sobota, 30 stycznia 2010

Zima trzyma


W Sztokholmie nadal zimowo, śnieżnie i bardzo, bardzo mroźnie. Liczne tutaj kanały, jeziora i wcinające się głęboko w ląd morskie przesmyki skuł lód i pokrył śnieg. Tylko szlaki komunikacyjne są regularnie odladzane, ale i tak statek na Djurgården szoruje burtami po lodowych krach. "Titanic experience", jak to nazwał jeden z pasażerów.


Pięknie to wygląda, ale i tak nie przekonuje mnie to, żebym polubiła w zimie cokolwiek. Niechże to wszystko wreszcie stopnieje!

wtorek, 26 stycznia 2010

Wygrzebane z archiwum


W oczekiwaniu, aż spłynie na mnie inspiracja do kolejnej dygresji, wygrzebałam ze swojego archiwum taki oto piękny klämrisk z serii "Piorun Tasza spada z wysoka". Sfotografowałam go dawno temu w pewnym przemiłym hoteliku w Marrakeszu, do którego, mimo stosunkowo krótkiej naszej bytności w Maroku, tak się zdążyliśmy przywiązać, że wracając doń z różnorakich ekskursji po kraju czuliśmy się niemal jakbyśmy wracali do domu. Po zdjęciu widać, że już wtedy rodziła się we mnie niezdrowa fascynacja mniej lub bardziej groteskowymi tabliczkami ostrzegawczymi.

poniedziałek, 18 stycznia 2010

M jak morderstwo

Obejrzałam ostatnio nowe odcinki "Wallandera". Miło mi donieść, że nadal jest Atmosfera, piękne zdjęcia, dobra muzyka i Kenneth (jak przystało na bohatera kryminału, kierujący się w swoim postępowaniu żelaznymi zasadami: "prawdziwy mężczyzna nigdy nie prosi o wsparcie" oraz "policjant nie jest wart swojej odznaki, jeżeli ma jakieś życie osobiste") - a więcej mi do szczęścia nie potrzeba! Niemniej jednak zainspirowało mnie to do luźnej dygresji na temat szwedzkich kryminałów, tym bardziej, że wiem, że niektórych Czytaczy temat ten interesuje.

Otóż tak, to prawda: Szwedzi, czy też bardziej ogólnie Skandynawowie, piszą i czytają mnóstwo kryminałów.* W każdej księgarni dział deckare (czyli kryminałów właśnie) zajmuje pokaźne miejsce. Odbija się to także w twórczości filmowej: średnio raz na dwa miesiące (jeżeli nie częściej) odbywa się premiera kolejnej ekranizacji jakiejś powieści tego gatunku. Ostatnio, po wyczerpaniu trylogii "Millenium" Stiega Larssona, przyszła kolej na kolejny poczytny kryminał - w ostatni piątek wszedł na ekrany film "Snabba cash" na podstawie książki Jensa Lapidusa (jak czytałam, spotkał się z przychylną opinią nie tylko recenzentów, ale także byłych przestępców).

O ile wiem, wszystko są to powieści dostępne również w polskich tłumaczeniach, wydawcy w naszym kraju wykorzystują bowiem modę na skandynawskie kryminały tłumacząc co im w ręce wpadnie. Chociaż z jakiegoś powodu omijają szerokim łukiem (no, prawie - kilka pojedynczych powieści się w Polsce ukazało) jednego z bardziej uznanych tutejszych autorów, który nagrody zdobywał na długo zanim jeszcze wyżej wymienionym przyszło do głowy zająć się pisaniem powieści - i jedynego, po którego sama czasem sięgam - Håkana Nessera. Moim zdaniem bowiem jako jeden z niewielu szwedzkich autorów (nie tylko kryminałów) potrafi się zdobyć na jakąś głębszą humanistyczną refleksję nad światem.** Pamiętam, jak kiedyś przyjechał do Gdańska na konferencję na temat literatury skandynawskiej i swój wykład zaczął mniej więcej tak: "Wielu ludzi pyta mnie, dlaczego zająłem się pisaniem. W pytaniu tym ukryty jest podtekst: czy naprawdę myślisz, że masz coś ciekawego do powiedzenia? Drugim pytaniem, jakie mi zadają, jest zwykle: dlaczego wybrałeś akurat kryminały? Tu znowu kryje się pytanie: czy już nie było bardziej wartościowego gatunku?"

