wtorek, 27 sierpnia 2013

Chmury


Jeszcze jedna porcja malowniczych chmur? Czemu nie. Tym razem nad Elbą i portem w Hamburgu.





Tym razem dostała się nam nawet tęcza jako bonus!

środa, 14 sierpnia 2013

Nie łazić po tumulusach



Z pewnością intryguje Was, drodzy Czytacze, czego i w jaki sposób zabrania się i przed czym ostrzega we Francji. No to odpowiadam: w zasadzie przed niczym niespodziewanym. Choć przyznać trzeba, że bohaterowie znaków ostrzegających przed śliskimi podłogami wyrąbują się w sposób niezwykle malowniczy - nie to, co sąsiedzi z północnej strony Kanału!



Nieco tylko nietypowym jest zakaz wspinania się na starożytne tumulusy. Nieco, bo podobne przesłanie zobaczyć można wszak również na przykład na egipskich piramidach. A tumulusy w okolicach Carnac, choć od piramid starsze, to zasadniczo zbudowane zostały w tym samym celu.

 

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Koniec świata


 W północno-zachodnim rogu Francji leży Breizh, Bretania - celtycka kraina chyba nie do końca pogodzona z faktem przynależenia do Francji. Tak przynajmniej można sądzić po sprzedawanych tam plakatach, koszulkach i pocztówkach z przesłaniem: "Francja to mały kraj wciśnięty między Belgię a Bretanię", albo z rysunkiem mapy Francji, od której Bretania odłączyła się, ku zadowoleniu obu zainteresowanych stron. 




W północno-zachodnim rogu Bretanii leży Penn-ar-Bed, Finistère, czyli "koniec świata", na którym nazwy na znakach i drogowskazach podane są w dwóch językach - po francusku i bretońsku - a i te francuskie zaczynają brzmieć coraz ciekawiej, po którym porozrzucane są menhiry, dolmeny i inne pozostałości dawnej celtyckiej cywilizacji. Nawiasem mówiąc, menhiry kojarzą mi się głównie z komiksami o Asteriksie, a wioska Asteriksa miała być gdzieś w tych właśnie okolicach. Zważywszy na to, zdziwiło mnie, że jego wizerunek jest zupełnie niewykorzystywany w promocji regionu.



W północno-zachodnim rogu Finistère leży zaś wyspa Enez Eusa, albo Ouessant, skalista, porośnięta trawą i dzikimi kwiatami pułapka dla wpływających na kanał La Manche statków, otoczona z tego powodu wieńcem latarni. Wśród nich jest najjaśniejsza na świecie, pomalowana w czarno-białe pasy Créac'h, a także Jument i Nividic, stojące w pełnym morzu jeszcze dalej na zachód od wyspy. Podobno taki rodzaj latarni nazywa się po francusku piekłem - z łatwością jestem sobie w stanie wyobrazić, dlaczego, bo nawet w pogodny dzień fale uderzają w nie z mocą. Przy tej ostatniej zachowały się jeszcze słupy będące pozostałością kolejki linowej, którą kiedyś dostawano się do latarni z przylądka Pointe de Pern, najdalszego zachodu Ouessant, Finistère i Francji.


czwartek, 8 sierpnia 2013

Cuda świata


Wspomniane poprzednio Mont Saint-Michel chciałam zobaczyć odkąd kiedyś, dzieckiem będąc, dostałam album pod tytułem "Cuda świata", wśród których to cudów wymieniony był właśnie ten. Jednak spełnianie marzeń to ryzykowna sprawa. Po pierwsze, o czym pisałam już w zeszłym roku, spełnione marzenie pozostawia po sobie pewną pustkę. Po drugie, na temat takiego wymarzonego miejsca, szczególnie jeżeli jest to słynny obiekt turystyczno-historyczny, ma się przed przybyciem pewne wyobrażenia i oczekiwania, które następnie konfrontuje się z rzeczywistością. A rzeczywistość rzadko dorównuje wyobrażeniom i oczekiwaniom: za dużo w niej innych turystów, kolejek do kasy, prac renowacyjnych, opłat za wstęp i parkingi, i najzwyklejszej codzienności. Koloseum leży tuż obok ruchliwego skrzyżowania, Bazylika Świętego Piotra przypomina halę ruchliwego dworca, Marrakesz jest pełen nagabujących sprzedawców niepotrzebnych towarów i usług, a Stonehenge to po prostu kupa kamieni. W końcu to właśnie fenomen, który, między innymi, leży u podstaw syndromu jerozolimskiego i pokrewnych mu syndromów paryskiego i Stendhala. To wcale nie znaczy, że nie lubię odwiedzać takich miejsc, ani że odradzam to innym. Ale zalecam podejście świadome i otwarte. A wtedy może się okazać, że rzeczywistość, zamiast przystawania do naszych wyobrażeń, zaoferuje nam coś zupełnie innego, ale równie, albo i bardziej, ciekawego.



Ale wracając do Mont Saint-Michel. Z takim właśnie podejściem: jest wyjątkowy, imponujący jako budowla, piękny jako dzieło architektury i zadziwiający jako fenomen naturalny. Kawałek skały obrośnięty tysiącletnimi murami, w których styl romański miesza się z gotykiem i odrobiną renesansu, wyrastający z dna zatoki, w której przypływy i odpływy bywają tak gwałtowne, że szybkość wzbierającej wody porównuje się do galopującego konia. W czasie odpływu Mont Saint-Michel leży na piaszczystej równinie, w czasie przypływu - bywa, że zamienia się w wyspę.


