sobota, 28 września 2013

Cuda świata 2


Innym z "Cudów świata" z książki, o której kiedyś wspominałam był bawarski zamek Neuschwanstein, prawdziwy wzór bajkowego pałacu - posłużył na przykład za pierwowzór pałacu w Disneylandzie i logo studia Disneya. Chcąc poobcować trochę z kulturą nieco wyższą, wykorzystałam pobyt w Bawarii nie tylko do uczestnictwa w ludowych festiwalach, ale również do odwiedzenia Neuschwanstein.


Jest to dość dziwaczne połączenie bogactwa i fantazji, posuniętej do pewnego oderwania od rzeczywistości. Spotkały się one w królu bawarskim, Ludwiku II (wnuku tego Ludwika i Teresy, na cześć których wesela wyprawiono pierwszy Oktoberfest), zwanym też Bajkowym Królem. Jego zamek - jeden z kilku bajkowych pałaców, które zbudował lub miał w planach - zwiedzałam z pewną dozą współczucia dla człowieka, który najwyraźniej tęsknił za rzeczywistością inną, barwniejszą i intensywniejszą, do świata mitów, legend i oper Wagnera. Ale jednak tylko pewną, bo przy tym wszystkim, jak to mówią, na biednego nie padło. I choć Ludwik pogrążył się przez swoje plany budowlane w długach, Neuschwanstein nigdy nie dokończył i mieszkał w nim zaledwie nieco ponad 170 dni - zanim nie został stamtąd przymusem usunięty przez własny rząd, który uznał go za niepoczytalnego, pozbawił władzy i polecił wywieźć do zamku Berg, gdzie władca wkrótce potem w niejasnych okolicznościach zginął - to, co po sobie zostawił jest naprawdę spektakularne.


Niestety nie mam żadnych zdjęć wnętrz, ponieważ nie można w nich fotografować. Mogę więc jedynie zapewnić, że również one robią wrażenie.


czwartek, 26 września 2013

Badania antropologiczne


Nie należę do osób, które lubią wielkie i hałaśliwe spędy ludzi. Wczuć się w emocje tłumu, dać się spontanicznie porwać zabawie - są to rzeczy, których ani nie rozumiem, ani do których nie jestem zdolna, nawet jakbym próbowała. Nigdy nie wchłonął mnie, jak śpiewa Lubomski, radosny tłum. A jednak czasem zdarza mi się wybrać a to na jakiś festiwal, a to na mecz. Z czystej ciekawości i dla możliwości prowadzenia antropologicznych obserwacji. Tak też właśnie w miniony weekend znalazłam się w Monachium na Oktoberfeście.


Jak sama nazwa wskazuje, Oktoberfest oryginalnie odbywał się w październiku, po raz pierwszy w roku 1810 dla uczczenia ślubu bawarskiego księcia Ludwika z księżniczką Therese von Sachsen-Hildburghausen. Jednak z czasem przeniesiono go na wrzesień ze względu na lepszą pogodę. Trwa on przez kilka tygodni, głównie na tak zwanych - na pamiątkę księżniczki-panny młodej - Błoniach Teresy, Theresienwiese, popularnie nazywanych Wiesn (dialekt bawarski wyróżnia się tym, że bierze zwykłe niemieckie słowa, po czym z ich drugiej połowy wyrzuca wszystkie samogłoski, aż powstaje coś, czego nie da się ani wymówić, ani zrozumieć). Tam właśnie sześć monachijskich browarów spełniających normy piętnastowiecznego Bawarskiego Prawa Czystości rozstawia swoje namioty, w których serwowane jest (głównie) piwo i gra muzyka na żywo (i to, o dziwo, niekoniecznie bawarska muzyka ludowa, a popularne przeboje muzyki rozrywkowej, od Abby po The White Stripes (!)). Dookoła namiotów rozciąga się wielkie wesołe miasteczko - swoją drogą, połączenie nieprzebranych ilości piwa i różnego rodzaju karuzel, kolejek górskich i tym podobnych atrakcji wydaje się zaprojektowane specjalnie po to, żeby wywoływać wymioty, ale co ja tam wiem, jak tradycja, to tradycja!


