wtorek, 29 grudnia 2009

Drapiąc chmury


Szczyty gdyńskich Sea Towers giną w chmurach. Choć na co dzień widok z najwyższych pięter musi należeć do najpiękniejszych w Polsce, czasem, jak widać, bywa jednak dość ograniczony.


Na pierwszym planie maszty "Daru Pomorza".

niedziela, 27 grudnia 2009

Miłość i krew. I Paris Hilton

Kilka dni temu na ekrany polskich kin wszedł pierwszy z dwóch filmów na podstawie powieści autorstwa Jana Guillou o Arnie Magnussonie, o których wspominałam jakiś czas temu. No i po prostu nie mogę przemilczeć tego, jaki tytuł polscy dystrybutorzy zdecydowali się nadać temu filmowi: "Templariusze. Miłość i krew". Cóż powiedzieć: drrramat. Dla porównania, w oryginale film ten nazywał się "Arn - Tempelriddaren" (Arn - Templariusz), a powieści, na podstawie których go nakręcono "Vägen till Jerusalem" (Droga do Jerozolimy) i "Tempelriddaren" (Templariusz); polskie tłumaczenia książek też idą raczej w tym kierunku, rezygnując z drrramatu na rzecz wierności oryginałowi. Druga część filmu i zarazem trzecia powieść cyklu nosi tytuł "Riket vid vägens slut" (Królestwo na końcu drogi) - już widzę to tłumaczenie na coś w rodzaju: "Templariusze - ostatnie starcie" czy też "Templariusze - zagłada".

Nawiasem mówiąc, mimo że film nie jest zły, to jednak bardziej polecam książki. Choć nie tak łatwo przez nie przebrnąć, bo narrację mają gęstą, a wydarzenia nie spieszą się za bardzo z toczeniem.* I jeszcze lojalnie ostrzegam, że - wbrew tytułowi - zarówno książki, jak i filmy, są bardziej o średniowiecznej Szwecji niż o wyprawach krzyżowych. Co dla mnie osobiście jest ich zaletą, ale co kto lubi.

Kontynuując tę dygresję na zasadzie luźnych skojarzeń: w filmie gra między innymi niejaki Michael Nyqvist, który nie tak dawno gościł na polskich ekranach w jednej z głównych ról w filmie "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet".** Przy okazji tego filmu - jak za prawie każdym razem, gdy grają u nas coś z Północy - można było wyczytać tu i ówdzie pełne zachwytu opinie, że to takie ciekawe i życiowe, iż bohaterowie tych filmów wyglądają bardzo przyziemnie, a nie są tacy wymuskani, jak bohaterowie filmów amerykańskich. Zawsze jak czytam coś takiego, chce mi się śmiać - ktoś, kto wypisuje takie rzeczy, z pewnością nigdy nie był w Sztokholmie. Gdyby był, to by wiedział, że te zmęczone życiem twarze są co najmniej równie odległe od tamtejszej rzeczywistości, co wymuskane twarze hollywoodzkich aktorów od rzeczywistości amerykańskiej - choć odchył następuje tu w drugą stronę. Co już samo w sobie jest ciekawostką wartą jakiejś głębszej socjologicznej analizy.

Aby to zilustrować, posłużę się przykładem. Znajomy Amerykanin, mieszkający w Sztokholmie, stwierdził kiedyś, że przeprowadzka tutaj wpłynęła bardzo negatywnie na jego samoocenę: otóż dopóki mieszkał w Stanach, czasami, w przypływie dobrego humoru i akceptacji swojej osoby, zdarzyło mu się pomyśleć o sobie, że jest całkiem przystojny. Jak się przeprowadził do Szwecji, po takich myślach nie pozostał nawet ślad: "Tu nawet bezdomni są ode mnie przystojniejsi!" - skomentował z żalem. Sztokholm jest bowiem, jak chyba mało które miejsce na Ziemi, pełen ludzi "zrobionych", zadbanych do ostatniego szczegółu, ubranych, uczesanych i umalowanych według ostatnich mód i trendów. W porównaniu ze sztokholmczykami każdy zaczyna się czuć szarą myszą.

