niedziela, 28 lutego 2010

poniedziałek, 22 lutego 2010

The Day Stockholm Stood Still


Jedną z pierwszych myśli, jakie mi przyszły do głowy dzisiaj rano było: dlaczego jeszcze nie obudziło mnie wiercenie, tak jak to się działo przez cały zeszły tydzień? Gdy wstałam i zaczęłam odbierać doniesienia ze świata, a właściwie ze Sztokholmu, domyśliłam się, dlaczego: najwyraźniej po prostu ekipie remontowej instalującej w naszym budynku jakieś nikomu niepotrzebne elektroniczne udogodnienia nie udało się dziś dojechać punktualnie do pracy. Jak chyba nikomu w mieście. Przez większość weekendu padał śnieg (a nie mieliśmy tu żadnej odwilży, więc kolejne warstwy akumulują się od początku zimy), a rano temperatura spadła do -20 stopni Celsjusza (do tej pory "ociepliło się" do -15). Myślałby kto, że miasto położone w takiej a nie innej części świata będzie na taką ewentualność przygotowane. Not so.


Strona internetowa Storstockholms Lokaltrafik (czyli komunikacji miejskiej) przedstawia obraz nędzy i rozpaczy: wypełniona jest komunikatami o tym, że kolejki jeżdżą co pół godziny, a na niektórych odcinkach - wcale, autobusy i tramwaje jak tam im wypadnie, a jeżeli chodzi o metro, to zamknięto wszystkie odcinki, które przebiegają ponad ziemią - które w Sztokholmie stanowią większość, szczególnie w południowej części miasta, w której mam przyjemność mieszkać. Serwisy informacyjne zaś wypełnione są mrożącymi krew w żyłach opowieściami o pociągach spóźnionych o 14 godzin, stojących godzinami w środku niczego w oczekiwanie na odśnieżenie torów (na dodatek z nieczynnymi toaletami i wagonami restauracyjnymi) oraz zdjęciami oblodzonych pociągów, ludzi koczujących na dworcach, a także lokomotywy do odśnieżania wyprodukowanej w 1909 roku, którą wyciągnięto na tory z Muzeum Kolejnictwa, bo w takiej sytuacji wszystko się przyda. Wszystko to uzupełnione oświadczeniem premiera, że jest rozczarowany tym, jak kraj radzi sobie z zimą.


W tej sytuacji zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle opłaca mi się próbować dostać do pracy. I nie tylko ja. Kolega podsumował ten dylemat tekstem znanej piosenki: Should I stay or should I go? If I stay there will be trouble, if I go there will be double. Nawet SL zachęca wszak ludzi do zostania dziś w domu! W końcu, po krótkiej konsultacji za pośrednictwem Facebooka ze znajomymi znajdującymi się w podobnej sytuacji, postanowiłam zostać. Niestety, i tak musiałam wyjść z domu, aby zaopatrzyć się w prowiant na przeżycie tej ciężkiej zimy - to chociaż wykorzystałam okazję, żeby uwiecznić widok zamkniętej stacji metra i opustoszałych peronów. W końcu taki widok nieczęsto się zdarza. Choć częściej niż bym się tego spodziewała po kraju takim jak Szwecja...

P.S. A ekipie remontowej, niestety, w końcu udało się dotrzeć do pracy...

czwartek, 18 lutego 2010

Sianie paniki


Administracja sztokholmskich akademików nie pozwala swoim lokatorom zapomnieć, że niebezpieczeństwo czai się na nich i może dopaść w dowolnej chwili.

wtorek, 16 lutego 2010

Tłusty wtorek

W miniony czwartek, tak jak wielu innych Polaków rozrzuconych po świecie, bardzo tęskniłam do smaku swojskiego, polskiego pączka. W Szwecji pączki są znane (pod nazwą munk) ale wyglądają i smakują inaczej - ciasto jest jakby lżejsze, w środku zamiast róży jest albo dziura, albo krem waniliowy, a na wierzchu zamiast lukru - cukier. Nawet to dobre, ale w tłusty czwartek - nie zadowala.

Samego tłustego czwartku w Szwecji się nie obchodzi, jest za to tłusty wtorek. Właśnie dzisiaj, w ostatni dzień przed rozpoczęciem Wielkiego Postu. I z tej okazji je się tu ciastko o nazwie semla. Składa się ono ze słodkiej bułki z dodatkiem kardamonu, z której odcina się czubek i wydrąża środek. Do środka zaś pakuje masę migdałową i bitą śmietanę, na to nakłada się odcięty czubek i przyprósza cukrem pudrem. Choć właściwym dniem na konsumpcję tego przysmaku ma być niby dzień dzisiejszy, to tak naprawdę pojawia się on w cukierniach i supermarketach już po Bożym Narodzeniu i można go dostać do Wielkanocy. W ostatnim tygodniu karnawału zaś gazety wysyłają swoich reporterów w obchód po sztokholmskich kawiarniach, żeby przygotowali rankingi najlepszych semli w mieście. Reporterzy oceniają smak, konsystencję i proporcje wszystkich składników.