Ale święto trwa nie tylko na Wiesn. Całe Monachium w tym czasie pełne jest ludzi w tradycyjnych ludowych strojach: mężczyzn w lederhosen, kobiet w dirndlach, a czasem kobiet w lederhosen i mężczyzn w dirndlach. Stroje te dostępne są w różnych krojach, materiałach, rozmiarach i przedziałach cenowych - od kilkudziesięciu do kilku tysięcy euro (można je na przykład kupić zaraz po przyjeździe do Monachium, jeszcze na dworcu, jak widać na poniższym zdjęciu). Niektórzy turyści, nie chcąc inwestować w pełny strój, wybierają tylko jakiś element; widziałam też T-shirty z nadrukiem udającym lederhosen, ale, jak łatwo się domyślić, w prawdziwych monachijczykach taki strój wzbudza dezaprobatę. W tłumie udało mi się także wypatrzeć kilku Szkotów w kiltach i kobiet w jakichś niebawarskich strojach ludowych, co skłoniło mnie do refleksji, że może ciekawiej by było, gdyby goście Oktoberfestu z różnych części świata ubierali się w stroje ludowe swoich ojczystych regionów? Mnie wówczas wypadłoby wystąpić w stroju kaszubskim.


Że jednak takiego nie posiadam, wypadło mi przywdziać dirndl. Wprawdzie dirndla też nie posiadam, ale na szczęście został mi on pożyczony przez koleżankę Mojej Sista, która, jako prawdziwa Bawarka, ma ich kilka. Tak odziana mogłam się udać na Wiesn, do namiotu Löwenbräu i wypić moją miarę piwa (Maß, czyli nieco ponad 1 litr). Oraz, oczywiście, prowadzić obserwacje. Oto, co zaobserwowałam: kelnerki będące w stanie nieść kilkanaście Maß na raz (a każda z nich - Maß, nie kelnerek, rzecz jasna - waży ponad 2 kg, licząc kufel wraz z zawartością), domaganie się konkretnych piosenek przez ludność zgromadzoną w namiocie poprzez skandowanie ich tytułów w kierunku orkiestry, wykrzykiwanie tychże piosenek, gdy już zostaną zagrane, tańce na ławach i stołach w ich rytm, zwiększanie się intensywności wyrażanych emocji i jednocześnie pozbywanie się części garderoby w miarę upływu wieczoru, puste kufle porozstawiane - czy też raczej porzucone - wszędzie, łącznie z powierzchnią bankomatu (swoją drogą, bankomat wewnątrz namiotu to sprytny pomysł: nie można wszak dopuścić do tego, żeby tak błahy powód jak brak gotówki zatrzymał konsumpcję!), awanturującego się gościa, do którego wyprowadzenia z namiotu nie wystarczyło trzech ochroniarzy, kolejkę do męskiej toalety dłuższą niż do damskiej (ewenement na skalę światową!), dwóch Duńczyków, którzy deklarowali, że planowali przyjazd na Oktoberfest już od pięciu lat i że jest to rzecz, którą przynajmniej raz trzeba zrobić, całkiem ładny widok na Monachium ze szczytu tego czegoś:


oraz że wsiadanie, będąc zaawansowanym krótkowidzem, na kolejkę górską, na której trzeba zdjąć okulary, jest stratą pieniędzy.

Owszem, jestem gotowa przyznać, że jedynym sensem Oktoberfestu nie jest, wbrew pozorom, picie piwa. Jednocześnie pozostaje dla mnie fascynującym, jak dalece ludzie są w stanie obudować owo picie piwa ideologią, a następnie ogromnym przemysłem turystycznym (nawet jeżeli prawdziwi monachijczycy na turystów kręcą nosem). Ale jest to przynajmniej picie na sposób południowy, na wesoło i towarzysko, w odróżnieniu od niektórych tradycji na przykład w krajach skandynawskich. Tak czy inaczej, moje refleksje z ostatnich obserwacji zachowań stadnych gatunku homo sapiens mogę podsumować w sposób następujący:

wtorek, 17 września 2013

Planeta Greifswald


No dobra, planetoida... Czyżby plan awaryjny, żeby ziemski Greifswald miał się w razie czego gdzie przenieść? Planetoidy są stosunkowo niewielkie, więc akurat się zmieści. Poważna sprawa, a wyglądałaby nawet jeszcze poważniej, gdyby certyfikat nie był wydrukowany fontem Comic Sans.


A certyfikat ten miałam okazję zobaczyć odwiedzając greifswaldzkie obserwatorium astronomiczne. Mieści się ono pod kopułą górującą nad budynkiem zwanym Alte Physik, kiedyś bowiem znajdował się tam Wydział Fizyki. Niestety, od pewnego czasu gmach stoi zamknięty na cztery spusty, używany jedynie przez pracowników obserwatorium - a to dlatego, bo wypełnia go trująca rtęć, a uniwersytet nie ma dość funduszy na to, żeby przeprowadzić fachową renowację budynku połączoną z jej usunięciem. A wielka to szkoda, bo budynek jest zabytkowy i ładny tak na zewnątrz, jak i wewnątrz - o czym mogłam się przekonać gdy kiedyś zdarzyło mi się zajrzeć do jego kilku pomieszczeń i wielkiej sali wykładowej z pięknym drewnianym wyposażeniem. Aż żal patrzeć, jak to wszystko coraz bardziej niszczeje przez nieużywanie i brak opieki. 


Nawiasem mówiąc, Alte Physik widuję codziennie z okna mojego biura, bo pracuję tuż obok, w bardzo podobnym, choć na szczęście pozbawionym trujących substancji budynku.

 
A wracając do wizyty w obserwatorium: miałam przy jej okazji możliwość nie tylko dowiedzieć się o istnieniu planetoidy 10114 Greifswald, ale również popodziwiać prawie dziewięćdziesięcioletnie teleskopy firmy Carl Zeiss z Jeny (widoczne powyżej na bardzo kiepskiej jakości zdjęciu zrobionym przy słabym oświetleniu aparatem w telefonie - zresztą podobnie jak zdjęcie certyfikatu na samym początku), a nawet poobserwować przez jeden z nich powierzchnię Księżyca. How cool is that!

poniedziałek, 9 września 2013

Zderzenie cywilizacji


Większość turystów odwiedzających Bornholm kieruje swoją uwagę ku plażom i rowerom. Ja - ku tamtejszym średniowiecznym kościołom. W czterech miejscach na wyspie wznoszą się białe rundkirker, czyli okrągłe kościoły. We wnętrzu wspartym pośrodku na pokrytej dziwacznymi i trochę komicznymi freskami o tematyce biblijnej kolumnie wierni zbierali się - i nadal zbierają - na nabożeństwa. Ale okrągłe bornholmskie kościoły były nie tylko miejscami kultu, ale też budowlami obronnymi, chroniącymi mieszkańców przed napadami słowiańskich piratów. Stąd ich grube mury i górne piętro służące w razie czego jako magazyn i platforma strzelnicza.




Piątym kościołem jest największy na wyspie, romański Aa kirke, kryjący na pozór nieszczególną trzynastowieczną chrzcielnicę, ozdobioną płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny biblijne podpisane pismem runicznym. A jednak wraz z koleżanką-historyczką sztuki zachwycałyśmy się nią dobre kilkanaście minut, uderzyło nas bowiem, że oto mamy przed sobą produkt zderzenia cywilizacji: chrześcijaństwa w przedstawionych scenach i wikińskiego pogaństwa w opisujących je runach; świadectwo stopniowego odchodzenia jednej i triumfu drugiej i wyłaniania się nowego świata i nowej, chrześcijańskiej Europy z elementów Europ starych, plemiennych i pogańskich.