W lansie szczególnie celuje dzielnica Östermalm. Aby dostać się tam do klubu czy baru często trzeba nie tylko odstać swoje w kolejce i zapłacić niemałą sumę za wstęp, ale także przejść na wejściu przez ostrą selekcję pod kątem zaopatrzenia w odzież i obuwie z najnowszych kolekcji znanych projektantów. Pewien irlandzki komik zamieszkały w szwedzkiej stolicy podsumował to kiedyś tak: gdy któregoś wieczora znajdziesz się gdzieś w Sztokholmie i - na skutek, na przykład, długiego i intensywnego imprezowania - nie będziesz pewien, w której części miasta się aktualnie znajdujesz, spójrz na ludzi dookoła. Jeżeli wszystkie kobiety wyglądają jak Paris Hilton, znaczy to, że jesteś na Södermalm. Jeżeli wszyscy mężczyźni wyglądają jak Paris Hilton - to z pewnością Östermalm.

* Dodam jeszcze gwoli ścisłości, że nie mam pojęcia, jak się sprawił polski tłumacz, bo nie zaglądałam do polskich wersji, tylko wiem, że są.

** W kinematografii szwedzkiej, podobnie jak polskiej, wciąż powtarzają się ci sami aktorzy, tylko w różnych konfiguracjach. Gdy na czwartym roku studiów oglądaliśmy regularnie dokonania owej kinematografii na zajęciach ze szwedzkiego, zaczynając każdy seans mogliśmy tylko zgadywać, komu tym razem przypadnie rola czyjego męża, brata, córki, siostry, kochanki, ojca, szefa, sąsiada... A wspomniany tu pan Nyqvist pojawiał się co najmniej w połowie tych filmów.

sobota, 26 grudnia 2009

Piaskowa szopka


Z powodu nagłego ataku plusowych temperatur część ekipy Trzech Króli straciła twarze.


Jak widać w prawym górnym rogu powyższego zdjęcia, całość stoi na tle blue-boksu. Czyżby planowano tu jakiś film z rozbudowanymi efektami specjalnymi...?

czwartek, 24 grudnia 2009

Znów są Święta

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę Czytaczom wszystkiego najlepszego, a także dedykuję szwedzką kolędę, stanowiącą przykład niezwykle wyrafinowanej twórczości mieszkańców tego kraju. Od czasu, gdy zetknęłam się z nią pierwszy raz, jej niesamowity kunszt poetycki nie przestaje mnie zachwycać, a zawarta w tekście głębia skłania do refleksji nad mądrością ludową... A idzie ona tak:

Nu är det jul igen
Och nu är det jul igen
Och julen varar än till påska
Och
det var inte sant
Och det var inte sant
För däremellan kommer fasta.

Czyli na nasze:

Znów są Święta
Znów są Święta
A Święta potrwają aż do Wielkanocy
A to nieprawda

A to nieprawda
Bo w międzyczasie jest post.

Śpiewa się to tańcząc w kółko wokół choinki, co można zaobserwować, o ile mnie pamięć nie myli, w filmie "Fanny i Aleksander".

No dobrze, dosyć już tego sarkazmu, szczególnie, że są Święta. Tak więc aby być sprawiedliwym: są w Szwecji także ładne kolędy. I jeszcze raz wszystkiego najlepszego!

wtorek, 22 grudnia 2009

Zima na Bałtyku


Znów muszę się usprawiedliwiać z jakości fotografii. Gdybym się do nich przyłożyła, być może lepiej by mi się udało oddać mroźne piękno tego widoku, różne odcienie bladego błękitu, złote odblaski słońca w chmurach i na falach, mgłę unoszącą się nad wodą niczym dym... Ale "prawdziwy" aparat zakopany był głęboko w walizce i było tak strasznie zimno, że wołami by mnie nie wyciągnięto na zewnętrzny pokład. Zresztą, robi się zimno już od samego patrzenia na szybę tak oblodzoną, jak na zdjęciu poniżej. Której zresztą też nie udałoby mi się uchwycić, gdybym wyszła na zewnątrz.


