wtorek, 30 marca 2010

Lagom är bäst

Żaden szwedzki wywód na temat ojczystego języka nie może się obyć bez wzmianki na temat słowa, które jakoby występuje jedynie w szwedczyźnie i jest nieprzetłumaczalne na inne języki. Kiedyś spotkałam się wprawdzie z esejem mówiącym, że to nie do końca prawda, bo po pierwsze żadne słowo w żadnym języku nie jest dokładnie przetłumaczalne na inne języki, a po drugie, nawet jeżeli nie znajdzie się dokładnego odpowiednika, zawsze można oddać je opisowo, kombinacją kilku innych słów - ale napisane to było tonem wysuwania śmiałej tezy, podważającej ogólnie przyjęte prawdy, godzącej na dodatek w narodową dumę. Nie chodzi bowiem o jakieś pierwsze lepsze słówko, ale słowo nieodłączne przy opisach szwedzkiego charakteru i stosunków społecznych. Brzmi ono lagom i jeżeli miałabym się podjąć rzekomo niewykonalnego zadania przetłumaczenia go na język polski, zrobiłabym to tak: "w sam raz, z umiarem, ani za dużo, ani za mało." Innymi słowy, szwedzki ideał: jak powiada mądrość ludowa, lagom är bäst, umiar jest najlepszy. Jak to w Jante... Chyba zresztą tylko w Szwecji mogła powstać, a nawet odnieść sukces wyborczy - wejść do rządu i wystawić premiera - partia o nazwie Moderaterna.

sobota, 27 marca 2010

Księżniczka


Skoro już się zdradziłam z moją ukrytą pasją do wymyślania smutnych baśni, pokontynuuję temat ilustracyjnie od czasu do czasu. W porównaniu z przeróżnymi katastrofami, którymi lubię unieszczęśliwiać moich bohaterów, można powiedzieć, że bohaterce dzisiejszej ilustracji udało się wyjść w miarę bez szwanku: spotkała ją zaledwie niespełniona miłość i rozstanie. Szczególnie jeżeli weźmie się pod uwagę, że poza tym była księżniczką, a potem cesarzową, potężnego imperium. Cóż, jak mówią, nie można mieć wszystkiego (bo, jak dodał kiedyś kolega Mojej Sista, gdzie by to trzymać...?;)).

piątek, 26 marca 2010

Dbaj o czystość w windzie!

W windach na Uniwersytecie Gdańskim nie straszą klämriskiem ani ZŻL. Zamiast tego wszechobecne są znaki takie, jak ten poniżej. Naprawdę ciężko mi jest go zinterpretować. Czyżby chodziło o to, żeby nie brudzić podłogi wewnątrz windy obłoconymi buciorami...?


(Najmocniej przepraszam za jakość fotografii. Winę za nią muszę zrzucić na niedoskonały sprzęt oraz to, że zostałam dzisiaj zmuszona do wstania przed ósmą - a wspominałam już kiedyś, jak to na mnie działa.)

środa, 24 marca 2010

Jak w banku

Dobra, dość tych śmichów-chichów, pora zająć się czymś poważnym! A raczej czymś, co powinno być poważne, ale często mam wrażenie, że w praktyce bynajmniej takie nie jest. Zacznijmy od tego, że pod koniec zeszłego tygodnia dostałam list z banku wzywający mnie, abym się skontaktowała z moim oddziałem "w celu ustalenia mojego stosunku z bankiem". Pobiec tam akurat nie mogłam (szczególnie, że oddział jest otwarty w godzinach 10-15), a telefonu przez cały dzień nikt nie odbierał (?!), więc w końcu przez maila zapytałam, o co im chodzi. I dowiedziałam się, że chcieli się po prostu zapytać, czy dostałam już szwedzki personnummer, bo jeżeli tak, to by chcieli uwzględnić to w danych mojego konta. I może nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że informację o moim personnummerze przekazałam bankowi wkrótce po tym, jak go dostałam, to znaczy kiedyś w okolicach września.

Niestety, nie jest to bynajmniej pierwszy ani najbardziej spektakularny przykład zadziwiających umiejętności umysłowych pracowników mojego banku, a także sztokholmskich banków w ogólności. Jako obcokrajowcy jesteśmy zresztą na owe przykłady szczególnie wystawieni począwszy od prób otwarcia w tym kraju rachunku. A właściwie szczególnie przy nich. I tak, w zależności od tego, do którego oddziału banku się uda i kogo zastanie w okienku, można dowiedzieć się, że:

1) nie ma problemu z założeniem konta, jeżeli legitymuje się paszportem i ma personnummer, a nawet wystarczy samordningsnummer. Słyszałam plotki, że takie przypadki się zdarzają, ale nie spotkałam się osobiście;
2) również nie ma problemu, ale pani w okienku pomyli nazwisko klienta z adresem. Zdarzyło się niżej podpisanej. Pani spisywała moje dane z umowy o pracę (zaznaczę, że umowa była po angielsku, nie w jakimś egzotycznym języku w rodzaju, nie przymierzając, polskiego) i jakimś sposobem udało jej się pomylić rubrykę "nazwisko" z rubryką "adres", do umowy wpisała więc nazwę mojej ulicy w Polsce (i to na dodatek błędnie). Niestety, kilka dni później, gdy dostałam pocztą kartę bankomatową, okazało się, że bystra pani zdążyła posłać do centrali zamówienie na kartę zanim zwróciłam jej uwagę na błąd (przy którym to zwróceniu skomentowała, że właśnie się zastanawiała, dlaczego tam był numer!) i musiałam wybrać się do banku jeszcze raz, zamówić nową kartę, tym razem na moje właściwe nazwisko. Jednak uważam, że największym z wielu wybitnych dokonań tej pani podczas mojej krótkiej, acz bogatej w zaskakujące doznania, z nią znajomości były, opisane już w dygresji na temat personnummer, jej usiłowania wpisania w rubrykę urodzenia daty 63 sierpnia i zdziwienie odmowną reakcją komputera na takie dictum;
3) założą konto, ale nie dadzą kodów do bankowości internetowej, bo stwierdzą, że obcokrajowcom nie przysługują. Nie dość, że głupie, to jeszcze dość oburzające. Zdarzyło się mojej znajomej Słowaczce;
4) nie założą konta, ponieważ delikwent nie legitymuje się paszportem Unii Europejskiej - jakiegoś dziwnego tworu wyobraźni szwedzkiego urzędnika bankowego, nieistniejącego w realnym świecie (tłumaczenie, że Polska jest w UE od 2004, a paszport został wydany w 2005 nie pomaga). Zdarzyło się mojej byłej współlokatorce. Po długich i wyczerpujących dociekaniach doszłyśmy do wniosku, że idea paszportu Unii Europejskiej musiała wziąć się z tego, że na okładkach szwedzkich paszportów (i nowszych polskich, zdaje się, też) jest wyraźnie napisane "Unia Europejska";
5) nie założą konta, ponieważ delikwent nie legitymuje się szwedzkim dowodem osobistym - co do którego jeszcze do niedawna nie wiadomo było nawet, kto właściwie go miał wystawiać, ale do wystawienia którego potrzeba było mnóstwa zaświadczeń, w tym poręczenia ze strony szwedzkiego obywatela, który jednocześnie powinien być krewnym albo pracodawcą, złożonego w obecności urzędnika wydającego dowód. Obecnie na szczęście nie jest to aż tak uciążliwe, ale też nie darmowe.

Z czego to wszystko wynika? Niestety nie jestem socjologiem, antropologiem, ani nawet specjalistą od bankowości, a jedynie w miarę uważnym obserwatorem życia, mogę więc co najwyżej wysnuć co do tego kilka subiektywnych i niepopartych żadnymi badaniami hipotez. A skoro już zaczęłam z punktami, to w tym duchu pokontynuuję. Otóż w Szwecji:

1) nie jest się przyzwyczajonym do traktowania obcokrajowców na tych samych zasadach, co swoich i w ogóle nie za bardzo wiadomo, jak się z nimi obchodzić (idea Unii Europejskiej jeszcze nie wsiąkła w tutejsze umysły; Szwecja jest zresztą jej członkiem, i to dość sceptycznie nastawionym, dopiero od 1995 roku);
2) nie dotarła jeszcze wiadomość o wstąpieniu Polski do UE, a na słowo nie uwierzą;
3) w wielu przypadkach zasady postępowania w podobnych przypadkach są niejasne, nie ma ich wcale, albo też po prostu osobie, z którą ma się do czynienia, nie chciało się nigdy z nimi zapoznać (bo do tej pory nie miała takiej potrzeby);
4) nikt nie chce brać odpowiedzialności za decyzje, które trzeba by podjąć przy interpretacji owych niejasnych zasad. Szczególnie to ostatnie wydaje mi się bardzo szwedzkie, z moich obserwacji wynika bowiem, że państwo opiekuńcze, roztaczając swoją opiekę nad wszystkimi dziedzinami życia obywateli, zdejmuje z nich dużą część odpowiedzialności i odzwyczaja od samodzielnego myślenia.

Na szczęście chociaż tym razem udało mi się sprawę zgłoszenia personnummeru załatwić za pośrednictwem maila...

poniedziałek, 22 marca 2010

Bursztynowy świerzop 2

Po niezwykłym sukcesie pierwszej części, sequel był tylko kwestią czasu! Tym bardziej, że wysunięte zostały pewne propozycje obsadowe, które aż prosiły się o zwizualizowanie. A jaki dzień byłby lepszy na premierę takiego dzieła, jeżeli nie dzień inauguracji kolejnej edycji festiwalu filmów bollywoodzkich...?


