poniedziałek, 30 lipca 2012

Witajcie w Elsynorze



Potężna twierdza Kronborg, górująca nad Øresundem w jego najwęższym miejscu, postawiona została w czasach, gdy Dania panowała jeszcze nad oboma jego brzegami. Spełniała funkcję głównie gigantycznego urzędu celnego, w którym przez kilka wieków pobierano cło od każdego statku wpływającego na i wypływającego z Bałtyku. Jego grube mury i liczne działa stanowiły niepodważalny argument przeciw każdemu, komu przyszłoby do głowy zdzierczą praktykę duńskich królów poddać w wątpliwość.


Zamek mieści się w mieście Helsingør, znanym też pod nieco zniekształconą nazwą: Elsynor. To po nim właśnie według Szekspira snuć się miał nieszczęsny książę duński i zadawać egzystencjalne pytania at være eller ikke være (wszak, jak na duńskiego księcia przystało, najpewniej zadawał je po duńsku).


Inspiracją dla Szekspira mógł być Sakso Gramatyk, duński kronikarz z przełomu XII i XIII wieku. Opisuje on między innymi historię żądnego władzy jutlandzkiego wodza Fengiego, który zamordował swojego brata Orvendila i poślubił wdowę po nim Geruth. Syn zamordowanego, imieniem Amleth, obawiając się i o swój los, postanowił udawać szalonego.


Nic to, że w czasach Sakso, nie mówiąc już o na poły mitycznych czasach, które opisuje, zamek w Helsingør jeszcze nie istniał - bo pierwszą twierdzę w tym miejscu wybudował dopiero Eryk Pomorski pod koniec XV wieku. Ale w czasach Szekspira rozniosła się po Europie sława rozbudowanego właśnie przez Fryderyka II Kronborga - i choć ciężko stwierdzić, czy dramatopisarz sam na nim kiedykolwiek gościł, na pewno byli tu aktorzy z jego trupy. A niektóre panujące na zamku zwyczaje odwzorowane są ponoć w dramacie dość wiernie.


Dziś w Helsingør nie pobiera się już cła, a atmosfera nie skłania do zadawania egzystencjalnych pytań. Miasto pełne jest bowiem mniej lub bardziej pijanych Szwedów, dowożonych tu z położonego po drugiej stronie cieśniny Helsinborga w hurtowych ilościach na zawijających do portu co dwadzieścia minut promach. Przybywają tu głównie w celu eksploracji bardzo tu licznych - szczególnie w okolicy portu - sklepów z alkoholem (w odróżnieniu od Szwecji, w Danii można sprzedawać go w normalnych sklepach, nie tylko w państwowych monopolach). Wysłuchując ich wrzasków pod oknem w środku nocy trudno oprzeć się refleksji, że pod pewnymi względami zaprawdę źle się dzieje w państwie duńskim.

piątek, 27 lipca 2012

Wpływy kontynentalne



Jak pisałam, w czasie mojego pobytu w Danii nie dostrzegłam żadnego znaku ostrzegającego przed klämriskiem (choć fakt, że ani razu nie zdarzyło mi się jechać windą bez wewnętrznych drzwi). Doszłam do wniosku, że w kraju tym, położonym na granicy Skandynawii i reszty Europy, wpływy kontynentalne są najwyraźniej, przynajmniej pod pewnymi względami, silniejsze od skandynawskich. Wniosek ten poparło szczególnie odkrycie tabliczek uprzedzających, że w niektóre miejsca wchodzi się tylko na własną odpowiedzialność.

 

środa, 25 lipca 2012

Duńskie Saint-Tropez



Nadmorskie miasteczko Hornbæk przewodnik Lonely Planet opisuje jako "Denmark's St Tropez" oraz miejsce, "where young and gorgeous go to appreciate both the natural beauty and their own". Nigdy nie byłam w Saint-Tropez, ale miałam na jego temat pewne wyobrażenia. Najwyraźniej były to wyobrażenia zupełnie błędne.


Natomiast young and gorgeous musieli od czasu napisania przewodnika połączyć się w pary, bo miasteczko pełne jest przede wszystkim młodych rodzin z dziećmi - i to, na skandynawską modłę, od razu trójką bądź czwórką (choć może "pełne" to tu niewłaściwe słowo...).


Przewodnik twierdzi również, że "thanks to some geographical peculiarities, Honrnbæk enjoys more sunshine than anywhere in Denmark". Hmmm...





 

poniedziałek, 23 lipca 2012

Christiania


Christiania to szczególna część Kopenhagi, nazywająca sama siebie "wolnym miastem" lub "miastem w mieście". Kiedyś były tu tereny wojskowe, ale w latach 70., kiedy marynarka przestała już ich używać i stały opuszczone, przejęli je hipisi, squatersi i innego rodzaju "urodzeni w niedzielę"*. Z czasem urządzili tu nie tylko squaty, ale całą wspólnotę, z własnymi zasadami (jak na hipisów przystało, głównie wyrażającymi ideę braku konieczności jakichkolwiek zasad - choć z czasem musieli jednak zmierzyć się z rzeczywistością i zakazać np. twardych narkotyków), spółdzielniami, sklepami, usługami, koncertami i specyficznym podejściem do estetyki oraz planowania przestrzennego.

Tym, co mi najbardziej rzuciło się w oczy w Christianii, to wszechobecne zakazy fotografowania: na znakach, graffiti na ścianach i porozstawianych co kawałek płytach z dykty. Sprawiły, że z miejsca poczułam się w tym miejscu niechcianym intruzem. I z jakiegoś powodu przypomniał mi się fragment z "Lata Muminków", w którym Włóczykij pozdejmował i spalił wszystkie znaki zakazu wystawione przez Paszczaka - jakoś do tej pory myślałam, że tego typu ludzie, do których przemawiają miejsca w rodzaju Christianii, zdecydowanie bardziej chcieliby się utożsamiać z Włóczykijem niż Paszczakiem, a tu taka niespodzianka. Jest coś z hipokryzji w deklarowaniu absolutnej wolności, anarchii i pogardy dla drobnomieszczańskich zasad, a jednocześnie stosowaniu zakazów, które kojarzą mi się przede wszystkim z państwami policyjnymi czy pilnie strzeżonymi obiektami wojskowymi. Muszę przyznać, że gdy opuściłam teren Christianii, odetchnęłam z ulgą**.

* Określenie to wyczytałam w jednym z analizowanych przeze mnie ostatnimi czasy propagandowych tekstów i bardzo mnie rozbawiło. Dlatego nie mogę darować sobie, żeby go nie użyć, skoro nadarza się ku temu okazja!

** Także dlatego, bo wreszcie przestał mnie otaczać zapach palonej trawy, którego nie znoszę. Choć podobno otwarta sprzedaż miękkich narkotyków też jest już w Christianii niemile widziana.

niedziela, 22 lipca 2012

Paternoster, czyli antyklämrisk 3

Dwa tygodnie temu wybrałam się, wraz z Czytaczką Moniką, do Danii. Jako że to kraj skandynawski, jadąc tam spodziewałam się, że uda mi się tam dorwać parę znaków ostrzegających przed klämriskiem. Tymczasem nie wypatrzyłam ani jednego! Co więcej, stało się wprost przeciwnie: zwiedzając siedzibę Folketingu, czyli duńskiego parlamentu, miałam okazję zobaczyć bodaj najbardziej przerażający rodzaj windy, o którym do tej pory tylko czytałam, ale którego jak dotąd nigdy nie zdarzyło mi się oglądać: paternoster. Nazwa jest nieprzypadkowa, ten sposób przemieszczania się może bowiem wywołać u podróżującego uczucia religijne i przekonanie, że tylko odwołanie się do wyższych sił może zapewnić dotarcie do celu w jednym kawałku, z wszystkimi kończynami na swoich właściwych miejscach. Paternoster to winda składająca się z kilkunastu kabin bez drzwi, które przemieszczają się w kółko dwoma szybami (w jednym kabiny jadą w górę, w drugim w dół), niezatrzymując się. Pasażer wskakuje więc do kabiny i wyskakuje z niej w biegu. Brrr...

czwartek, 19 lipca 2012

Szczęki


Stralsundzkie Ozeaneum dostało w 2010 tytuł Europejskiego Muzeum Roku. Ciekawe, czy przyczynił się do tego jeden z mieszkańców muzeum, rekin imieniem Niki. A właściwie przyczyniła, bo to ona.


Zdjęcia autorstwa Mojej Sista.

piątek, 6 lipca 2012

Polskie słodkie czereśnie

Spędziłam ostatnie dwa tygodnie czytając o wyrywaniu niemczyźnie prastarych piastowskich granic na Odrze, Nysie i Bałtyku ("Tysiąc lat prawie siedział wróg na Łabie i Odrze. / A teraz? Popatrz. Tu gdzie padł pierwszy Piast, / Gdzie Szczecin, Olsztyn, Kołobrzeg – / na tle upiornych zwalisk, w gruz obróconych miast – / polski rolnik pługiem, rudym od rdzy, krwawe przedpole orze."*) i zaczęłam coraz dziwniej spoglądać na sąsiadów. 

Tymczasem dziś idąc do pracy zauważyłam stojące naprzeciwko siebie dwa stoiska z czereśniami. Jedno opisane było: "Jakość prosto z niemieckich landów", drugie - "Polskie słodkie czereśnie". Ciekawe, co by mieli na ten temat do powiedzenia moi autorzy! Czyżby, po bez mała siedemdziesięciu latach, polski rolnik już nie tylko orał, ale i zbierał, a z pomocą tego, co zbierze, miał zamiar wydrzeć jeszcze więcej prastarych słowiańskich ziem, tym razem i po drugiej stronie Odry...?

Wiedziałam, że zbyt długa ekspozycja na te teksty na dłuższą metę mi zaszkodzi... Jak to dobrze, że jutro jadę na wakacje!

* Nina Rydzewska, "Sforsowali Wał Pomorski", 1945
 

czwartek, 5 lipca 2012

Rowery

Przed moim instytutem w dzień powszedni: 


Przed moim instytutem w piątek po południu:


Po kilkumiesięcznych obserwacjach miejscowych zwyczajów, dochodzę do wniosku, że greifswaldzkie reguły ruchu drogowego zakładają następującą kolejność pierwszeństwa:

1. rowery,
2. samochody,
3. piesi.

niedziela, 1 lipca 2012

Kredą malowane



Niemcy też miewają problemy z nieprawidłowym parkowaniem. Przyznać jednak trzeba, że podchodzą do nich nieco lżej, za to z dużą dozą kreatywności.