No właśnie, dlaczego akurat kryminały? Dlaczego tak ich tu dużo? Mój współlokator, którego zapytałam o opinię na ten temat (a którego ojciec sam napisał podobno jakiś kryminał i który chodził do gimnazjum, w którym uczył kiedyś Nesser) nie był w stanie zaproponować żadnego wytłumaczenia, oprócz tego, że to po prostu popularny gatunek, więc autor może liczyć na większe zyski niż w przypadku innych rodzajów literatury. Ja sama mam dwie teorie, jedną bardziej subiektywną od drugiej. Nieco mniej subiektywna brzmi: powód jest ten sam, co klämriskowej paranoi. Po prostu jest tu zbyt bezpiecznie, więc pisze się o morderstwach i innych okropnościach, żeby a) nie było tak nudno, b) przekonać samego siebie, że jednak nie jest tak bezpiecznie i uporządkowanie. Teoria druga, bardziej subiektywna i niepoparta żadnymi badaniami, odnosi się do języka. Otóż wydaje mi się, że język szwedzki, oszczędny, klarowny, ustrukturalizowany i stosunkowo ubogi w słownictwo, pasuje do tego typu historii: kryminałów czy dramatów społecznych (drugi popularny gatunek), natomiast słabo - do baśni czy poezji. Żeby tworzyć w tych gatunkach w języku szwedzkim trzeba być prawdziwym mistrzem słowa, jakim była na przykład Tove Jansson.

Pointy do tego wpisu dostarczyło mi zdanie wyczytane w pewnym czasopiśmie naukowym które przeglądałam w ramach mojej pracy: "Ziemią grzechu, seksu i samobójstw stała się Szwecja w wyobraźni wielu czytelników dzieł współczesnej literatury szwedzkiej i dla znających większość jej filmów.” Zdanie to napisane zostało w roku 1970: opisane tu trendy można więc już chyba nazwać tradycjami.

* A tak na marginesie: czyta się tu dużo. Dużo więcej, niż w Polsce.
** I tu słówko wyjaśnienia, które być może niektórych zdziwi: generalnie nie jestem fanką szwedzkiej literatury, sięgam tylko po wybranych autorów. Być może jest to rezultatem traumy wyniesionej jeszcze ze studiów, a być może - nieznośnej przyziemności tej literatury, z której tylko ci wybrani potrafią się wyłamać.

sobota, 16 stycznia 2010

Biało


Wszystko, co dobre, szybko się kończy. Po powrocie do Europy przeżyłam szok termiczny - różnica temperatur między Egiptem, gdy go opuszczałam, a Warszawą, gdy do niej dotarłam (o Sztokholmie już nawet nie wspominam), wynosiła blisko czterdzieści stopni. Bolesne!


Sztokholm zrobił się biały - nie tylko dlatego, bo wszędzie leży śnieg, ale przede wszystkim dlatego, bo wszystko pokrył szron. Każda najmniejsza gałązka, igła, słup czy pręt w płocie stał się zupełnie biały. Powiedzieć, że to wygląda pięknie, to za mało: wygląda to magicznie. Aż się prosi, żeby w takiej scenerii kręcić baśnie o Królowej Śniegu czy inną Narnię pod zaklęciem Białej Czarownicy.