Oczywiście i ja musiałam wypełnić swój reporterski obowiązek i uzyskać materiał do dygresji! Wybrałam się więc w niedzielę z Moją Sista do kawiarni, która wypadła najlepiej według dziennika Svenska Dagbladet. Kupiłyśmy sobie po ciastku, chwyciłyśmy w ręce łyżeczki i... gdzieś w połowie doszłyśmy do wniosku, że nie mamy pojęcia, jak ci biedni reporterzy obskoczyli tyle kawiarni i ocenili tyle semli, bo my miałyśmy problemy z dokończeniem nawet jednej sztuki. Jak na mój gust, przysmak to za słodki - a, jak niektórzy Czytacze, znający moją wrażliwość na słodkości, wiedzą, jak ja mówię, że coś jest za słodkie, to już naprawdę musi być coś na rzeczy. No i nie chciałabym wiedzieć, jak w takim razie smakują te gorzej ocenione semle...


To jednak jeszcze nie koniec, ponieważ deser ten występuje także w wersji bardziej hardkorowej. Zwie się ona hetvägg i składa się z semli zanurzonej w ciepłym mleku. Jak dla mnie - przerażające. Na potwierdzenie tego, a także ku przestrodze, historia szwedzkiego króla Adolfa Fryderyka, który pewnego lutowego dnia 1771 roku zjadł posiłek złożony z homara, kawioru, wędzonych śledzi, kiszonej kapusty, gotowanego mięsa, szampana i czternastu porcji hetvägg. Parę godzin później dostał ataku serca i zmarł.

piątek, 12 lutego 2010

Wyczucie czasu

W miarę jak powoli, acz nieuchronnie zbliżam się do zakończenia mojej przygody z doktoratem, coraz częściej znajduję w skrzynce spamowej mejle zachęcające do zakupienia dyplomu naukowego. Oferta jest szeroka, od licencjackiego do doktorskiego, zwykle z dopiskiem: "Bo na to zasługujesz!" I nie mogę nie zastanawiać się: dlaczego akurat teraz? Czyżby to była jakaś sugestia...?

niedziela, 7 lutego 2010

Gdyby ktoś kiedyś szukał dla mnie prezentu...

...podpowiadam pewne miejsce w internecie, które stanowić może ich (prezentów) obfite źródło: jeden z działów na stronie o nazwie Cafe Press. Zainteresowanym służę adresem, pod który należy kierować przesyłki oraz przypominam, że mam w tym miesiącu imieniny:)

czwartek, 4 lutego 2010

Zasypany


U mnie na osiedlu. Już dość, naprawdę!

Od kilku tygodni sztokholmska komunikacja miejska, a szczególnie kolejki, kursują według rozkładu pod hasłem "nie znasz dnia ani godziny." Natomiast samoloty z jednego z podsztokholmskich lotnisk startowały wczoraj z czternastogodzinnym opóźnieniem, albo wcale. A ja mam zamiar jutro z tego lotniska wyruszyć. Trzymajcie za mnie kciuki!

środa, 3 lutego 2010

Witamy w kinie

Sztokholmskie multipleksy postanowiły najwyraźniej spróbować bardziej ludzkiego, osobistego podejścia do widza. Wczoraj przed seansem na salę weszła pracowniczka kina, przywitała nas, przypomniała o wyłączeniu telefonów, poinformowała o lokalizacji toalet i wyjść ewakuacyjnych oraz pożyczyła miłego seansu. Muszę przyznać, że nie jestem przyzwyczajona do takiego traktowania!

A w ogóle skoro już jestem w temacie, dla równowagi też trochę ponarzekam. Bo kwestia sztokholmskich kin jest dla mnie już od dawna bardzo bolesna. Po pierwsze, kin jest mało, po drugie, prawie wszystkie należą do tego samego właściciela (istniejącego od 1919 roku Svensk Filmindustri, który jest też producentem wielu skandynawskich filmów i dystrybutorem na rynki skandynawskie filmów zagranicznych), po trzecie, wybór filmów, jak na stolicę dużego europejskiego państwa, jest mały, po czwarte i najważniejsze: bilety są strasznie drogie. Oczywiście wszystkie te fakty są ze sobą ściśle połączone i udowadniają tezę, że monopol nie jest rzeczą dobrą (a Szwedzi niestety kochają monopole. Ale o tym przy innej okazji). Poza tym, mam nieśmiałe podejrzenie, że łączy się to także z faktem piątym, mianowicie bardzo szybkimi łączami internetowymi, które pozwalają, ekhem, zdobyć przeciętny dość popularny film w około 10-15 minut, bardziej niszowy - do godziny. Oczywiście to ostatnie wiem tylko z relacji innych!

