środa, 31 sierpnia 2011

Rzeczy, których mi brakuje w Polsce, gdy wracam ze Sztokholmu

1. Dobrze zorganizowanej (choć drogiej i czasem zawodnej) komunikacji publicznej, która czyni posiadanie samochodu niemal zupełnie zbędnym.
2. Wyczerpującego informowania, dzięki któremu obywatel czy pasażer zawsze wie, co się dzieje, dlaczego jesteśmy spóźnieni i kiedy dotrzemy do celu.
3. Braku opłat za wypłacanie gotówki z bankomatu nieswojego banku (i w ogóle znikomej ilości opłat bankowych).
4. Możliwości płacenia niemal wszędzie kartą.
5. Nieoszpecania krajobrazu setkami billboardów, reklam i szyldów.
6. Estetycznej, nieostentacyjnej i oszczędnej w formie architektury oraz wzornictwa.
7. Sklepów z niekoniecznie potrzebnymi, ale fajnymi i pomysłowymi rzeczami.
8. Wszechobecności ludzi z książkami - tam się naprawdę czyta!
9. I w związku z tym - bibliotek, które sprawiają wrażenie miejsc budowanych dla ludzi, w których przyjemnie jest przebywać i można czuć się swobodnie (w tym, na przykład, zjeść obiad).
10. Filmów z napisami w telewizji (co, jestem o tym głęboko przekonana, ma związek z punktem ósmym. O powszechnej znajomości angielskiego nie wspominając, bo to oczywiste).

Niniejszym rehabilituję się za przedwczorajszy cynizm. Kolejność przypadkowa; a więcej punktów zapewne przyjdzie mi do głowy, jak następny raz pojadę do Szwecji.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Trzeci świat


Będąc w Szwecji mogłam również się po raz kolejny przekonać, jak szlachetni i altruistyczni są mieszkańcy tego kraju. A to czytając plakat na boku pojemnika na używaną odzież - plakatu jednocześnie informującego, co się z taką używaną odzieżą dzieje i zachęcającego do jej oddawania do podobnych pojemników lub second handów (w przeciwieństwie do zwykłego wyrzucania, które generuje koszty - trzeba wtedy ją zutylizować). I co się mianowicie z tą odzieżą dzieje? Otóż po przesortowaniu może ona trafić na przykład do organizacji charytatywnych, które prześlą ją do krajów potrzebujących. Mianowicie do Afryki i Europy Wschodniej. Tak jest, drodzy Czytacze, do nas. No czy już nie czujecie się lepiej ze świadomością, że sąsiedzi zza wody o nas pamiętają? Wiem, że na pewno oni się czują - serca ich rozgrzewa podnoszące na duchu poczucie, że przez swoją pomoc stają się lepszymi istotami ludzkimi!


Jejku, jaka ja się na starość robię cyniczna...

niedziela, 28 sierpnia 2011

Sama mądrość


W czasie wizyty w Sztokholmie odwiedziłam miejsce, w którym swego czasu spędzałam długie, długie godziny: Bibliotekę Królewską, zwaną też Biblioteką Narodową. Jak na bibliotekę przystało, mądrość wylewa się tam na człowieka z każdej półki, biurka, kąta czy fugi między kafelkami w toalecie. No dobrze, może to ostatnie miejsce nie jest tak oczywiste - nawet, a może szczególnie, jak na bibliotekę. Ale akurat w sztokholmskiej Bibliotece Królewskiej, w jednej z damskich toalet (gdyby któraś z Czytaczek miała okazję i ochotę sprawdzić: tej najbardziej po lewej) już od długiego czasu trwa specyficzna wymiana zdań: odwiedzające ten przybytek panie wypisują swoje refleksje, odczucia i żale, a czasem nawet wdają się w złożone dyskusje nad życiem i związkami międzyludzkimi, w fugach między kafelkami i na drewnianej framudze drzwi. A raczej tak było jeszcze jakiś czas temu, bo podczas mojej ostatniej wizyty zauważyłam, że fugi umyto! Została zatem już tylko framuga.


"Kobieto - pamiętaj o swojej sile!"
"Próbuję"

"I ten przyjaciel wie, że piszesz o tym w toalecie?!!"

"Odkryłam, że bliski przyjaciel jest manipulatorem. Co mogę zrobić? Jaka jest szansa, że będzie dobrze?"
"Wycofaj się, albo ostrożnie skonfrontuj."