Ech, wymówki...:)

niedziela, 20 grudnia 2009

Pomysł na prezent


Zobaczyłam ją parę dni temu w sklepie z gadżetami Design Torget: gra planszowa pod tytułem "Sthlm Maffia". Według opisu chodzi w niej o to, aby "wspiąć się na szczyt sztokholmskiego podziemia (dla mnie to sprzeczność, ale co ja tam wiem o podziemiu Sztokholmu!) za pomocą rozbojów, przemytu i morderstw." Bardzo przepraszam za jakość zdjęcia, ale jak podziemie, to podziemie - warunki do fotografowania i sprzęt były dalekie od profesjonalnych. Lepszej jakości zdjęcia, a także opis gry, można znaleźć tu.

A jakby kogoś temat szwedzkiej przestępczości zorganizowanej interesował całkiem na serio, również służę linkiem.

piątek, 18 grudnia 2009

Znów zaskoczyła


"Niebezpieczeństwo obsunięcia się śniegu i spadających sopli."

Śnieg padał tu właściwie bez przerwy przez dwie doby, wobec czego chodniki na moim osiedlu zamieniły się w półmetrowe zaspy, a samochody jeżdżą wydrążonymi rowami. Wczoraj panował w Sztokholmie chaos, autobusy utknęły w zaspach, kolejki jeździły ze sporymi opóźnieniami. Po południu strona internetowa komunikacji miejskiej przeciążyła się od zbyt wielkiej liczby internautów, próbujących sprawdzić aktualną sytuację.

Trzy lata temu w listopadzie było podobnie: samochody utknęły w śniegu na kilku ważnych drogach, kompletnie je blokując. Przez parę godzin miasto stało; najbardziej zdesperowani szli przez śniegi na piechotę. Dwa lata temu na drodze krajowej 73 między Sztokholmem a Nynäshamn ponad tysiąc osób utknęło na kilka godzin, niektórzy na prawie pół doby.

Zima co roku zaskakuje!

wtorek, 15 grudnia 2009

13 grudnia, część 2

Na moich studiach istniała tradycja, zgodnie z którą studenci pierwszego roku byli zawsze odpowiedzialni za przygotowanie obchodów dnia Świętej Łucji.

Zaczynało się od wypieku pepparkakor - szwedzkich pierniczków - i wyrobu dekoracji w domu pastora w Szwedzkim Kościele Marynarza w Gdyni. Następnie uczyło się mniej lub bardziej na pamięć szwedzkich kolęd (częściej jednak pisało ściągi na podkładkach pod świece), wypożyczało stroje od pastora i wybierało Łucję spośród studentek (biedaczka - korona była strasznie ciężka, a poza tym co chwila musieliśmy jej wyczesywać z włosów wosk, który kapał ze świec - niełatwe zadanie. Mimo to nie miała wcale ochoty zrzec się zaszczytu i dzielnie szła na czele pochodu!). A następnie ruszało się w tournée! Najpierw po wydziale - studenci innych kierunków, jeszcze mniej niż nobliści zorientowani w szwedzkich zwyczajach, byli niezwykle zdziwieni, gdy grupa dziwnie ubranych ludzi wpadała nagle na zajęcia, śpiewając w jakimś egzotycznym języku. Następnie do Kościoła Szwedzkiego, gdzie w ten dzień zbierali się mieszkający w regionie Szwedzi; czasem też do szwedzkiego konsulatu.

Nasz rok okazał się też na tyle chytry, że przyjęliśmy zaproszenie od operatora promów do Szwecji, żeby wystąpić przy okazji uroczystego obiadu na pokładzie ich promu, w zamian za możliwość poczęstowania się później tym obiadem. Ze względu na niskie sufity i czujniki przeciwpożarowe nie pozwolono nam jednak nawet zapalić świec. Wtedy to odczuliśmy na własnej skórze, jak nieprzyjemnym doświadczeniem jest śpiewanie czy granie "do kotleta" i wszyscy stwierdziliśmy, że całe przedsięwzięcie było pomyłką. A lektorki nas ostrzegały...!

