poniedziałek, 29 czerwca 2009

Horrendalny horror hanowerski 2


Właściwie to już nie Hanower, a Bielefeld, ale szkoda mi było porzucać taką piękną aliterację (prawie jak z Lemony'ego Snicketa). Przy okazji, kilka innych ciekawych tabliczek:


Nie ma ucieczki!

(Za to jest równouprawnienie.)

czwartek, 25 czerwca 2009

Byłam i widziałam, część 2

Oprócz wymienionych w poprzednim wpisie atrakcji, Bielefeld ma także uniwersytet. Wyobraźcie sobie, drodzy Czytacze, socrealistyczny budynek. Ale nie w wersji paradnej, jak na przykład Pałac Kultury i Nauki, ale w wersji użytkowej, jak, dajmy na to, Wydział Filologiczno-Historyczny Uniwersytetu Gdańskiego. Tylko że (o dziwo) dużo bardziej zapuszczony i z pięć razy większy. Ogromny. Gmach uniwersytetu bielefeldzkiego jest tak duży, że nie zdziwiłabym się, gdyby widać go było z kosmosu:



...co by zresztą było z pewnością wielkim udogodnieniem dla jego domniemanych gospodarzy. Na widok budynku uniwersytetu bowiem teoria spiskowa, szczególnie jej część mówiąca o tym, że gmach ten służy jako przykrywka dla statku kosmicznego Obcych, nagle przestaje brzmieć tak niedorzecznie:

Budynki uniwersyteckie ciągną się i ciągną, aż po horyzont:

Wnętrze zaś tego gmachu sprawia wrażenie scenografii do jakiegoś dystopicznego filmu sf. Strach po nim chodzić samemu, szczególnie pod wieczór...

środa, 24 czerwca 2009

Byłam i widziałam


...jak śpiewał onegdaj Grzegorz Turnau. Nie w Nowym Jorku jednakże byłam, niestety, i nie Nowy Jork widziałam, ale Bielefeld. I stwierdzić mogę, że miasto to istnieje. Oczywiście, w myśl bielefeldzkiej teorii spiskowej, to samo twierdziłby każdy, kto zostałby przez NICH poddany praniu mózgu w celu dalszego ukrywania spisku, stajemy tu więc wobec nierozwiązywalnego problemu godnego "Paragrafu 22"...

W każdym razie, jeżeli mogę wierzyć pamięci własnej oraz tej w moim aparacie, Bielefeld jest niezbyt dużym i niezbyt ciekawym miasteczkiem w landzie Nadrenia-Północna Westfalia. Na skutek bombardowań w czasie drugiej wojny światowej z zabytków Bielefeldu pozostało niewiele - ograniczają się do dwóch kościołów, kilku kamienic:


ratusza:


oraz zamku Sparrenburg:

I tylko czasem błąkający się po mieście przyjezdny napotka na coś, co da mu do myślenia i skłoni do refleksji, że coś tu jest nie tak...

...a działalność ICH pozostawiła swoje piętno nawet na lokalnej faunie:


Cdn.

wtorek, 23 czerwca 2009

Horrendalny horror hanowerski


W oczekiwaniu na to, aż pozbieram się po bliskim spotkaniu trzeciego stopnia z Bielefeldem i jego uniwersytetem, zamieszczam mrożące krew w żyłach ostrzeżenie, co może się stać z osobami, które odważą się skorzystać z wind na hanowerskim lotnisku. Klämrisk przy tym to pikuś!

środa, 17 czerwca 2009

Leszczynki, trzecia nad ranem

...takie właśnie były okoliczności powstania zdjęcia znajdującego się w nagłówku tego bloga (co niektórzy Czytacze powinni zresztą wiedzieć, bo byli świadkami. Działo się to, o ile mnie pamięć nie zwodzi, zeszłego lata, po skończonym seansie już drugiego tamtej nocy bollywoodzkiego filmu...). Muszę przyznać, że uwielbiam tę część roku, kiedy przez całą noc nigdy nie robi się tak naprawdę ciemno. Kiedy zawsze nad horyzontem widać bladoróżową łunę i wiadomo, że słońce czai się tuż pod nim. Jest w tym widoku jakieś szczególne, pełne ekscytującego wyczekiwania, piękno.

