Przejdź do głównej zawartości

Posty

Europejczycy to mięczaki

Snują się po całym budynku jak jakieś duchy narzekając na zimno — Skandynawowie, Brytyjczycy, Portugalczycy... budynek jest wszak siedzibą Centrum Studiów Europejskich, więc można przebierać w narodowościach. Oplatają zgrabiałe palce wokół kubków z gorącą herbatą, zapinają pod szyję swetry i otulają się szalami. I zawracają głowę, że skoro temperatura od paru już dni utrzymuje się poniżej 20 stopni, może by tak włączyć ogrzewanie? Albo chociaż wyłączyć klimatyzację...?
Ledwo wydostali się spod opiekuńczych skrzydeł unijnych norm, świat zaczyna ich atakować. Amerykańska pasta do zębów okazuje się być toksyczna: już po paru dniach używania kończą z gębą pełną aft i muszą szukać kogoś, kto zna kogoś, kto będzie w najbliższym czasie podróżował z Europy i mógłby przywieźć stamtąd tubkę czy dwie — nieważne, z jakiego kraju, nieważne, jakiej marki (tu marki są te same, ale co z tego?), ważne, żeby jej skład spełniał normy UE. Wolą nawet nie myśleć, co jest w jedzeniu, ale na wszelki wypadek…
Najnowsze posty

Zabytki

Odkąd pierwszy raz wyjrzałam przez okno swojego tutejszego pokoju, zaintrygował mnie widok. A konkretnie kamienna wieża. Zamki, pomyślałam, w Ameryce??

No nie, zamków tu nie mają, ale to nie znaczy, że nie mają zabytków i historycznych miejsc. Wieża, jak się okazało, pochodzi z 1903 roku i została zbudowana dla upamiętnienia ważnego historycznego faktu, że w tym właśnie miejscu, a konkretnie na wzgórzu o nazwie Prospect Hill w miejscowości Somerville, pierwszego dnia roku 1776 została podniesiona pierwsza amerykańska flaga. Wyglądała ona tak jak widać powyżej: w rogu miała jeszcze brytyjskiego Union Jacka, a poza tym trzynaście pasów symbolizujących trzynaście kolonii.


Prospect Hill, jako najwyższy punkt w okolicy, miał spore znaczenie strategiczne, dlatego obozowali tutaj rewolucjoniści w czasie wojny o niepodległość, której początki rozegrały się w dużej części właśnie w tych okolicach. 

A z wieży rozciąga się całkiem niezły widok na Somerville i Boston w oddali - choć byłby zapewn…

Podróż do przeszłości

Kontakty z amerykańską bankowością to jak podróż w czasie. Jako że tutejszy system bankowy rozwijał się wcześniej od europejskiego, zachował dotąd niektóre archaiczne rozwiązania, które w Europie już zarzucono albo których w ogóle nigdy nie wprowadzono. Takie rzeczy jak nietracenie nigdy karty kredytowej z oczu albo zabezpieczanie transakcji PIN-em to najwyraźniej jakieś lewackie europejskie fanaberie, którymi Land of the Free nie ma zamiaru się przejmować — kelnerzy wynoszą więc w najlepsze karty klientów na zaplecze, a ekspedienci są nieco skonfundowani, gdy terminal żąda PIN-u jak się przez niego przepuści europejską kartę.
No i czeki... O mój jeżu, czeki! Wiecie, jak na filmach, gdy jakiś arystokrata nonszalanckim ruchem wyjmuje oprawioną w skórę książeczkę czekową, pytając, na ile wypisać, żeby jakiś natręt przestał zawracać głowę? Jak lord Grantham próbuje przekupić Toma Bransona, żeby zapomniał o jego córce i sobie poszedł...? No więc tutaj takie wielkopańskie gesty są dostępn…

Frozen

Amerykanie kochają lód. Dla pewności, że lodu im nigdy nie zabraknie, sprzedają go worami w supermarketach. Dla pewności, że uda im się go dostać również poza godzinami pracy supermarketów, stawiają automaty na lód na ulicach. Jest to konieczne, ponieważ lód jest niezbędnym dodatkiem do każdego napoju, który nie jest gorącą herbatą albo kawą; gdy na przykład serwuje się napoje gazowane w ramach szwedzkiego stołu, obok nich znajdzie się micha lodu. Co by się stało, gdyby zaserwowano kiedyś napój bez lodu, ciężko mi powiedzieć, bo jeszcze takiego fenomenu nie udało mi się zaobserwować. Przypuszczam, że doszłoby do scen zgoła apokaliptycznych.




