sobota, 31 lipca 2010

Zakazów kilka


Jak widać powyżej, zwiedzający Twierdzę Pietropawłowską muszą liczyć się z kilkoma zakazami. A bliżej, nie wolno im na przykład:


udawać Lenina,


ważyć,


wyprowadzać na spacery koniki na biegunach,


skakać z blanków,


grać na saksofonie,


chodzić w białych kąpielówkach i mieć dobrze rozwinięty mięsień piwny brzucha,


jeździć na nartach


oraz trzymać się latarni.

czwartek, 29 lipca 2010

Winda Widmo, czyli antyklämrisk 2


Windzie w kamienicy, w której mieszkaliśmy w Petersburgu przypisałam motto zaczerpnięte z Pana Samochodzika: "Każdego dnia ryzykujesz życiem" (Pan Samochodzik tak nazywał w "Księdze strachów" swoją brzytwę). Ze względu na jeden z motywów przewodnich tego bloga po prostu nie mogę przemilczeć podróży tą niezwykłą maszyną. Szyb windowy dobudowany został na jakimś etapie historii kamienicy do (również mrożącej krew w żyłach, nie tylko tym, że liczba schodów zmieniała się od piętra do piętra) klatki schodowej, była to niewzbudzająca zaufania konstrukcja ze szkła i przerdzewiałego metalu (widoczna powyżej). Kabina zaś była wprawdzie wyposażona w wewnętrzne drzwi, a więc klämrisk sensu stricto raczej pasażerom nie groził, jednak zatrzaskiwały się one w sposób zupełnie niespodziewany. A w podłodze były szpary, przez które prześwitywało na wylot światło z zewnątrz - i w ogóle sprawiała wrażenie, jakby dowolna z jej części mogła w każdej chwili oddzielić się od reszty.


Nie jestem tchórzliwą osobą - mieszkałam prawie dwadzieścia lat w bloku z wielkiej płyty wyposażonym w windy, do których niektórzy nasi goście bali się wchodzić do tego stopnia, że woleli pokonywać dziesięć pięter na piechotę. Niemniej jednak i moje nerwy mają swoją granicę wytrzymałości. Jazda tą windą przywodziła na myśl stary dowcip o bacy, który jako jedyny z pasażerów ocalał gdy odpadło dno wagonika kolejki linowej na Kasprowy Wierch, bo kurczowo trzymał się uchwytów. Podczas naszej podróży windą też rozpaczliwie wypatrywałyśmy z Sista czegoś, czego można by się w razie czego złapać - niestety, nic takiego nie udało nam się znaleźć. Ale mimo to przeżyłyśmy.


Doświadczenie to zainspirowało mnie do stworzenia poniższego dzieła z pogranicza dokumentu i filmu grozy:


Petersburg to w ogóle doskonałe miejsce dla ludzi szukających mocnych wrażeń i odczuwających niedosyt adrenaliny. Dość powiedzieć, że przechodzenie przez Newski Prospekt jest odradzane nawet przez generalnie zachwycony miastem przewodnik, a tamtejszemu metru nadałam nazwę Gilotyna. Niestety, nie mam stamtąd zdjęć, bo:

wtorek, 27 lipca 2010

Bardzo słuszny zakaz


Zakaz emisji spalin. Bardzo by się w centrum Petersburga przydało jego przestrzeganie, oj bardzo. Może wtedy chodzenie po owym centrum byłoby przyjemniejszym (i zdrowszym) sposobem spędzania czasu.

niedziela, 25 lipca 2010

W Sankt Petersburgu w białą noc



...jest dużo ładniej, niż w dzień. Po - późnym o tej porze roku - zachodzie słońca pastelowe kolory nieba odbijają się w wodzie Newy i z wolna zapada zmrok. A mosty i reprezentacyjne gmachy - Ermitażu, Admiralicji, twierdzy Pietropawłowskiej, różnych muzeów - są pięknie podświetlane i robią dużo większe wrażenie, nie są tak przytłaczające barokowym przepychem. Z nabrzeży lub łódek wypływających koło północy na Newę całymi flotyllami można oglądać niezwykły conocny spektakl: otwieranie zwodzonych mostów.