Gdy byłam na drugim roku, zaproszono nas też do Domu Kultury w Ełku. Mieli oni wówczas taki zwyczaj, że dwa razy w roku organizowali dni poświęcone jakiemuś krajowi - wtedy w grudniu padło akurat na Szwecję, więc nas zaproszono, żebyśmy zaprezentowali zwyczaje kraju. Zaśpiewaliśmy w domu dziecka, w szpitalu i gdzieś jeszcze (ech, pamięć już nie ta!), a na koniec na scenie samego Domu Kultury, za kulisami której mieliśmy okazję podziwiać pamiątki pozostawione przez sławy, występujące tam przed nami, na przykład Kabaret Potem. Na widowni obecnych było paru Szwedów, którzy przyłączyli się do naszego śpiewania.

A wszystko to robiliśmy bez jakiegokolwiek przygotowania wokalnego, z wyjątkiem może paru ćwiczeń, do których zmusiła nas raz pani w domu pastora. Nasi biedni słuchacze musieli być niezwykle straumatyzowani.


Czego nie powiem o słuchaczach (do których i ja się zaliczam) występu z powyższego zdjęcia, w ostatnią niedzielę w jednym ze sztokholmskich klubów - chór brzmiał jak najbardziej profesjonalnie. Co, jak podpatrzyłam, nie znaczy, że i jego członkowie nie uciekali się do pisania ściąg na podkładkach pod świece...

niedziela, 13 grudnia 2009

13 grudnia


Dzień ten ma w Szwecji zupełnie inne konotacje, niż w Polsce - jak najbardziej pozytywne. To dzień Świętej Łucji, jedno z najważniejszych szwedzkich świąt, dzień światła i nadziei.

Święta Łucja żyła na przełomie III i IV wieku na Sycylii, zginęła śmiercią męczeńską. W którym to procesie, oprócz innych nieprzyjemności, zostały jej wydłubane oczy (według niektórych wersji zrobiła to sobie sama, żeby się oszpecić i uniknąć tym samym oddania do domu publicznego, według jeszcze innych - wysłała je młodzieńcowi, który wcześniej pochwalił ich urodę, żeby dał jej spokój i przestał się starać o jej rękę), dlatego też jest patronką między innymi ociemniałych, a na wizerunkach przedstawia się ją z oczami na tacy, jak na fresku z kościółka Santa Maria Impensole w Narni. Swoją drogą, żywoty średniowiecznych świętych mogłyby być niezłym materiałem na niejeden horror; ich twórcy chyba grali za dużo w gry komputerowe...

Łucja jest także patronką światła, o czym świadczy już jej imię, mające to samo źródło, co słowo lux, światło. Jej dzień przypada 13 grudnia, który według juliańskiego kalendarza był najkrótszym dniem w roku, następującym po najdłuższej nocy, kiedy jeszcze według pogańskich tradycji złe duchy czyhały na pogrążonych w ciemności ludzi. Stąd zwyczaj luciavaka, czuwania w tę noc, aby nie dać się zaskoczyć złym duchom - do dzisiejszych czasów przetrwał wśród szwedzkiej młodzieży w postaci całonocnych imprez.* Po Świętej Łucji dzień się wydłuża, jest coraz jaśniej. Światło zwycięża nad ciemnością. Zapewne właśnie dlatego na pogrążonej w zimie w prawie nieustannej ciemności Północy czczenie katolickiej świętej przetrwało tak dobrze mimo czterystu lat protestantyzmu.

13 grudnia o świcie przez szwedzkie miasta, wsie, szkoły i biura przechodzą orszaki Świętej Łucji, śpiewając kolędy i pieśni opowiadające o tym, jak święta nawiedza domy i obiecuje, że ciemność wkrótce odejdzie. Na czele orszaku idzie dziewczyna ubrana w białą szatę (symbol czystości) przewiązaną czerwoną szarfą (symbol męczeństwa), z koroną płonących świec na głowie. Wybór dziewczyny do roli Łucji przypomina trochę konkurs Miss Szwecji, wybiera się je w poszczególnych miastach, ale też dla całego kraju. Za nią w orszaku idą ze świecami w rękach dziewczęta, tak samo ubrane, choć bez korony, a od jakiegoś czasu także chłopcy (w końcu mamy równouprawnienie), w szpiczastych czapkach ozdobionych gwiazdami.

