poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Wygrzebane z archiwum 3

Coś cicho tu ostatnio - tak podejrzewałam, niestety, że przeprowadzka do prozaicznej polskiej rzeczywistości może zadziałać dezinspirująco. Na razie więc, aby przerwać milczenie, jeszcze jeden obrazek z archiwum:


Bardzo sugestywne!

czwartek, 26 sierpnia 2010

Imieniny

Jechałam niedawno jednym z nowych składów trójmiejskiej SKM-ki: tych odpicowanych, odmalowanych, z kolorową tapicerką i elektronicznymi wyświetlaczami. Żadna z tych rzeczy jednak nie zwróciła mojej uwagi tak bardzo, jak to, co na tych wyświetlaczach pokazywano. Łamało to bowiem jakieś wieloletnie tabu, szło wbrew niepisanym zasadom, na których opiera się polskie społeczeństwo. Mianowicie, zamiast tak elementarnej, niezbędnej dla każdego uczestnika komunikacji publicznej informacji, jaką jest wiadomość o tym, kto obchodzi dzisiaj imieniny, wyświetlano tam rzecz tak błahą i niepraktyczną, jak nazwa następnego przystanku! Czyżby to oznaczało, że zatracamy już zupełnie naszą polską tożsamość i bezmyślnie małpujemy trendy nadchodzące ze zgniłego Zachodu (tudzież Północy)? Co poczną te wszystkie Zenobie i Zachariasze, do których nikt nie zadzwoni z życzeniami, ponieważ ich znajomym nikt nie przypomniał, że właśnie dziś przypadają ich imieniny...?

A tak na poważnie: zdaję sobie sprawę, że wyświetlanie nazw następnych przystanków w autobusach czy kolejkach to wcale nie jest prosta sprawa, wymaga chociażby odpowiednich systemów nawigacji. Ale z drugiej strony chociażbym tysiąc lat myślała, nie przyszłoby mi do głowy zagospodarować wolnego - w oczekiwaniu na instalację owych cudów techniki - miejsca na wyświetlaczu właśnie listą solenizantów. Być może zresztą to wyłącznie mój problem, bo muszę przyznać, że ciężko mi jest zrozumieć fenomen imienin w polskiej kulturze. Tak czy inaczej, w tej sprawie jestem całym sercem za zgniłym Zachodem (tudzież Północą;)).

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Nadchodzi burza




Mimo zbierających się złowrogich chmur, plażowicze nie spieszą się z powrotem na suchy ląd.


Również kaczki i łabędzie pozostają na powierzchni wody (niestety, zła pogoda to za mało, żeby wypłoszyć z naszego kraju tandetę...):


My jednak postanowiliśmy w porę się ewakuować. I dobrze, bo już kilkadziesiąt minut później telewizja pokazywała gradobicie nad tymi okolicami.

A tak przy okazji, to dwusetna dygresja!

sobota, 21 sierpnia 2010

Na Jarmarku Dominikańskim


Niektórzy puszczają latawce,


...inni skaczą na bungee.


Natomiast Wróżka Anna gdzieś sobie poszła, pozwalając, aby osoby nieupoważnione zajęły jej posterunek.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Białe tenisówki 2

Mimo wyprowadzenia się ze Szwecji nie mam zamiaru wyrzekać się tej odrobiny szwedzkiej tożsamości, jaką tam nabyłam. Personnummeru i tak się chyba nie da zbyć (a zresztą po co), ale, co ważniejsze, zamierzam również zachować zwyczaj noszenia białych tenisówek! Nie stałam się wprawdzie jeszcze tak szwedzka, żeby zakładać je do stroju poza tym całkowicie czarnego (nastolatek ubrany w czarne dżinsy, czarny T-shirt, czarną kurtkę i śnieżnobiałe tenisówki to w Sztokholmie widok powszechny), jednak przyznać muszę, że ten rodzaj obuwia się bardzo dobrze sprawdza w sezonie wiosenno-letnim. Niestety, jest on także mało trwały - moje zeszłoroczne tenisówki uległy już wpływowi czasu, różnorakich czynników zewnętrznych, a przede wszystkim niezbyt fortunnej decyzji związanej z praniem i straciły swą nieskazitelną biel. Nadeszła pora zaopatrzyć się w nowe!

Nie sądziłam, że będzie to stanowiło jakikolwiek problem: przyzwyczaiłam się wszak do tego, że w Szwecji to produkt, który zdobyć łatwiej niż chleb*: wystarczy wejść do pierwszego lepszego obuwniczego, by natrafić na całe półki wypełnione tenisówkami, głównie, choć nie tylko, białymi, w różnych fasonach i przedziałach cenowych, od markowych po tanie nołnejmy. Nie byłam więc przygotowana na poszukiwania. Ani na to, że w dużym trójmiejskim centrum handlowym jedynym sklepem, w którym znaleźć można białe tenisówki będzie, nota bene szwedzki, H&M (te jednak nie były na zadowalającym mnie poziomie jakościowym). Albo że, wyobraźcie sobie, są w tym kraju sklepy obuwnicze, w których nie uświadczysz ani jednej pary tenisówek! W jakimkolwiek kolorze! Niepojęte! Drodzy Czytacze, przeżyłam ni mniej ni więcej, tylko kulturowy szok i już zaczęłam planować wyprawę zakupową do Sztokholmu. Na szczęście w końcu udało mi się znaleźć upragniony towar w sklepie w centrum Gdyni...

