Przejdź do głównej zawartości

Jak w banku

Dobra, dość tych śmichów-chichów, pora zająć się czymś poważnym! A raczej czymś, co powinno być poważne, ale często mam wrażenie, że w praktyce bynajmniej takie nie jest. Zacznijmy od tego, że pod koniec zeszłego tygodnia dostałam list z banku wzywający mnie, abym się skontaktowała z moim oddziałem "w celu ustalenia mojego stosunku z bankiem". Pobiec tam akurat nie mogłam (szczególnie, że oddział jest otwarty w godzinach 10-15), a telefonu przez cały dzień nikt nie odbierał (?!), więc w końcu przez maila zapytałam, o co im chodzi. I dowiedziałam się, że chcieli się po prostu zapytać, czy dostałam już szwedzki personnummer, bo jeżeli tak, to by chcieli uwzględnić to w danych mojego konta. I może nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że informację o moim personnummerze przekazałam bankowi wkrótce po tym, jak go dostałam, to znaczy kiedyś w okolicach września.

Niestety, nie jest to bynajmniej pierwszy ani najbardziej spektakularny przykład zadziwiających umiejętności umysłowych pracowników mojego banku, a także sztokholmskich banków w ogólności. Jako obcokrajowcy jesteśmy zresztą na owe przykłady szczególnie wystawieni począwszy od prób otwarcia w tym kraju rachunku. A właściwie szczególnie przy nich. I tak, w zależności od tego, do którego oddziału banku się uda i kogo zastanie w okienku, można dowiedzieć się, że:

1) nie ma problemu z założeniem konta, jeżeli legitymuje się paszportem i ma personnummer, a nawet wystarczy samordningsnummer. Słyszałam plotki, że takie przypadki się zdarzają, ale nie spotkałam się osobiście;
2) również nie ma problemu, ale pani w okienku pomyli nazwisko klienta z adresem. Zdarzyło się niżej podpisanej. Pani spisywała moje dane z umowy o pracę (zaznaczę, że umowa była po angielsku, nie w jakimś egzotycznym języku w rodzaju, nie przymierzając, polskiego) i jakimś sposobem udało jej się pomylić rubrykę "nazwisko" z rubryką "adres", do umowy wpisała więc nazwę mojej ulicy w Polsce (i to na dodatek błędnie). Niestety, kilka dni później, gdy dostałam pocztą kartę bankomatową, okazało się, że bystra pani zdążyła posłać do centrali zamówienie na kartę zanim zwróciłam jej uwagę na błąd (przy którym to zwróceniu skomentowała, że właśnie się zastanawiała, dlaczego tam był numer!) i musiałam wybrać się do banku jeszcze raz, zamówić nową kartę, tym razem na moje właściwe nazwisko. Jednak uważam, że największym z wielu wybitnych dokonań tej pani podczas mojej krótkiej, acz bogatej w zaskakujące doznania, z nią znajomości były, opisane już w dygresji na temat personnummer, jej usiłowania wpisania w rubrykę urodzenia daty 63 sierpnia i zdziwienie odmowną reakcją komputera na takie dictum;
3) założą konto, ale nie dadzą kodów do bankowości internetowej, bo stwierdzą, że obcokrajowcom nie przysługują. Nie dość, że głupie, to jeszcze dość oburzające. Zdarzyło się mojej znajomej Słowaczce;
4) nie założą konta, ponieważ delikwent nie legitymuje się paszportem Unii Europejskiej - jakiegoś dziwnego tworu wyobraźni szwedzkiego urzędnika bankowego, nieistniejącego w realnym świecie (tłumaczenie, że Polska jest w UE od 2004, a paszport został wydany w 2005 nie pomaga). Zdarzyło się mojej byłej współlokatorce. Po długich i wyczerpujących dociekaniach doszłyśmy do wniosku, że idea paszportu Unii Europejskiej musiała wziąć się z tego, że na okładkach szwedzkich paszportów (i nowszych polskich, zdaje się, też) jest wyraźnie napisane "Unia Europejska";
5) nie założą konta, ponieważ delikwent nie legitymuje się szwedzkim dowodem osobistym - co do którego jeszcze do niedawna nie wiadomo było nawet, kto właściwie go miał wystawiać, ale do wystawienia którego potrzeba było mnóstwa zaświadczeń, w tym poręczenia ze strony szwedzkiego obywatela, który jednocześnie powinien być krewnym albo pracodawcą, złożonego w obecności urzędnika wydającego dowód. Obecnie na szczęście nie jest to aż tak uciążliwe, ale też nie darmowe.

Z czego to wszystko wynika? Niestety nie jestem socjologiem, antropologiem, ani nawet specjalistą od bankowości, a jedynie w miarę uważnym obserwatorem życia, mogę więc co najwyżej wysnuć co do tego kilka subiektywnych i niepopartych żadnymi badaniami hipotez. A skoro już zaczęłam z punktami, to w tym duchu pokontynuuję. Otóż w Szwecji:

1) nie jest się przyzwyczajonym do traktowania obcokrajowców na tych samych zasadach, co swoich i w ogóle nie za bardzo wiadomo, jak się z nimi obchodzić (idea Unii Europejskiej jeszcze nie wsiąkła w tutejsze umysły; Szwecja jest zresztą jej członkiem, i to dość sceptycznie nastawionym, dopiero od 1995 roku);
2) nie dotarła jeszcze wiadomość o wstąpieniu Polski do UE, a na słowo nie uwierzą;
3) w wielu przypadkach zasady postępowania w podobnych przypadkach są niejasne, nie ma ich wcale, albo też po prostu osobie, z którą ma się do czynienia, nie chciało się nigdy z nimi zapoznać (bo do tej pory nie miała takiej potrzeby);
4) nikt nie chce brać odpowiedzialności za decyzje, które trzeba by podjąć przy interpretacji owych niejasnych zasad. Szczególnie to ostatnie wydaje mi się bardzo szwedzkie, z moich obserwacji wynika bowiem, że państwo opiekuńcze, roztaczając swoją opiekę nad wszystkimi dziedzinami życia obywateli, zdejmuje z nich dużą część odpowiedzialności i odzwyczaja od samodzielnego myślenia.