Specjalny pochód, parę dni wcześniejszy, urządza się dla goszczących w Grand Hotelu laureatów Nagrody Nobla, przybyłych do Sztokholmu na uroczystość ich rozdania, 10 grudnia. Laureaci pochodzą z różnych krajów i często mają niewielkie pojęcie o szwedzkich zwyczajach, tak więc bycie obudzonym skoro świt przez śpiewające Szwedki w białych szatach może być dla nich nie lada zaskoczeniem.

W następnym odcinku podzielę się kilkoma kombatanckimi historiami związanymi z obchodami dnia Świętej Łucji. Stay tuned!

* Z którego to powodu miałam między innymi niepowtarzalną okazję wysłuchać dziś o drugiej w nocy od sąsiadów, przez ścianę, wszystkim nam aż za dobrze znanego arcydzieła muzyczno-lirycznego pt. "Last Christmas". Jak powiada reklama: bezcenne!

Zdjęcie: Claudia Gründer, za: http://en.wikipedia.org/wiki/File:Lucia-13.12.06.jpg

piątek, 11 grudnia 2009

Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi przez wzgląd na ekologię


Takie plakaty, jak powyższy, rozwiesili ostatnio w stołówce u mnie w pracy. W wolnym tłumaczeniu: "Niewyrzucanie jedzenia jest dobre dla klimatu!"* Osobiście zgadzam się z postulatem - takie już otrzymałam wychowanie - ale jego umotywowanie... może jestem dziwna, ale tu po prostu coś jest nie tak.

Zasadniczo, w Szwecji istnieją dwie główne motywacje dla robienia czegokolwiek: bezpieczeństwo i ekologia. Trudno powiedzieć, na temat którego kosmiczny naród ma większego fioła. Ekologiczne produkty (np. ekologiczne pomidory), ekologiczna komunikacja miejska, ekologiczna energia... Jednocześnie zauważyłam, że nie przekłada to się na taką "codzienną ekologię", wyrażającą się na przykład w gaszeniu po sobie światła, wyłączaniu na noc służbowego komputera czy zabieraniu własnych siatek na zakupy. A w całym kraju wyrzuca się podobno rocznie 100 kilogramów nadającego się do spożycia jedzenia na osobę.

* Wolnym, bo klimatsmart to przykład szwedzkiej nowomowy, wobec której polszczyzna staje bezradna.

czwartek, 10 grudnia 2009

Uległam panice

Dałam się zaszczepić na świńską grypę. Na moje usprawiedliwienie mam to, że przyjechali ze szczepionkami do mnie do pracy i szczepili wszystkich jak leci, więc nie wymagało to z mojej strony żadnego wysiłku ani nakładów finansowych. No, może z wyjątkiem konieczności wstania o siódmej rano, co, szczególnie o tej porze roku, jest dla mnie przeżyciem traumatycznym. Aby wyrazić stan mojego umysłu o tej porze, posłużę się cytatem:


Jeżeli nie pojawi się już tu więcej dygresji, będzie to znaczyło, że sprawdziły się apokaliptyczne wizje szwedzkich brukowców, to znaczy dopadły mnie skutki uboczne, jak na przykład śpiączka bądź śmierć.

wtorek, 8 grudnia 2009

Prawa obywatelskie dla rodziny Bernadotte!


Postscriptum do mojej niedawnej dygresji o rodzinie królewskiej dostarczyło mi Stowarzyszenie Republikańskie, na którego stoisko natknęłam się w weekend w centrum Sztokholmu. Stali biedacy w deszczu, rozdawali ulotki i częstowali glöggiem oraz pierniczkami. Wypada zrekompensować się za obdarowanie tym wszystkim, pisząc parę słów o ich poglądach. A właściwie to wcale nie wypada, ale każdy pretekst jest dobry do dygresji na temat mniej lub bardziej dziwnych poczynań kosmicznego narodu.

Stowarzyszenie Republikańskie, czyli Republikanska Föreningen, jak nietrudno się domyślić, chce zniesienia monarchii. Bo to niedemokratyczne, stwarza kult jednostki (nie wiem, w stosunku do kogo, bo na pewno nie do biednego Karola Gustawa), wysyła w świat sygnał, że Szwecja jest krajem nienowoczesnym i zacofanym (bo oczywiście wszyscy za granicą ignorują całą resztę szwedzkich dokonań w tej kwestii i, patrząc przez pryzmat monarchii, stawiają Szwecję w jednym rzędzie z innymi tak zacofanymi państwami jak Wielka Brytania, Dania czy Holandia), a król, choć nie ma władzy politycznej, czasem się publicznie wypowiada, co wzbudza debaty (którego to argumentu już zupełnie nie rozumiem). Poza tym niesprawiedliwością jest, że król i jego rodzina nie mają takich praw obywatelskich, jak prawo głosu i decydowania w pełni o własnym życiu (księżniczki musiały uzyskać zgodę rządu na zamążpójście). O najrozsądniejszym, moim zdaniem, argumencie za obaleniem monarchii, mianowicie takim, że utrzymanie dworu i rodziny królewskiej kosztuje państwo ponad 112 milionów koron rocznie,* nie zająknięto się ani słowem.

Najbardziej jednak z tego wszystkiego spodobała mi się ilustracja w ulotce. Mówi ona o szwedzkim społeczeństwie wszystko:


* Dla porównania: utrzymanie norweskiego dworu królewskiego kosztuje 213 milionów koron, a duńskiego - 135 milionów. Podaję za dziennikiem Svenska Dagbladet.

niedziela, 6 grudnia 2009

W kwestii św. Mikołaja


...jako że dziś Mikołajki. Nie będzie chyba dla Czytaczy niespodzianką, jeżeli napiszę, że Szwedzi nie znają tradycji obdarowywania się prezentami z okazji 6 grudnia*. Jednak, co więcej, ten pogański naród nie zna nawet samego Świętego Mikołaja! Prezenty bożonarodzeniowe przynosi, w wigilijny wieczór, po tym, jak w telewizji wyemitowano "Kaczora Donalda" (jego emisja to tutejsza wigilijna tradycja. Naprawdę!), jultomte, czyli bożonarodzeniowy skrzat. A właściwie nie całkiem bożonarodzeniowy, bo słowo jul, którym po szwedzku oznacza się Święta Bożego Narodzenia, pochodzi od jōl - przedchrześcijańskiego, nordyckiego święta zimowego przesilenia. To już chyba Santa Claus z reklamy Coca-Coli jest bardziej bożonarodzeniowy...

* Chociaż ja wykorzystałam pretekst dzisiejszego dnia, żeby wypastować wszystkie buty.

czwartek, 3 grudnia 2009

Tajemnicze zniknięcie domku

Idąc dziś do pracy zauważyłam, że domek z Globen zniknął! Szkoda, bo to był przyjemnie zakręcony projekt. Mam nadzieję, że nie wpłynie to w negatywny sposób na plany wybudowania domu na Księżycu ani na edukację kosmicznego narodu w dziedzinie nauk ścisłych.

Za to już za kilka miesięcy Glob wzbogaci się o windę, którą będzie można wjechać na jego szczyt. Pierwsze wjazdy - 5 lutego.

środa, 2 grudnia 2009

Prosto w słońce

Takiego obrazka nam trzeba na grudzień! Dzisiaj akurat był tu słoneczny dzień, ale to nie do końca poprawiło mi nastrój, bo pozwoliło stwierdzić naocznie co następuje:
- pomimo wstania po ósmej, nie musiałam się specjalnie spieszyć, żeby być w stanie obejrzeć wschód słońca;
- zachód tegoż zaobserwowałam zaś z okna mojego biura o godzinie za dziesięć trzecia po południu.
Toż to wziąć i się pociąć! Ale cóż, taka jest cena tego, żeby na przeciwnym końcu roku można było być świadkiem zjawisk pięknych i wprawiających w dobry nastrój.