"Wiem, jak stać się szczęśliwszym [???]"
"Dlaczego człowiek się zakochuje w niewłaściwym chłopaku?"
"Bo tego chce"

"Chcę skończyć moją pracę [magisterską? licencjacką?] i od razu dostać pracę."
"Ja też!"

piątek, 26 sierpnia 2011

Szwedzka pracowitość

W piątek rano Moja Sista zbiera się do pracy. Pracuje w bardzo małej firmie, składającej się z zaledwie kilku osób (z czego większość to szefowie). A wygląda na to, że dziś będzie ich w biurze jeszcze mniej, bo pogoda jest ładna, więc kilku szefów wybrało się na wodę, żeglować i łowić raki, bo właśnie zaczął się na nie sezon. Przed wyjściem Moja Sista dostaje właśnie wiadomość od jednego z szefów, że rano popracuje w domu, a po południu idzie na żaglówkę, więc nie należy się go spodziewać dziś w biurze. Chwilę potem nadchodzi wiadomość od współpracownika, który stwierdził, że wobec tego też popracuje w domu. Wygląda więc na to, że w biurze pojawi się jedynie Moja Sista i ewentualnie jeden z jej szefów, który jest dziedzicem wielkiej amerykańskiej fortuny, w związku z czym prawdopodobnie nigdy w życiu nie musiał robić niczego, na co nie miał ochoty i w "pracy" zwykle zajmuje się kupowaniem gadżetów, rozpraszaniem współpracowników oraz wyciąganiem ich na lunche w drogich restauracjach w odległych dzielnicach Sztokholmu w godzinach pracy (na szczęście przynajmniej zwykle za nie płaci).

Firma Mojej Sista nie jest może typowa dla Szwecji (głównie ze względu na swoje miniaturowe rozmiary i obecność milionera-lekkoducha), ale tamtejsze podejście do pracy i jej pilności - owszem. Było to dla mnie pewnym szokiem, gdy pierwszy raz przybyłam na dłużej do tego kraju. Spodziewałam się raczej kogoś podobnego do Niemców: pilnie i precyzyjnie pracujących w ściśle określonych godzinach, niemarnujących czasu i nieudających się na urlopy z byle powodu. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Pierwszym sygnałem, że trzeba będzie zrewidować wyobrażenie, było stwierdzenie pewnego znajomego Włocha (! Z Mediolanu, ale jednak!), że w życiu nie spotkał ludzi tak bardzo obijających się w pracy, jak Szwedzi. A na mojej uczelni, na przykład, chyba nigdy nie zdarzył się taki dzień, żeby wszyscy byli w swoich biurach: zwykle na jakiejś połowie z nich widniało ogłoszenie "Pracuję w domu", "W razie potrzeby dzwonić na numer ...", albo "Jestem na urlopie do ..." (nie liczę obwieszczeń "Jestem w bibliotece", bo to w zasadzie była praca), a niektórzy w ogóle nie zaprzątali sobie głów zostawianiem notatek. Natomiast w piątki po 12 i ze świecą nie znalazłoby się żywej szwedzkiej duszy w całym budynku (chyba że w kafeterii). No i jest też uświęcona tradycja tak zwanej fika, czyli przerwy na kawę (w której konsumpcji Szwedzi są drudzy na świecie, zaraz po Finach - osobliwe przywiązanie, zważywszy jak ohydna jest szwedzka kawa) z ciachem*. A w lipcu nic się w Szwecji nie da załatwić, bo na cały miesiąc wszyscy wyjeżdżają na wakacje, biura i miasta pustoszeją, nikt nie odpowiada na maile, a komunikacja jeździ według letniego rozkładu.

Znajoma Polka, siedząca w Sztokholmie na post-doku, zwierzała mi się kiedyś, jak to wpadała w depresję nad własną bezproduktywnością, bo opublikowała zaledwie kilka artykułów, tymczasem gdy poszła na konsultacje ze swoją profesorką, usłyszała serię pochwał swojej pracowitości, ponieważ w ogóle coś opublikowała. A Moja Sista obroniła swoją magisterkę dobre kilka-kilkanaście miesięcy przed resztą roku, chociaż jako jedna z nielicznych jednocześnie ze studiami pracowała.

Ech, za dobrze im po prostu w tym państwie opiekuńczym, z powszechnym dobrobytem, rozbudowaną siatką socjalnego bezpieczeństwa i małą konkurencją. Najzabawniejsze jest jednak to, co Szwedzi myślą o Norwegach. A myślą mianowicie, że Norwegowie się strasznie obijają i są leniwi.

* Patrz - nowy katalog Ikei, str. 302:)

środa, 24 sierpnia 2011

Stieg inspiruje


W opozycji dla Larssonowskich män som hatar kvinnor - mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet - oto breloczek dla mannen som kunde tala med kvinnor - mężczyzny, który potrafił rozmawiać z kobietami.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Aktualności

No więc przyjechałam do Szwecji* - i cóż tam słychać? Nie zdążyłam pobyć tam nawet jednego dnia, kiedy gruchnęła wiadomość, że następczyni tronu księżniczka Wiktoria i jej mąż książę Daniel (bo tak należy go teraz tytułować), spodziewają się pierwszego potomka. Ufff, co za ulga: następstwo tronu zapewnione!