Carowi Piotrowi I, zapatrzonemu w potęgę morską Holandię zamarzyło się wielkie miasto portowe na ziemiach świeżo wydartych innej morskiej potędze - Szwecji, dla zaakcentowania zwycięstwa nad nią i uzyskania dostępu do Bałtyku. Czyli całkiem podobnie, jak kilkadziesiąt lat wcześniej Karlskrona i dwieście lat później Gdynia. Petersburg jednak nie ma otwartego, morskiego charakteru żadnego z nich. Pasja jednego człowieka, nawet gdy jest on rosyjskim carem, to widocznie za mało wobec tak licznego narodu i tak ogromnego kraju i najwyraźniej nawet tu, nad brzegiem morza, Rosjanin woli trzymać się lądu.


Petersburg zbudowany jest nad ujściem wielkiej rzeki do morza, przecinają go rzeczki i kanały. Gdyby znajdował się w jakiejś Anglii, Skandynawii czy innych Niderlandach, to właśnie one - rzeki i kanały - byłyby jego prawdziwym centrum, one przyciągałyby do siebie mieszkańców i przyjezdnych, wokół nich koncentrowałoby się życie miasta, w kawiarniach, restauracjach i klubach. Tymczasem brzegi Newy w centrum Petersburga są wybetonowane, puste i martwe; rzeki i kanały służą petersburżanom jedynie jako środek zarobku, gdy na mostach wzdłuż Newskiego Prospektu nawołują do wybrania się na wycieczkę statkiem. Aż przykro patrzeć, jak się marnują.


Petersburżanie zamiast tego nadali nazwę swojej rzeki głównej ulicy miasta i to na niej koncentruje się życie, płyną sznury samochodów i ludzi - na ruchliwym, pełnym smrodu spalin Newskim Prospekcie.

środa, 21 lipca 2010

Klämrisk 5


Kultura Finlandii przez długie wieki pozostawała pod bardzo silnym szwedzkim wpływem. Co widać na przykład w helsińskiej windzie.

środa, 14 lipca 2010

Wygrzebane z archiwum 2


Pozostając we włoskich klimatach: wygrzebałam w archiwum taki oto znak zakazu z Piazza del Comune w Asyżu. Wisiał on nad schodkami, na których tłumnie rozsiedli się turyści oraz miejscowi i zajęli się konsumpcją. Zauważam tu bliskie pokrewieństwo z pewną tabliczką w brugijskiej wieży... Wrzucam do dogłębnej kontemplacji, zanim na jakiś czas zamilknę, bo wyjeżdżam na wakacje.

poniedziałek, 12 lipca 2010

Bezpieczne ręce


Instrukcja prawidłowego mycia rąk wypatrzona przeze nie swego czasu w pewnym gdańskim centrum handlowym to nic w porównaniu z tą, w którą wczytać się można we florenckim Palazzo Vecchio! Ta jest długa, szczegółowa (zaleca np. zakręcanie kranu ręcznikiem, żeby go nie dotykać bezpośrednio), ilustrowana i zakończona zapewnieniem, że po zastosowaniu się do instrukcji nasze ręce są "bezpieczniejsze".

czwartek, 8 lipca 2010

Festa di San Giovanni

Dwa tygodnie temu, w czasie gdy Szwedzi świętowali midsommar tańcząc wokół słupa i śpiewając o tym, że są małymi żabkami, florentczycy obchodzili święto swojego patrona, świętego Jana. Na placu przed kościołem Santa Croce odbywa się zwykle tego dnia finał rozgrywek Calcio Storico. Dosłownie znaczy to historyczna piłka nożna, jednak w rzeczywistości bardziej przypomina mało eleganckie nawalanie się grupki facetów reprezentujących cztery historyczne dzielnice Florencji (Niebiescy z Santa Croce, Czerwoni z Santa Maria Novella, Biali z Santo Spirito i Zieloni z San Giovanni), ubranych w stroje (właściwie głównie portki) inspirowane renesansowymi. W tym roku jednak rozgrywki odwołano, w dzień św. Jana tylko odbył się mecz towarzyski między Azzuri a Bianchi (Niebieskimi a Białymi). Poniżej - "boisko", czyli Piazza Santa Croce w czasie demontowania trybun, parę dni po.


Dla spragnionych innego rodzaju rozrywek zaś miasto funduje pokaz fajerwerków. Wystrzelane z Piazzale Michelangelo w niebo nad Arno, widoczne są nad całym centrum Florencji i przyległościami. Tak wyglądały oglądane z dachu kamienicy w dzielnicy Campo di Marte (czyli na Polach Marsowych).


