jego temat kilka krytycznych uwag.

czwartek, 29 października 2009

Agenci są wszędzie!

Polski sport narodowy, polegający na wyszukiwaniu i ujawnianiu dokumentów świadczących o czyjejś agenturalnej przeszłości i współpracy z wrogimi siłami za czasów zimnej wojny, staje się popularny również w krajach ościennych. W miniony weekend tabloid "Expressen" ujawnił, że jeden z najbardziej poczytnych i opiniotwórczych pisarzy i dziennikarzy Szwecji, Jan Guillou, współpracował z KGB. Sam zainteresowany tłumaczy się, że owszem, spotykał się z radzieckim agentem, ale nie przekazywał mu żadnych informacji, tylko jako młody i naiwny dziennikarz miał nadzieję sam od niego wyciągnąć coś, co by się nadawało na sensacyjny i nagradzany artykuł, a poza tym był w tamtych czasach maoistą, więc ze Związkiem Radzieckim było mu zupełnie nie po drodze.

Guillou jest autorem między innymi książki "Zło", na podstawie której nakręcono nominowany kilka lat temu do Oscara film, a także trylogii historycznej o templariuszu Arnie Magnussonie (proszę nie dać się zmylić tym, że ma owa trylogia cztery tomy - czwarty już nie jest o Arnie, tylko o jego wnuku), która także doczekała się ekranizacji.

Tym, co jednak nadaje sprawie największej ironii, to fakt, że sławę przyniosła Guillou seria powieści o szpiegu Carlu Hamiltonie, szwedzkiej odpowiedzi na Jamesa Bonda (dygresja filmowa, tudzież ciekawostka dla fanów "Gwiezdnych wojen": w ekranizacji, do której zwiastuna linka podałam (oczywiście, jak na serię poczytnych powieści przystało, ekranizacji tych jest więcej niż jedna), głównego bad guya gra Mark Hamill, czyli Luke Skywalker. A więc jednak przeszedł na Ciemną Stronę!). Nic dziwnego, że gazety teraz prześcigają się w odczytywaniu na nowo przygód Hamiltona w szwedzkim wywiadzie w kontekście najnowszych rewelacji. Kto wie, czy cała ta sprawa nie jest czasem przede wszystkim akcją reklamową, mającą zwiększyć sprzedaż powieści...?

sobota, 24 października 2009

Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj

...to, według twórców filmu "In Bruges", właściwa kolejność czynności, jakie należy wykonać podczas bytności w mieście Brugia. Polscy dystrybutorzy filmu uznali tę radę za tak ważną, że z hasła promującego film podnieśli ją do rangi jego tytułu. Niestety, gdy z Moją Sista przyjechałyśmy do Brugii, nie dysponowałyśmy żadnym egzemplarzem broni palnej, dlatego też musiałyśmy ograniczyć się do zwiedzania. Ale chociaż w tej kwestii wypełniłyśmy prawie wszystkie punkty programu zalecane w filmie.


A więc: popłynęłyśmy na wycieczkę statkiem po kanałach, weszłyśmy na dzwonnicę po krętych i wąskich schodkach,


...zwiedziłyśmy Bazylikę Świętej Krwi


...i wybrałyśmy się na kilka długich spacerów wąskimi uliczkami tego iście bajkowego miasteczka,


dzięki czemu mogłyśmy w pełni docenić jego urok.


Na koniec zaś zaszłyśmy do księgarni, aby zakupić idealną pamiątkę z tego belgijskiego miasta, mianowicie płytę DVD z filmem "In Bruges".


(Muszę przyznać, że rozczula mnie ten lód w lewej ręce Colina Farrella, szczególnie w kontekście tego, co trzyma w ręce prawej. Ale też to zestawienie dobrze oddaje charakter tego filmu.)

Dobra, przyznaję się, ta dygresja jak dotąd była wysoce ironiczna. Ale nie da się inaczej, jeżeli się najpierw obejrzało "In Bruges", a potem tam pojechało. Rzadko się zdarza film, szczególnie w tym gatunku, który by w tak dużym stopniu miał za swojego bohatera miasto, zwłaszcza miasto tak zabytkowe, zupełnie nieprzystające do historii o gangsterach. No bo i jest ten film czymś więcej niż taką historią: inteligentny, z błyskotliwymi dialogami, dobrze zagrany, niepozbawiony głębszej refleksji, z pięknymi zdjęciami i muzyką. Znalazło się w nim nawet miejsce na egzystencjalną refleksję, a nawet przemyślenia na temat mojej dziedziny nauki;)!

A tak na poważnie, Brugia naprawdę jest bardzo ładna.

środa, 21 października 2009

Czekoladowe szaleństwo


Obiecywałam, że opowiem o Belgii. Opowiem, ale głównie za pomocą obrazów. A skoro o Belgii, to nie mogę nie zacząć od tego, co ten kraj ma najlepszego: od czekolady! Sklepów z wystawami tak smakowitymi jak powyższa jest tam mnóstwo. A często prezentują też wyroby w formach bardziej, hmmm, oryginalnych:


Osobiście najbardziej mnie kusił "szaszłyk" z truskawek w czekoladzie - do dziś żałuję, że nie spróbowałam!


Oprócz tego są też jednak dostępne bardziej wyrafinowane formy podziwiania czekolady, na przykład muzeum jej poświęcone w Brugii. Można tam dowiedzieć się paru ciekawych faktów z historii konsumpcji tego przysmaku, na przykład, że nawet Kościół powinien mieć się przed nim na baczności (zdjęcie można powiększyć klikając w nie):


...a także popodziwiać dzieła sztuki wykonane w czekoladzie.



Na koniec mieliśmy też okazję zobaczyć pokaz wyrabiania pralinek zakończony, a jakże, degustacją. A swoją drogą ciekawe, ile zajęłoby mi zdegustowanie takiej oto kostki czekolady:


poniedziałek, 19 października 2009

Scale mobili

W przeciwieństwie do Anglików i w stopniu jeszcze większym niż Szwedzi, Włosi używający schodów ruchomych wyposażeni zostali w cały zestaw wskazówek, zaleceń, ostrzeżeń, nakazów i zakazów:


Najwyraźniej też Ministerstwo Głupich Kroków stwierdziło, że florencka hala targowa jest miejscem nie gorszym od sztokholmskiego szpitala i również tam postanowiło zaznaczyć swoją obecność: