piątek, 6 kwietnia 2012

Jak w banku 2

Cztery razy w życiu zdarzyło mi się zakładać konto w banku, w czterech różnych krajach. I z jakiegoś powodu za każdym razem jest z tym więcej problemów. 

Do banku nr 1 zapisali mnie z łapanki - przy stanowisku rozstawionym na uniwersytecie z myślą o studentach, dla których założenie pierwszego konta w banku miało być jednym z elementów wkraczania w dorosłe, policealne życie. Zadziałało to, o ile pamiętam, gładko i w zasadzie do dzisiaj nie mam zbyt wielu powodów do narzekania - może tylko nad wysokością opłat bankowych. Które jeszcze wzrosną teraz, kiedy bank właśnie zorientował się, że już od jakiegoś czasu nie przysługuje mi konto <30...

Z bankiem nr 2 też w zasadzie poszło gładko, chociaż zakładanie w nim konta wiązało się dla mnie z pierwszą w życiu - ale bynajmniej nie ostatnią - okazją do podpisania umowy w języku, którego nie znałam. Poza tym bank ten miał nieładny zwyczaj pobierania prowizji za wypłatę jeśli w bankomacie wybrało się język inny niż włoski - miałam znajomych, którzy stracili w ten sposób całkiem spore sumy. Był to zapewne jeden z powodów, dla których pałałam do tego banku nie do końca racjonalną niechęcią i zamknęłam w nim konto jak tylko mogłam. 

Perypetie związane z zakładaniem konta w banku nr 3 już kiedyś opisywałam, wiecie więc już, drodzy Czytacze, że był to proces wymagający niemałej cierpliwości. Oprócz opisanego poprzednio zestawu osiągnięć intelektualnych pracowników tego banku dodam jeszcze przezabawną anegdotę o tym, jak to kiedyś poszłam do oddziału zawiadomić o zmianie adresu, a po paru tygodniach się zorientowałam, że miły pan w okienku zmienił pierwszą i ostatnią linijkę adresu, środkową pozostawiając bez zmian. Za to prowizje w bankach kosmicznego narodu są prawie nieistniejące. A umowa dotycząca otwarcia konta liczyła sobie kilka linijek tekstu, a nie kilka stron zapisanych maczkiem, jak zazwyczaj. 

No i wreszcie bank nr 4... Z którym walczę w tej chwili. Początki były nawet obiecujące, nie powiem, ponieważ w czasie pierwszej mojej wizyty w oddziale banku natrafiłam - rzecz niezwykle rzadka w Greifswaldzie - na osobę mówiącą po angielsku, a w trakcie samego procesu jedynym zgrzytem było to, że komputerowy formularz odgórnie określił moje obywatelstwo jako niemieckie. Miły pan próbował to zmienić, ale nie dało się - wiadomo jak to bywa z komputerami, jak się przy czymś uprą. Ale już trudno, machnęłam na to ręką (choć wiem, pewnie nie powinnam... Jeszcze mi to kiedyś ktoś wywlecze, jak będę się ubiegać o prezydenturę albo coś). Prawdziwe schody zaczęły się dopiero potem. Wkrótce dostałam pocztą PIN do karty, PIN do zalogowania się na stronie banku w internecie i kody do transakcji internetowych. Do drugiego z wymienionych PINów załączony był specjalny karteluszek, który należało podpisać i odesłać do banku w celu potwierdzenia otrzymania kodu (przesyłanie podpisów w tę i wewte to narodowy niemiecki sport). Niestety, gdy szłam do banku odnieść podpisany karteluszek (Greifswald jest na tyle mały, że wygodniej jest odnieść kopertę do banku osobiście niż wysyłać ją pocztą), jakimś sposobem go zgubiłam... Nie pozostawało mi więc nic innego jak udać się z drugą wizytą do oddziału, w celu zameldowania zgubienia karteluszka.

Tymczasem wciąż czekałam na kartę, aż po jakichś dwóch tygodniach nabrałam poważnych podejrzeń, że przechwyciła ją mafia przedniopomorska. Przyszła więc pora na trzecią wizytę w banku, w czasie której zamówiłam nową kartę. Tym razem karta doszła, i nawet działa. Doszły też nowe kody do internetu. Zauważyłam jednak, że do zalogowania się potrzebny mi jest jeszcze jeden numer, który powinien być na umowie, ale zamiast niego widniały tam tylko puste pola. W międzyczasie mafia przedniopomorska najwyraźniej zmieniła zdanie, bo dotarła do mnie (po miesiącu) pierwsza karta. Wizyta czwarta miała więc na celu oddanie niepotrzebnej mi dodatkowej karty oraz wydobycie wyżej wymienionego numeru. 

Niestety, nadal nie dane było mi się zalogować, ponieważ, jak się dowiedziałam podczas piątej wizyty, za drugim razem przysłano mi nie to, co trzeba - to znaczy kody do transakcji zamiast PINu - a wobec zagubienia karteluszka oryginalny PIN nigdy nie został aktywowany. Obecnie czekam więc na nowy PIN z nadzieją, że szósta wizyta w banku nie będzie konieczna, tym bardziej, że - oprócz pierwszego razu - nie spotkałam tam nikogo, kto znałby angielski, a tłumaczenie coraz większych zawiłości mojego przypadku po niemiecku powoli zaczyna wykraczać poza moje językowe umiejętności.

Z drugiej strony, w zasadzie konto to nie jest mi jeszcze do niczego potrzebne, wciąż bowiem nie udało mi się wydobyć z otchłani uniwersytetu mojej pensji. W Dziale Kadr dowiedziałam się, że to dlatego, bo przeoczyłam wizytę w jednym z zyliona wymaganych urzędów i uzyskanie tam niezbędnego numerka. Tylko trochę mnie zdziwił fakt, że Dział Kadr czekał z przekazaniem mi tej wiedzy aż się u nich nie zjawię osobiście, zamiast do mnie zadzwonić lub zamejlować, gdy tylko zauważono ten brak, szybko sobie jednak to wyjaśniłam. Najwyraźniej miał nadzieję, że wcześniej dopadnie mnie śmierć głodowa i w ten sposób uniwersytet zaoszczędzi na mojej pensji. Zawsze byłam zwolenniczką racjonalnych rozwiązań, trudno mi więc nie pochwalać takiego podejścia.