środa, 7 lipca 2010

Podstępne korzenie


Wśród niebezpieczeństw, na jakie narażony jest pieszy we Florencji wymienia się obecność korzeni (które najwyraźniej, jak sugeruje obrazek, powinno się kopnąć). Zaiste, może to człowieka wziąć znienacka, biorąc pod uwagę jak bardzo pozbawione zieleni jest to miasto.

poniedziałek, 5 lipca 2010

Dobry komar to martwy komar

Jednym z pierwszych słów w miejscowym języku, jakich uczy się przybysz do Florencji, jest zanzara. Słowo to określa najbardziej krwiożerczego, podstępnego i znienawidzonego tak przez ludność tubylczą, jak i przez przyjezdnych przedstawiciela miejscowej fauny: komara. Myślicie, drodzy Czytacze, bywalcy mazurskich czy kaszubskich jezior i innych okoliczności natury, że znany jest Wam ten drapieżnik i związane z nim ryzyko. Otóż nie do końca. Komar florencki ma wiele wspólnego ze swoim polskim kuzynem: czai się na swoją ofiarę o zmierzchu i niczym wampir wysysa jego krew, wpuszczając w zamian złowieszczy jad. Jego ukąszenia są jednak bardziej od ukąszeń polskiego komara uciążliwe (nie mówiąc już o ukąszeniach wampira, które, jeżeli wierzyć najnowszym trendom w literaturze i filmie, nie pociągają za sobą konsekwencji bardziej przykrych niż nieśmiertelność oraz zwiększona atrakcyjność fizyczna), ponieważ nie powodują zwykłego swędzenia tylko dość przenikliwy ból. Na dodatek są to wyjątkowo szczwane i wytrwałe bestie, które trudno utłuc i wiedzą, jak się dobrze schować. Noszą poza tym adekwatnie złowrogą nazwę: komar tygrysi!

Nic dziwnego, że miejscowi mają swoje sposoby, żeby walczyć z plagą, która męczy ich przez całą wiosnę, lato i jesień, a czasem i zimę (pierwszego roku gdy mieszkałam we Florencji zima była tak łagodna, że jeszcze w grudniu plaga trwała w najlepsze). Zamknięcie okien, przy florenckim klimacie, raczej nie wchodzi w grę (śmierć przez uduszenie nie jest bowiem lepsza od cierpień powodowanych przez komary), zresztą często niewiele by to dało, bo wiele okien w tym mieście jest tak nieszczelnych, że ich zamknięcie nie stanowi przeszkody dla małych owadów. Trzeba więc uciec się do broni chemicznej. Niektórzy wybierają spraye, ja jednak wolę małe urządzenia, które wetknięte we wtyczkę elektryczną wydzielają opary specjalnego olejku. Nigdy nie doszłam do tego, czy opary te zabijają komary czy tylko wystraszają (osobiście liczę na to pierwsze, nawet jeżeliby to znaczyło, że ja również wdycham te zabójcze opary - cóż, żądza zemsty pozbawia człowieka rozsądku). Moja współlokatorka dysponowała też jeszcze bardziej sadystyczno-satysfakcjonującym sposobem: było to mianowicie urządzenie wyglądające mniej więcej jak rakietka do badmintona, w której rączce ukryta była bateria, do której podłączone były druty - wystarczyło zbliżyć rakietkę do owada, włączyć i... cóż, sami sobie możecie wyobrazić. Drastyczne? Owszem. Ale najważniejsze, że skuteczne. Dzięki temu mieszkaniec Florencji może otworzyć okno i spać spokojnie. To znaczy, pod warunkiem, że przyzwyczaił się już do nieustającego hałasu dobiegającego z ulicy.

P.S. Drugim słowem, jakie przyswaja sobie przybysz we Włoszech jest sciopero.

niedziela, 4 lipca 2010

O samochodach, kawie, śródziemnomorskiej propagandzie i stresie


A więc ze Szwecją, jako się rzekło, na razie koniec. Co więcej, wpadłam na niezbyt może mądry pomysł, żeby wyprowadzić się ze Szwecji akurat w tę porę roku, kiedy jest ona najpiękniejsza i pojechać do Włoch akurat wtedy, kiedy jest tam najnieznioślej, kiedy powietrze robi się gęste i ciężkie, że niemal wbija człowieka w ziemię. Choć oczywiście, nie do końca ja wybrałam ten termin i to miejsce... Znów ogarnia mnie zdumienie, jak te tak różne kraje mogą mieścić się na jednym tak małym kontynencie. I wprawia mnie to w nastrój refleksyjny, który z kolei skłania do podzielenia się z Czytaczami mniej lub bardziej pretensjonalnymi wynurzeniami, a tym samym do wyprodukowania wpisu tego rodzaju, za którymi nie całkiem przepadam na innych blogach... Winne jest słońce, drodzy Czytacze: słońce, upał i stres!


Przyzwyczajona do wręcz sterylnego powietrza Sztokholmu natychmiast po przyjeździe do Florencji niemal czuję, jak płuca wypełniają mi spaliny, a smog zatyka każdy por skóry. Ale zauważam też pozytywne zmiany: okazuje się, że udało się dokonać tego, co do tej pory wydawało się niemożliwością: zamknąć (przynajmniej częściowo) ruch uliczny w centrum, dookoła Duomo. Niemożliwością, bo zazwyczaj, jak to kiedyś barwnie stwierdził mój znajomy Fin, "in this f*ing city f*ing cars are more important than people" (na jego usprawiedliwienie dodam, że był bardzo zirytowany ciągnącymi się długo po północy za oknami mieszkania hałaśliwymi robotami drogowymi). Po pierwszym szoku (związanym między innymi z tym, że posunięcie to uczyniło trasy autobusów niezwykle konfundującymi) odkrywam dzięki temu ze zdumieniem, że spacer w okolicach Duomo może być całkiem przyjemny; poza tym z jakiegoś powodu zmniejszyło to także liczbę pieszych, więc po raz pierwszy mogę, bez obawy wpadnięcia na kogoś bądź zostania stratowaną, przyjrzeć się kamienicom.


Mimo różnych niesprzyjających okoliczności staram się cieszyć się drobnostkami. Rankami w barze na uczelni kupuję sobie wyśmienitą spremutę, czyli świeżo wyciśnięty sok z pomarańczy i piję ją na tarasie z widokiem na Florencję i toskańskie wzgórza. Po południu wracam zaś po kawę - i choć picia kawy nauczyłam się we Włoszech, nadal nie ulegam kulturowej presji nakazującej zrezygnować z mleka w kawie (pod jakąkolwiek postacią, a więc także np. capuccino) po południu: nie jestem po prostu w stanie pić kawy bez mleka, o jakiejkolwiek porze dnia. Na szczęście panie w barze przyzwyczajone są do fanaberii obcokrajowców i nie mrugają nawet okiem na takie barbarzyństwo. Co za ulga, po dwóch latach mieszkania w Szwecji i picia jednego z najohydniejszych napojów znanych ludzkości, ustępującego na miejscu pierwszym chyba tylko tranowi - innymi słowy tego, co w Szwecji nazywane jest kawą.


Dziwny jest mój stosunek do Florencji, dziwnie myśli się o niej teraz, gdy już tylko wracam do niej od czasu do czasu i gdy coraz bardziej realna staje się perspektywa skończenia z nią na dobre. Dla wielu nazwa tego miejsca ma trochę magiczne znaczenie, kojarzy się z miejscem w jakiś sposób szczególnym dla europejskiej kultury. Wszyscy wszak byliśmy przez całe życie poddawani śródziemnomorskiej propagandzie. Chyba przez nią mój nie do końca entuzjastyczny stosunek do tego miasta muszę zawsze tłumaczyć, bardziej niż bym to musiała robić w przypadku jakiegokolwiek innego miejsca, a i po tłumaczeniach reakcją często jest niedowierzanie, a nawet wyrzut! Ba, we mnie samej czasem budzą się podejrzenia, że coś po prostu zrobiłam źle i to moja, nie tego miejsca wina. Z drugiej strony, jak każda dobra propaganda, ma ona jakieś oparcie w rzeczywistości: gdy się idzie wzdłuż budynku mieszczącego Galerię Uffizi i patrzy na posągi ludzi związanych z Florencją stojące wzdłuż ściany trudno nie być pod wrażeniem: Leonardo, Petrarca, Dante, Boccaccio, Machiavelli to tylko niektórzy z nich.