Amerykanie kochają też klimatyzację. Choćby na zewnątrz panowało przyjemne 20 stopni, we wnętrzach musi być 15. Gdy na zewnątrz jest 35, we wnętrzu też jest 15, bo nic tak nie sprzyja dobremu zdrowiu, prawdaż, jak nieustanne przechodzenie między skrajnościami. Najwyraźniej świat jest dla mieszkańców tego kontynentu po prostu za gorący. Szkoda tylko,…

Reaktywacja

Due to popular demand... No dobrze, może ze dwie czy trzy osoby się dopominały — zatem due to a demand, blog powraca! Żeby relacjonować dziwy tym razem amerykańskiego życia. Zobaczymy, na jak długo starczy mi tym razem zapału...
Mam pełną świadomość, jak antyczne to medium, no co najmniej z zamierzchłej zeszłej dekady. Świadectwem tego są zresztą niedziałające tu i ówdzie linki i niewyświetlające się fotografie w starych wpisach — nie będę ich naprawiać, między innymi dlatego, że nie pamiętam już, do czego odsyłały i co przedstawiały... Niech pozostaną jako swego rodzaju świadectwo upływu czasu.

A na dobry początek nic nie byłoby bardziej adekwatnego niż amerykański klämrisk!

Niemcy oglądają mecz

W popularnej w Greifswaldzie restauracji/barze miejsca na oglądanie meczu trzeba było zarezerwować z wyprzedzeniem. W sali, na co dzień zastawionej stolikami, spuszczono ekran i włączono rzutnik. I ustawiono krzesła. Ponumerowane krzesła w ponumerowanych rzędach. Z nazwiskiem osoby robiącej rezerwację przyklejonym do krzesła. W czasie meczu po sali krążą kelnerzy i kelnerki i zbierają zamówienia, zapisując je na konto odpowiedniego miejsca - wychodząc po skończonym meczu należy uiścić odpowiednią sumę przy barze, podając odpowiedni numer.
Podobno w Monachium wczoraj miejsce można było uzyskać już tylko kupując je na eBayu za 50 euro.
Pewien brazylijski znajomy Mojej Sista stwierdził ostatnio, że woli Polskę od Niemiec, bo Polska jest bardziej zorganizowana. Najwyraźniej nigdy nie oglądał w Niemczech meczu w miejscu publicznym.

Chodzę po mieście

Chodzę po mieście, w którym jestem z wizytą i łapię się na rozmyślaniach - jak często w miastach, w których jestem z wizytą - jak by się tu żyło. W której kawiarni przysiadało na herbatę i ciasto, którym autobusem jeździło do domu, jak wpasowywało w rytm ulicy.
Szybko uderza mnie przypomnienie: przecież wiedziałam. Przecież przysiadałam, jeździłam, pasowałam. I już nie pamiętam? To miasto to Sztokholm.
Zastanawiam się więc nad szczególną nostalgią miejsc, które kiedyś były moje, które należały do mnie i ja do nich, ale już nie dziś, i nad tym, że z upływem czasu będzie ich coraz więcej. Nad ich szczególną swojością i nieswojością, poczuciem bycia wewnątrz i na zewnątrz jednocześnie. Nad tym, jak znaczą upływ czasu, upływ życia. Dziwne uczucie, trudne do uchwycenia, jeszcze trudniejsze do nazwania; smutne i zarazem nieuchronne.
Przez te kilka dni, kiedy jestem tu tym razem, gdy tylko mam wolny czas, spędzam go na spacerach i wypełnianiu moich rytuałów: z Södermalm idę na Stare Miasto,…