Ale do Sztokholmu i tak się wybiorę.

* Porządny, dobry chleb można w Szwecji dostać jedynie w nielicznych piekarniach i specjalnych stoiskach w wybranych supermarketach i jest drogi (ok. 40 koron za niezbyt duży bochenek). To raczej posiłek odświętny niż chleb powszedni.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Nadesłane przez Czytaczy 4


Mój kontyngent klämriskowych wysłanników w Sztokholmie nie ustaje w działaniach! Na przykład trzeba było Mojej Sista, żeby wypatrzyć taki oto niezwykle graficzny znak na stacji metra Gullmarsplan, niedaleko której mieszkałam przez 9 miesięcy. Jest to kolejny z serii instruktaży higienicznych, nawołujących - wierszem! - do tego, żeby w celu zaspokajaniu swoich potrzeb udać się do miejsc specjalnie do tego przeznaczonych, a darmowych, w ten sposób unikając rozprzestrzeniania niemiłych zapachów.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Storm Watching

Oglądanie burzy jest jeszcze ciekawsze, niż podziwianie fajerwerków. Choć wymaga dużo większej czujności, bo rozbłyski piorunów pojawiają się niespodziewanie, a po ułamku sekundy nie pozostaje po nich ślad, oprócz tego odciśniętego na siatkówce oka, który jednak też bardzo szybko przemija.

Od dwóch dni się zbierało na burzę, było duszno jak zwykle nie bywa tak blisko morza; od czasu do czasu gdzieś daleko rozlegał się pojedynczy grzmot. Ale w niedzielę wieczorem zaczęło błyskać coraz częściej, zasiedliśmy więc na tarasie, żeby podziwiać spektakl. Jest lepiej niż w kinie, z efektami specjalnymi i najlepszym dolby surround! Po kilkunastu minutach zaczyna się deszcz: i nie patyczkuje się, od razu uderza z całą mocą, nieprzebitą ścianą deszczu, jak w indyjskim filmie - silniej jeszcze, bo pod taką siłą uderzenia najbardziej wytrwałych kochanków deszcz wbiłby w ziemię. I już burza jest wszędzie dookoła, chmury rozbłyskają co kilkanaście sekund z intensywnością, jaka nieczęsto się tu, nad morzem, zdarza.

Mija parę godzin, zanim będzie znów bezpiecznie włączyć komputer i umieścić nową dygresję.

piątek, 13 sierpnia 2010

Rybak


Stoi na linie nad sopockim Monciakiem i jakoś udaje mu się utrzymać równowagę. Triumf fizyki nad niepewnością ludzkiej egzystencji...?


środa, 11 sierpnia 2010

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Nadesłane przez Czytaczy 3


To, że nie ma mnie już w Szwecji nie znaczy, że nie mam tam wysłanników, gotowych w każdej chwili dostarczyć nowej porcji zdjęć tabliczek ostrzegawczych! Ot na przykład w zeszłym tygodniu Mój Brader zwiedzając okolice Sztokholmu natknął się na takie oto objawy troski o bezpieczeństwo dzieci na drodze. Szczególnie zaintrygował go ślimak na poniższym obrazku. Może Czytacze mają jakieś pomysły, co mógłby on symbolizować?


czwartek, 5 sierpnia 2010

Powiększenie


Powyższe zdjęcie zrobiłam sprzed Soboru Kazańskiego - zaintrygowało mnie graffiti na ścianie kremowej kamienicy. Dopiero jak potem je powiększyłam, zauważyłam, że na dachu kamienicy coś się dzieje! Czy to po prostu jakaś para najzupełniej prozaicznie robiąca sobie zdjęcia? A może przypadkiem wpadłam na trop jakiejś bardziej intrygującej historii...?

wtorek, 3 sierpnia 2010

Limuzyny Petersburga


W żadnym innym miejscu, w jakich zdarzyło mi się bywać, nie spotkałam się z takim zagęszczeniem limuzyn, jak w Petersburgu. Zobaczyć je tam można w najróżniejszych kształtach i kolorach: białe, czarne, złote, srebrne, różowe, czerwone, niebieskie, a nawet wzorzyste, z dekoracjami i bez, klasyczne lub w formie najwyraźniej modnych ostatnio w tamtych rejonach hummerów, używane z okazji wesel, wieczorków panieńskich i licho wie, czego jeszcze.