Też kiedyś robiło to na mnie wrażenie, a Florencja kojarzyła się z miejscem, które można, owszem, zwiedzić, ale perspektywa mieszkania tam wydawała się nierealna i nierealistyczna. A że życie często płata nam figle i lekce sobie waży nasze plany i oczekiwania, realne okazało się nie tylko to, ale i więcej jeszcze: że po pewnym czasie będę miała tego miejsca dość i będę chciała z niego uciec. Nie ja jedna zresztą. Być może zadecydowała tymczasowość tego pobytu, z góry założony termin, który nie pozwalał zapuścić tu korzeni (choć to nie przeszkodziło mi w Sztokholmie). Być może po prostu nie jest to miasto dla każdego, a tylko owa śródziemnomorska propaganda namieszała nam w głowach, tak że uwierzyliśmy, że pod słońcem Toskanii wszystko jest łatwiejsze, a problemy nikną pod wpływem ciepła, kieliszka chianti i wyśmienitej pizzy. Być może powód, dla którego tu przyjechaliśmy okazał się zbyt stresujący, aby to słońce, to chianti, ta pizza były w stanie go przysłonić i miejsce to zamiast z nimi zaczęło nam się kojarzyć ze stresem właśnie. "For everybody this is the place of love," powiedziała niedawno znajoma, widząc zakochaną parę na Piazza San Giovanni, "for me it's a place of stress." Przede mną, oprócz tej, jeszcze co najmniej jedna wizyta tutaj i jedno, być może najbardziej stresujące, przeżycie.

piątek, 2 lipca 2010

Lektura uzupełniająca

Jakiś czas temu nastąpił wiekopomny (dla mnie przynajmniej - i dla tego bloga w sumie też) dzień, ale przemknął na niniejszych łamach niepostrzeżenie, bo miałam tak dużo zaległości i spraw na głowie, że nie zdążyłam poświęcić mu czasu. Ale w końcu nadszedł czas, żeby obwieścić, że wyprowadziłam się ze Szwecji. Nie będzie więc tu więcej dygresji o cieniach i blaskach życia w tym kraju - a przynajmniej nie za dużo i nie w najbliższym czasie, bo jednak najprawdopodobniej będę Szwecję odwiedzać i nie wykluczam, kiedyś, powrotu. Tylko o czym będę pisać w międzyczasie, wszak życia w Polsce nikomu z Czytaczy objaśniać nie trzeba (?), a jego niedorzeczności każdy z Was zna...

W każdym razie, jakby komuś było mało i odczuwał niedosyt, polecam lekturę uzupełniającą: "Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji" Macieja Zaremby. Hmmm, wyszło trochę tak, jakbym siebie i swoją pisaninę porównywała z panem Zarembą, a przecież o czymś takim nie może być mowy: to wszak nie są wynurzenia i zrzędzenia przemądrzałej, czasem sfrustrowanej skandynawistki, ale najzupełniej profesjonalne reportaże wytrawnego dziennikarza, obserwującego Szwecję od dziesiątków lat, a jednocześnie niepozbawionego tej kontynentalnej, humanistycznej perspektywy, jaką dają mu jego polskie korzenie. Są tu reportaże, które wywołują wredny uśmieszek Schadenfreude, inne, które wywołują zdziwienie, wreszcie takie, które wywołują złość, na to, że świat, w którym żyjemy, jest tak niedoskonały, niesprawiedliwy, a miejscami okrutny; wszystkie zaś - zainteresowanie. Innymi słowy, to, co reportaże wywoływać powinny. Polecam szczególnie tym, którym wciąż się wydaje, że Szwedzi posiedli sekret idealnego porządku społecznego, odpowiedź na wszelkie problemy i klucz do szczęścia. Czyli właściwie powinnam polecić je Szwedom, w końcu to wśród nich właśnie jest najwięcej gorących zwolenników tego poglądu, pozostaje mi więc tylko mieć nadzieję, że do jak największej ich rzeszy dotarły reportaże pana Zaremby, czy to w formie niniejszej książki, czy artykułów w Dagens Nyheter, gdzie były one pierwotnie publikowane. I docierają nadal, bo wciąż publikuje (ostatnio na przykład o mobbingu i rasizmie w miejscach pracy).