Różnice poziomu wód są w tym regionie jedne z największych na świecie, wystarczające, żeby napędzać położoną niedaleko potężną elektrownię wodną u ujścia rzeki Rance. Nas, przybyszów znad pozbawionego pływów Bałtyku proces ten fascynował nie mniej niż cuda architektury już od momentu, gdy dwa dni wcześniej zaobserwowaliśmy go po raz pierwszy na plaży w Dinard: gdy na nią przybyliśmy, stanowił ją ledwie wąski pas piasku, niedługo potem - plaża była już ze cztery razy szersza, woda uciekała niemal spod stóp. Z drugiej strony, fascynacja fascynacją, ale z moich obserwacji wynika, że choć różne plaże świata mają swoje zalety, to niewiele z nich dorównuje urodą bałtyckim.


P.S. Mój ulubiony film o przypływach:)

wtorek, 6 sierpnia 2013

Le Nord


Gdy w zeszłym roku odwiedzałyśmy z Czytaczką Moniką Hornbæk, "duńskie Saint-Tropez", doszłyśmy do wniosku, że trzeba by się wybrać do tego prawdziwego Saint-Tropez i porównać. Zaraz potem stwierdziłam jednak, że jeżelibym już miała jechać do Francji, to wolałabym zwiedzić jej północ. W tym to momencie zdałam sobie sprawę, że moim życiem rządzi przedziwny paradoks: lubię ciepło, a jednocześnie bardziej mnie ciągnie w rejony, w których jest zimno. I tak oto tego lata, podczas gdy wszyscy znajomi narzekali w fejsbukowych statusach na niekończące się upały, ja znalazłam się w Normandii i Bretanii, które słyną na całą Francję ze swojej deszczowej pogody i gdzie często od zabytku do zabytku trzeba przemykać przez ulewę. Sami mieszkańcy tych krain podchodzą do tego problemu z dystansem i nie brak jest tam pocztówek, plakatów i innych pamiątek ironicznie go komentujących.


Na przykład zwiedzając bliźniacze kurorty Deauville i Trouville zatrzymaliśmy się na chwilę na jednej z ich widokowych, stromych ulic, aby popodziwiać roztaczająca się stamtąd panoramę na malownicze miasta, szeroką piaszczystą plażę, morze... a nad nimi, prostopadle do wybrzeża, długą i ciemną chmurę, z jednej strony wiszącą tak nisko, że zdawało się, zawadzającą o dachy domów, z drugiej - sięgającą daleko, po horyzont. I pędzącą w naszym kierunku wzdłuż plaży z zadziwiającą szybkością, niczym smok z szeroko rozpostartymi skrzydłami. Na chwilę przed tym, zanim do nas dociera, jego oddech nagle podrywa nasze włosy i ubrania; za nim jego ogon sunie po powierzchni morza wzburzając powierzchnię wody. A krok w krok za nim sunie ulewa tak rzęsista i gęsta, że zupełnie zasłoniła widok na miasta. W ostatniej chwili chowamy się do samochodu, jednak zanim ruszymy, z dachu pobliskiego domu coś ciężkiego spada nam na maskę - jednak ściana deszczu jest zbyt nieprzenikniona, żeby zobaczyć co to było i już nigdy się tego nie dowiemy: gałąź? dachówka? miniaturowe UFO...?




Na takie właśnie przeżycia narażony jest turysta we Francji. Ale nie to jest powodem, dla którego jakoś omijałam do tej pory ten kraj w swoich podróżach. Owszem, byłam tu dwa razy na nartach - ale wszystkie alpejskie kurorty są do siebie tak podobne, że to właściwie nic nie znaczy - i kiedyś spędziłam pół dnia w Awinionie w drodze do Hiszpanii - ale to było dawno i, jak powiada mądrość ludowa, nieprawda. Ale rzeczywistość jest taka, że jedynym, co tak naprawdę kiedykolwiek chciałam zobaczyć we Francji, był Mont Saint-Michel. Być może miała tu znaczenie kwestia językowa - z jakiegoś powodu język francuski znajduję irytującym i mimo kilku prób nauczenia się go, nie pozostało mi z lekcji w głowie wiele więcej niż dwa zdania ("Est-ce qu'il-y a un balcon chez toi?" oraz "Je voudrais avoir une petite maison dans les Alpes avec un petit jardin."), niestety zupełnie nieprzydatne w podróży. Dlatego też mam obecnie wielkie problemy z opowiadaniem, gdzie właściwie byłam, ponieważ wymowa francuskich nazw miejscowości, jeżeli nawet rządzi się jakimiś prawami, to są to prawa mi nieznane (choć szczerze mówiąc mam podejrzenie, że z zapisem w języku francuskim jest podobnie jak z wieloma językami pozaeuropejskimi, w których zapisuje się tylko spółgłoski, a samogłoski pozostawia domyślności czytelnika). To już łatwiej jest podróżować po Islandii! Z obserwacji poczynionych w czasie pobytu wynika jednak, że nie jest prawdziwą powszechna opinia, jakoby Francuzi obruszali się, gdy kaleczy się ich język, a ponadto, jeśli potrafią, bez oporów przechodzą na angielski - no ale właśnie, nie zawsze potrafią. Nawet będąc właścicielami hotelu w uczęszczanej przez turystów miejscowości. No cóż, są na tym świecie dziwniejsze rzeczy. 

Cdn.