Tak, wiem, to nie jest zdrowe. I pro publico bono powinno się mi odinstalować program iMovie. Nie mówiąc już o tym, że dzieło powyższe potwierdza znaną prawdę o tym, że sequele rzadko dorównują jakością częściom pierwszym. Pocieszam się jednak, że mimo wszystko udało mi się uzyskać większą zgodność ruchu warg z wypowiadanymi kwestiami niż w polskim dubbingu do reklam Vanisha...

sobota, 20 marca 2010

Niskobudżetowa produkcja filmowa


Tabliczka wypatrzona i sfotografowana przez mojego Tatę. Zaintrygowało mnie, skąd osoby odpowiedzialne za obserwację wideo (czy też właściwie "video") w tym lokalu wiedzą, kiedy nastąpi kradzież, żeby w porę zdążyć ją zarejestrować. Nie mówiąc już o frapującej kwestii, jak można kradzież przekazać policji - albo też zresztą komukolwiek innemu.

poniedziałek, 15 marca 2010

Sporty ekstremalne


Narciarstwo to niebezpieczny sport. Na stoku można zostać ostrzelanym jak nie przez ratrak (powyżej), to przez armatkę śnieżną (poniżej),


...lub też przysypanym lawiną:


Należy także zachować najwyższą ostrożność przy korzystaniu z kolejek linowych:


...a samochód zostawiać pod stokiem tylko na własne ryzyko:


Na szczęście, czasem można się też natknąć na niezwykle słuszne postulaty:

poniedziałek, 8 marca 2010

Bursztynowy świerzop

Babskie wieczorki mogą mieć zaskakujące, a katastrofalne skutki. Zdarzają się w ich trakcie nieprzewidywalne ciągi skojarzeń wyzwolone przypadkowymi bodźcami. Bodźcem może być na przykład zobaczenie gdzieś tytułu narodowego eposu, a ciąg doprowadzić może do wniosku, że istnieje tylko jeden rodzaj kinematografii, który idealnie nadaje się do oddania tych pagórków leśnych, tych łąk zielonych, tej dzięcieliny, świerzopu i gryki. Co więcej, można w rezultacie takiego wieczorku spreparować na powyższą tezę dowód:


Ktoś jeszcze nieprzekonany? Wszak i w oryginale jest dziewczyna w bieli oraz pola czegoś, co bez zbytniego mijania się z botaniczną prawdą można zinterpretować jako bursztynowy świerzop! Nasze wątpliwości dotyczyły jedynie tego, jak sprawdziłyby się poły kontusza powiewające w strumieniu powietrza z maszyny do wytwarzania wiatru.

środa, 3 marca 2010

Pan Mrozu

Być może dla niektórych z Czytaczy będzie zaskoczeniem jeżeli napiszę, że moje życie składa się nie tylko z zamęczania doktoratu, wyśmiewania się ze szwedzkich paranoi i pstrykania zdjęć w różnych częściach Europy (and beyond). Czasem zajmuję się też wymyślaniem smutnych baśni, a nawet ich ilustrowaniem. Smutek ich polega na tym, że zwykle kończą się jakąś większą czy mniejszą katastrofą: końcem świata, wielką eksplozją, a w najlepszym razie rozstaniem. Sama nie wiem, skąd to mi się bierze, bo jako czytelnik czy widz wolę historie, które kończą się dobrze. I od razu zastrzegę, że to nie wynik mieszkania w Szwecji, bo miałam tak już zanim się tu przeprowadziłam. W każdym razie - poniżej: Pan Mrozu, bohater jednej z takich opowieści. Proszę nie zwracać uwagi na wszelkie niedoskonałości tej ilustracji, wszak zastrzegałam już, że w zakresie rysunku amator ze mnie. To po prostu coś, co nabazgrałam sobie w pewne mroźne (a jakże!) przedpołudnie, dla odstresowania między jednym nudnym artykułem a drugim.

Pan Mrozu, jak łatwo się domyślić, to postać niezbyt przyjemna, jego atrybuty to wszystko, czego Tygrysy nie lubią najbardziej, jak śnieg, lód, ciemność i, oczywiście, mróz. Więc w zasadzie wcale mi nie żal, że skończył tak, jak skończył, to znaczy wylatując w powietrze, razem z całym swoim zamkiem. A swoją drogą, czy to nie ciekawe, że w tradycji, literaturze i filmie postaci związane z zimą są zwykle negatywne? Królowa Śniegu, Biała Czarownica, Buka... To chyba świadczy o tym, że zbiorowe doświadczenia ludzkości w kwestii zimy są zbliżone do moich. Komuś przychodzi do głowy jakiś kontrprzykład?

wtorek, 2 marca 2010

Sława


Kocham kamery!
Zawsze chciałam być sławna!
Niech to nawet PKP
Kamery - mój pierwszy raz!

Nie, żebym się czepiała, ale zważywszy na to, że znalazłam to na jednej z trójmiejskich stacji SKM, to raczej pod jej - a nie PKP - adresem powinny być skierowane słowa wdzięczności.