Na szczęście chociaż tym razem udało mi się sprawę zgłoszenia personnummeru załatwić za pośrednictwem maila...

Komentarze

lotta7 pisze…
hehe, te opowieści przypominają mi nasze przeboje z sekretarką u pediatry :). Mój bank też doprowadza mnie do szału, chociaż aż takich dramatów nie przechodziłam. Za to nie wymienisz euro na dolary, jeśli nie masz konta bankowego (a nie ma innego miejsca, w którym można to zrobić), więc jak komuś przyjdzie do głowy przywieźć część pieniędzy w euro, powodzenia :)
martencja pisze…
Nawet mi nie mów o lekarzach! To mi przypomina moje wizyty na szwedzkim pogotowiu:/

A to z wymianą pieniędzy przypomniało mi, jak to podobno istnieje zakaz wywożenia z kraju marokańskich dirhamów, a jednak jakimś cudem udało Ci się zdobyć kilka setek w Hiszpanii:)

M.

Popularne posty z tego bloga

Godzina wilka

Gdybym miała wybrać swoje ulubione szwedzkie słowo, byłoby to chyba właśnie to: vargtimmen, godzina wilka. Jest takie zupełnie nie po skandynawsku metaforyczne i niesamowite. Godzina wilka to czas przed świtem, między 3 a 5 nad ranem, ostatnie godziny nocy, zaraz przed powrotem światła. Według ludowych wierzeń to najtrudniejsza część doby, czas, w którym rodzi się najwięcej dzieci i najwięcej ludzi umiera, śpiący mają najgorsze koszmary, a cierpiących na bezsenność ogarnia największy lęk. Czuwających przy ognisku zaś w tym czasie właśnie mógł zmorzyć sen, czyniąc z nich łatwe ofiary wilków. Według nauki natomiast jest to okres najmniejszej aktywności organizmu, kiedy obniża się temperatura ciała, ciśnienie krwi i przemiana materii.

Jest to także tytuł filmu Ingmara Bergmana. I piosenki zespołu Hedningarna (czyli "poganie"). Ja jednak na ilustrację muzyczną wybiorę inny utwór, trochę, choć już nie tak bezpośrednio, zbliżony tematycznie: ludową piosenkę o wilkołaku w wykonaniu …

Personnummer

Po powrocie do Sztokholmu zastałam w skrzynce list z Urzędu Skarbowego z zawiadomieniem, że przyznano mi oficjalnie personnummer. Tym samym stałam się, w szwedzkim rozumieniu, pełnoprawną istotą ludzką.
Personnummer, dosłownie numer osobisty, a bardziej oficjalnie numer ewidencyjny, to odpowiednik polskiego numeru PESEL. Jak głosi broszura Urzędu Skarbowego, jest on "jednolitym narzędziem pozwalającym na jednoznaczne ustalenie tożsamości osób fizycznych. W obecnej formie numer ten występuje od 1967 r., niemniej już w roku 1947 wprowadzono system ewidencji oparty na dacie urodzenia oraz trzycyfrowej liczbie porządkowej urodzenia" (tak, tak, broszura jest dostępna po polsku).
Osoba bez numeru ewidencyjnego w Szwecji po prostu nie istnieje jako członek społeczeństwa. Pytają się o niego przy zapisywaniu się do lekarza, podpisywaniu jakichkolwiek umów, logowaniu się do serwisów pośredniczących w wynajmie akademików, wyrabianiu kart bibliotecznych, uczestniczeniu w kursach na uniw…

Europejczycy to mięczaki

Snują się po całym budynku jak jakieś duchy narzekając na zimno — Skandynawowie, Brytyjczycy, Portugalczycy... budynek jest wszak siedzibą Centrum Studiów Europejskich, więc można przebierać w narodowościach. Oplatają zgrabiałe palce wokół kubków z gorącą herbatą, zapinają pod szyję swetry i otulają się szalami. I zawracają głowę, że skoro temperatura od paru już dni utrzymuje się poniżej 20 stopni, może by tak włączyć ogrzewanie? Albo chociaż wyłączyć klimatyzację...?
Ledwo wydostali się spod opiekuńczych skrzydeł unijnych norm, świat zaczyna ich atakować. Amerykańska pasta do zębów okazuje się być toksyczna: już po paru dniach używania kończą z gębą pełną aft i muszą szukać kogoś, kto zna kogoś, kto będzie w najbliższym czasie podróżował z Europy i mógłby przywieźć stamtąd tubkę czy dwie — nieważne, z jakiego kraju, nieważne, jakiej marki (tu marki są te same, ale co z tego?), ważne, żeby jej skład spełniał normy UE. Wolą nawet nie myśleć, co jest w jedzeniu, ale na wszelki wypadek…