A poza tym: Kościół Szwedzki ma nową, letnią kampanię reklamową ("Kościół nie ma wakacji. Parafie zapraszają latem na programy muzyczne, kawę, prelekcje, prezentacje i wiele więcej."),


w Globen zobaczyć będzie można w październiku sceniczną wersję "Batmana" ("To jedyna okazja, żeby doświadczyć Batmana na żywo na scenie. Oryginalna fabuła z akrobacjami, iluzjami, sportami walki, artystami na trapezie i zupełnie nowym Batmobilem. Szwedzki narrator! Dialogi po angielsku."), zamknięto kolejne odcinki metra do remontu (tymczasem remont dworca centralnego trwa nadal), a jednego dnia tajemnicza awaria systemu komputerowego w SL sprawiła, że nie wyświetlały się numery autobusów i większość jeździła z numerami wypisanymi ręcznie na kartkach lub kawałkach kartonu i zatkniętych za przednią szybę, albo w ogóle bez numerów. Poza tym - nic nowego.

* Wiem, że nie zaczyna się zdań od "no więc"!

sobota, 20 sierpnia 2011

Z powrotem w Szwecji


Przyjechałam na tydzień do Szwecji - i oto co moje piękne oczy zobaczyły zaraz po opuszczeniu terminalu lotniska!

niedziela, 14 sierpnia 2011

Na własne ryzyko


W czasie naszego pobytu na zachodzie odważyłyśmy się też na przekroczenie granicy i odwiedzenie sąsiada. Ba, odważyłyśmy się nawet przejść po prywatnych schodach oznaczonych powyższą tabliczką, choć zastanawiałyśmy się, jakie to ryzyko wiąże się z ich używaniem: czy na przykład właściciel może w każdej chwili wyskoczyć i nas z nich zepchnąć...?

piątek, 12 sierpnia 2011

Żółta łódź podwodna


Na Dziwnie w Wolinie pływać nie wolno, ze względu na obecność żółtych łodzi podwodnych. Zaraz obok zabraniają też utonięć. Trudno powiedzieć, czy z tego samego powodu.


Wystarczy jednak przejść się kawałek dalej, by natrafić na znaki, które nie skąpią żadnego rodzaju informacji:

wtorek, 9 sierpnia 2011

Ziemie odzyskane


Tym razem postanowiłam wybrać się - wraz z Czytaczką Moniką - w bliższe strony i zobaczyć kawałek Polski. A konkretnie, jej północno-zachodni kawałek. Wstyd powiedzieć, ale nigdy wcześniej tam nie byłam!


Pierwszą rzeczą, jaka powitała nas po przyjeździe do Wolina, była wygrywana na carillonie na wieży ratuszowej "Rota". W szkole imienia Bolesława Krzywoustego - tego właśnie, który walczył, i to skutecznie, o podporządkowanie Piastowskiej Polsce Pomorza - w której w czasie wakacji funkcjonuje schronisko, na gazetce ściennej poczytać sobie można uczniowskie wierszyki o tym królu ("Pod Psim Polem Krzywousty zapędził armię niemiecką w pola kapusty", "Jak napisał Gal Anonim Bolesław Krzywousty to idealnej władzy synonim"), a klatkę schodową zdobi rząd białych orłów, całe tysiąc lat ewolucji, od denara Bolesława Chrobrego po godło Trzeciej Rzeczypospolitej. Ulice w tej części świata noszą takie nazwy jak: Słowiańska, Piastowska, czy - moja ulubiona - Tysiąclecia Państwa Polskiego (to w Międzyzdrojach). No i oczywiście pisarzy: narodowych wieszczów, autorki "Roty", autora "Krzyżaków", a nawet bohaterów literackich, pod warunkiem, że walczyli - no, z kim? Tak, drodzy Czytacze, zgadliście: z Krzyżakami. Jak Zbyszko z Bogdańca.


A jednocześnie we wszystkich okolicznych kurortach, w Wolinie, Międzyzdrojach, Świnoujściu, sklepy, restauracje, bary i inne punkty usługowe opisane są - czasem wyłącznie - po niemiecku. Krzyżak może i nie będzie pluł nam w twarz i dzieci nam germanił, ale przeciwko krzyżackim euro nic nie mamy.


Na szczęście w wolińskim muzeum historycznym zauważono już nadejście XXI wieku i ekspozycja nie razi. Być może przyjdzie jeszcze taki dzień, że "Rotę" na ratuszu zastąpi "Oda do radości"...

piątek, 5 sierpnia 2011

Dwie wieże


Jedna z Sea Towers i latarnia morska na Helu. Nie ma między nimi żadnego związku, oprócz tego, że obie stoją blisko morza i zrobiłam im zdjęcia tego samego dnia.