Skojarzyło mi się, bo zbliża się letnie przesilenie, najkrótsza noc w roku. A tu, kilkaset kilometrów dalej na północ, o tej porze roku nie ma wcale bladoróżowej łuny - jest po prostu jasno przez całą dobę. Nie jest to jeszcze dzień polarny, bo słońce mimo wszystko zachodzi na parę godzin - ale to zjawisko też mam w planach kiedyś zobaczyć (choć nie tego lata, niestety. Stwierdziłam, że jedna wyprawa za Koło Podbiegunowe na rok wystarczy...). Niby teoretycznie wiedziałam, że tak będzie - ale zobaczyć to na własne oczy, to zupełnie coś innego! Też mi powód do ekscytacji, być może powiecie, drodzy Czytacze. No cóż, jeżeli tak, to najwyraźniej nie dzielicie mojej fascynacji zjawiskami atmosferycznymi. Połączonej z głębokim uwielbieniem lata.

Midsommar, odpowiednik słowiańskiej Nocy Kupały, to jedno z najważniejszych szwedzkich świąt. Obchodzi się je w weekend między 20 a 26 czerwca; do tradycji, oprócz picia ogromnych ilości alkoholu, należy wznoszenie słupa majowego oraz tańczenie wokół niego udając małe żabki i śpiewając o owych żabkach piosenkę. To najprawdziwsza prawda, wcale tego nie wymyśliłam. Nawet ja nie mam tak surrealistycznej wyobraźni.

I jedyne, nad czym ubolewam, to że nie będę miała okazji zaobserwować tej wspaniałej ludowej tradycji, ponieważ akurat na ten weekend wyjeżdżam sprawdzać prawdziwość bielefeldzkiej teorii spiskowej...

czwartek, 11 czerwca 2009

Meet Bernard Black


Dziś będzie dygresja serialowa. Bo mimo wszystko czasem lubię zrobić sobie przerwę w naśmiewaniu się ze szwedzkich klämriskowych lęków i, na przykład, obejrzeć jakiś film albo serial. Dobrze jest, gdy jest to film lub serial brytyjski. Jeszcze lepiej, jeśli jest to, dajmy na to, inteligentna, absurdalna komedia.

Tak właśnie (a także dzięki Facebookowi. Mówcie co chcecie, ale nie jest to całkiem bezużyteczne narzędzie) trafiłam na serial "Black Books" (w Polsce leciał on podobno kiedyś bodajże na HBO pod tytułem "Księgarnia Black Books"). Trafiłam, obejrzałam, a obecnie, z braku kolejnych odcinków, oglądam drugi raz.

Serial opowiada o pewnej małej londyńskiej księgarni, prowadzonej przez ekscentrycznego, cynicznego, ironicznego i aspołecznego (słowem, typ bohatera, którego Tygrysy lubią najbardziej) Irlandczyka nazwiskiem Bernard Black. Jego ulubionymi czynnościami w życiu są: czytanie, palenie i picie, obrażanie klientów, znęcanie się nad podwładnym, wytwarzanie wokół siebie niesamowitego bałaganu oraz wyrażanie ogólnej pogardy dla zewnętrznego świata. Dlaczego zdecydował się zarabiać na życie prowadząc księgarnię i jak to się dzieje, że nie zbankrutowała ona po kilku tygodniach, pozostaje zagadką. Bohaterami serialu są także Manny, asystent w księgarni, człowiek zakręcony i niemal całkowicie pozbawiony asertywności oraz Fran, najstarsza przyjaciółka Bernarda, dorównująca mu w zamiłowaniu do papierosów i alkoholu. Żadne z nich nie jest zbyt normalne.

Trójka ta przemierza trzy sezony serialu (niestety, są to brytyjskie, nie amerykańskie sezony - mają tylko po sześć odcinków) od jednego - zrzucanego na nich przez pełnych inwencji twórczej i sadystycznej skłonności do znęcania się nad swoimi bohaterami scenarzystów - absurdalnego zdarzenia do drugiego, stawiając im czoła uzbrojona w niezmierzone pokłady ironii i nieograniczone ilości wina. Wszystko ku uciesze widza.

To rzekłszy, idę sobie obejrzeć kolejny odcinek, czego i wam, drodzy Czytacze*, życzę.