poniedziałek, 1 lutego 2010

Prawo Jante


Pora dziś na kolejną z serii dygresji edukacyjno-socjologicznych, dla tych z Czytaczy, których interesują zawiłości szwedzkiego charakteru narodowego. Być może rozpoznajecie powyższy obrazek, bo już kiedyś pojawił się w moich dygresjach. Znalazłam go w ulotce Stowarzyszenia Republikańskiego, nawołującego do obalenia monarchii. I przyznam, że jego widok wywołał u mnie złośliwy wewnętrzny rechocik, bo według mnie wskazuje on - świadomie bądź nieświadomie - na dodatkową motywację dla postulatów stowarzyszenia, niewymienioną w ulotce, ale kto wie, czy nie ważniejszą od tych wymienionych, bo zakorzenioną w skandynawskim charakterze.

Norwesko-duński pisarz Aksel Sandemose w powieści z 1933 roku "Uciekinier w labiryncie" nazwał to "prawem Jante". Jante to w jego powieści fikcyjne duńskie miasteczko, w którym obowiązują następujące zasady:

1. Nie sądź, że jesteś kimś.
2. Nie sądź, że nam dorównujesz.
3. Nie sądź, że jesteś mądrzejszy od nas.
4. Nie sądź, że jesteś lepszy od nas.
5. Nie sądź, że wiesz więcej, niż my.
6. Nie sądź, że jesteś czymś więcej, niż my.
7. Nie sądź, że coś potrafisz.
8. Nie masz prawa śmiać się z nas.
9. Nie sądź, że komukolwiek będzie na tobie zależało.
10. Nie sądź, że możesz nas czegoś nauczyć.

Innymi słowem: nie wychylaj się i nie myśl, że jesteś w jakikolwiek sposób lepszy od innych. Ostrze satyry Sandemose skierowane było przeciw skandynawskiemu społeczeństwu, szczególnie w wersji małomiasteczkowej, z jego jednakowością, obsesją na punkcie równości, brakiem ambicji i ogólną średniością.

Przyjrzyjmy się bliżej kwestii równości, bo chyba w niej właśnie należy się dopatrywać źródeł fenomenu - szczególnie, że jest to jedna z fundamentalnych wartości, na których bazują skandynawskie społeczeństwa, od wieków głęboko zakorzeniona. Łatwo sobie wyobrazić pozytywne strony trzymania się takiej zasady: równouprawnienie, skromność, swobodne stosunki w miejscu pracy, transparentność w polityce na wszystkich poziomach, brak akceptacji dla epatowania pozycją czy bogactwem. Odbija się to nawet w bliskim mi świecie nauki. Według kontynentalnej europejskiej tradycji pisząc tekst naukowy zakłada się, że jego czytelnik jest na określonym poziomie intelektualnym i dysponuje pewną wiedzą w dziedzinie, stąd teksty są często skomplikowane i trudne do zrozumienia. W Skandynawii natomiast przeciwnie: ideałem jest pisanie tak, żeby tekst zrozumiał i absolwent podstawówki. Z jednej strony cudownie ułatwia to życie i jest w pewien sposób odświeżające. Z drugiej - niekiedy nie można oprzeć się poczuciu, że jest się traktowanym niepoważnie, jak dziecko albo osoba nie w pełni władz umysłowych.

Jak przypomina powyższy przykład, większość rzeczy na tym naszym pięknym świecie, również owa obsesja na punkcie równości, ma także swoje negatywne strony. Przykład, również zaczerpnięty ze świata szeroko pojętej nauki: gdy na studiach uczyliśmy się o szwedzkim systemie szkolnictwa, jedną z rzeczy, które nas najbardziej bulwersowały było to, że przez prawie całą podstawówkę nie wystawia się tu ocen. Dlaczego? Bo uczeń, który by dostał niższą ocenę niż koledzy, poczułby się gorszy i to odebrałoby mu zapał do nauki. W przypadkach, w których oceny wystawiane były tylko na zasadzie zaliczenia, wymagany próg był często obniżany, również po to, żeby nie zniechęcać słabszych uczniów. Tym, jak ten system działał na uczniów lepszych i ich chęć do osiągania czegoś ponad przeciętną, nie zaprzątano sobie głowy. W końcu, jeżeli wszyscy jesteśmy równi, to nie tylko nikt z nas nie jest gorszy, ale też nikt z nas nie jest lepszy. Nikt nie jest wybitny. Nie warto się starać i mieć ambicje, bo i tak zostanie się cofniętym do szeregu.

To właśnie ten negatywny aspekt uwierał Aksela Sandemose w latach trzydziestych, gdy opisywał Jante i rządzące nim prawa. Ale metafora okazała się tak nośna, że określenie "prawo Jante" (Jantelagen po szwedzku, Janteloven po norwesku i duńsku) weszło na stałe do słowników języków skandynawskich i pozostaje w użytku do dzisiaj.