czwartek, 14 stycznia 2010

W trosce o bezpieczeństwo turystów


Tourism Police jest w okolicach egipskich atrakcji turystycznych wszechobecna. Uzbrojeni policjanci przesiadują w hotelowych lobby i przed muzeami, ich granatowe furgonetki zaparkowane są na ulicach kurortów czy pod piramidami; raz natknęliśmy się nawet na policjanta na wielbłądzie (skoro istnieje policja konna, to właściwie dlaczego nie może być wielbłądziej?). Podróż samochodowa czy autobusowa gdziekolwiek poza centra miast i skupiska hoteli urozmaicona jest policyjnymi checkpointami - w sumie to może i dobrze, bo zmuszają one pędzących zwykle na złamanie karku kierowców do zwolnienia przynajmniej od czasu do czasu.


Policyjne stanowiska porozstawiane są też co jakiś czas przy ulicach i skrzyżowaniach: składają się z daszku, zaparkowanej pod nim policyjnej furgonetki, dwóch lub więcej policjantów oraz metalowej tarczo-osłony, za którą przesiaduje jeden z wyżej wymienionych (czyli w razie ewentualnego ataku tylko on miałby szansę przeżyć ostrzał - ciekawe, czy policjanci na przykład losują, komu przypadnie tym razem siedzenie za osłoną? Albo zmieniają się w regularnych odstępach czasu?). W niektórych miejscach, na przykład przy wjeździe do Cytadeli w Kairze, policjanci są dodatkowo wyposażeni w kolczatki na sprężynach, żeby w razie czego można je było szybko rozłożyć w poprzek jezdni i ją zablokować.


A wszystko to, żebyśmy czuli się bezpiecznie. Choć ja osobiście czułam się przez to raczej bardziej nieswojo, ale może to kwestia narodowego bagażu, który, choć młoda jestem (ekhem;)), zdążyłam nabyć... A z drugiej strony, może bardziej chodzi o to, że ta wszechobecność policji w pewien sposób wytwarza uczucie zagrożenia: w końcu, rozumuje sobie turysta, skoro potrzeba takiej ochrony, to widocznie nie jest tu bardzo bezpiecznie. No i tak do końca nie jest: zamachy bombowe miały miejsce w 2004 Tabie, w 2005 w Sharm El Sheikh i 2006 w Dahabie, czyli w nadmorskich kurortach Synaju; w sumie zginęło w nich prawie 150 osób.

środa, 13 stycznia 2010

A tak chciałam wspiąć się na piramidę!


Zakaz powtarzany jest konsekwentnie: na przykład poniższa tabliczka nosi ślady wielokrotnych przeróbek.

Tak gwoli wyjaśnienia-uściślenia, te kamienie, na których zawieszone są tabliczki, to piramida Cheopsa w Gizie. Ma 146,6 metra wysokości i około 4,5 tysiąca lat.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Ekspansja Bożego Narodzenia

Witamy w Egipcie, kraju jak najbardziej muzułmańskim.

To ostatnie przedstawia element dekoracji hotelowej restauracji.

Nie ma co owijać w bawełnę - przyznam się od razu, choć niezmiernie się tego wstydzę: przyjechałam do Egiptu na wczasy z biurem podróży. Po raz pierwszy w życiu wybrałam taki rodzaj podróżowania. I chyba ostatni - przynajmniej przed emeryturą. Nawet nie dlatego, bo to śmiertelnie nudne, ale przede wszystkim, bo siedząc w kilkugwiazdkowym hotelu oddzielonym murem od egipskiej rzeczywistości, wypełnionym uczynną obsługą, trudno mi było pozbyć się niemiłego uczucia bycia białym kolonistą-wyzyskiwaczem. Te świąteczne dekoracje jeszcze je pogłębiały. Kiedyś biali przyjeżdżali tu z wojskiem; dziś ich potomkowie wprawdzie przywożą i zostawiają pieniądze, ale relacja - zwłaszcza w umysłach niektórych przyjezdnych - ma niepokojąco dużo podobnych cech.