* Forma zamierzona. Wtajemniczeni wiedzą, skąd się wzięła. Pozostali - no cóż, muszą ją po prostu zaakceptować;)

środa, 10 czerwca 2009

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Piraci


Największym wygranym wyborów do Parlamentu Europejskiego w Szwecji dzisiejsze gazety zgodnie okrzyknęły Partię Piratów, której głównym postulatem jest zalegalizowanie udostępniania plików w internecie (przewodniczący partii, Christian Engström, mówił dzisiaj wprawdzie w dzienniku Svenska Dagbladet, że nie są partią jednego postulatu, ale nie sprecyzował, jakie postulaty mają poza tym). Partia Piratów zdobyła 7,1% głosów, co daje jej jeden mandat w Parlamencie.

Poza tym gazety ubolewają nad niską frekwencją w głosowaniu: wyniosła ona... 43,8%.

(Hasła na plakatach głoszą: "Budujemy społeczeństwo informacyjne" i "Lubimy internet.")

sobota, 6 czerwca 2009

Żółto-niebiesko


6 czerwca to w Szwecji święto narodowe: obchodzone od 1983 roku; wcześniej, od 1893, jako Dzień Flagi. Dzień ten wybrano na pamiątkę koronacji Gustawa Wazy w 1523 i przyjęcia ustawy o prawach obywatelskich w 1809. Nie jest to może tak dramatyczne, jak dnie niepodległości, zburzenia Bastylii czy konstytucje, ale z braku innych opcji musiało się nadać. Sztokholm świętuje dzisiaj przybierając żółte i niebieskie barwy. Sprzed zamku królewskiego wypuszczono w niebo chmurę żółtych i niebieskich balonów:

Była uroczysta zmiana wart z bardzo ciekawą choreografią:

...parada:

...ludowe tańce i muzyka:

A także śpiewanie hymnu narodowego. Jakby ktoś był ciekaw, hymn Szwecji brzmi tak. Tekst i tłumaczenie można, oczywiście, znaleźć na Wikipedii;) (interesujące jest porównanie go do tekstu "Mazurka Dąbrowskiego").

I nawet obecność dywersantów z wrogiej Danii nie zdołała popsuć święta!


czwartek, 4 czerwca 2009

Pięć dni bez siłowni

W czasie gdy nadal próbujemy wspólnymi siłami rozszyfrować skojarzenia twórców reklamy z poprzedniego posta, pójdę za moim osobistym skojarzeniem i napiszę parę słów na temat szwedzkiego stosunku do aktywności fizycznej.

Otóż jest ów stosunek niemalże religijny. Każdy szanujący się Szwed chodzi regularnie na siłownię i basen, a także uprawia sporty we własnym zakresie. Nie ma co się dziwić nazwie Nordic walking - tylko tu na Północy można było wpaść na to, że nawet zwykłe chodzenie powinno być sportem. Szef Mojej Sista wyjechał właśnie na urlop na Rodos. Na szczęście jego żona jest instruktorką pilatesu, więc będzie mogła zorganizować całej rodzinie aktywne wczasy tak, aby czas spędzony w Grecji nie był czasem straconym.

Każde sztokholmskie osiedle ma własne filie największych sieci siłowni - SATS i Friskis och Svettis - a często także jakieś mniejsze, lokalne. Oprócz nich zaś sklepy sieci Stadium, bo przecież nie uchodzi, żeby na jogging wychodzić w jakichś wytartych dresach, trzeba wyposażyć się w profesjonalne legginsy! U Mojej Sista w akademiku mieszka pewna anorektyczka, żywiąca się wyłącznie razowym chlebem i listkami sałaty, której największym zmartwieniem, gdy się przeziębiła, było to, że na całe pięć dni uniemożliwiło jej to chodzenie na siłownię.

W świetle tego wszystkiego może tę warszawską panią z hantlami na plakacie należy rozumieć jako skojarzenie jak najbardziej pozytywne...?

wtorek, 2 czerwca 2009

Skojarzenia

Linia lotnicza Norwegian reklamuje szwedzkim odbiorcom promocyjne ceny biletów do różnych miast Europy za pomocą sympatycznych obrazków. Zaintrygowało mnie, jak zilustrowano Warszawę:


(Prawdę mówiąc chciałam zamieścić zdjęcie plakatu, zobaczywszy który po raz pierwszy miałam okazję zostać zaintrygowana. Niestety, zanim zdążyłam zrobić owo zdjęcie, został zastąpiony przez plakat wyborczy nawołujący do głosowania za otwartą i tolerancyjną Unią Europejską. Musiałam więc zadowolić się podkradzeniem obrazka ze strony Norwegiana.)