sobota, 31 października 2009

Megalomania

Oficjalne hasło promocyjne Sztokholmu:


Myślę, że mieszkańcy Kopenhagi mieliby na jego temat kilka krytycznych uwag.

czwartek, 29 października 2009

Agenci są wszędzie!

Polski sport narodowy, polegający na wyszukiwaniu i ujawnianiu dokumentów świadczących o czyjejś agenturalnej przeszłości i współpracy z wrogimi siłami za czasów zimnej wojny, staje się popularny również w krajach ościennych. W miniony weekend tabloid "Expressen" ujawnił, że jeden z najbardziej poczytnych i opiniotwórczych pisarzy i dziennikarzy Szwecji, Jan Guillou, współpracował z KGB. Sam zainteresowany tłumaczy się, że owszem, spotykał się z radzieckim agentem, ale nie przekazywał mu żadnych informacji, tylko jako młody i naiwny dziennikarz miał nadzieję sam od niego wyciągnąć coś, co by się nadawało na sensacyjny i nagradzany artykuł, a poza tym był w tamtych czasach maoistą, więc ze Związkiem Radzieckim było mu zupełnie nie po drodze.

Guillou jest autorem między innymi książki "Zło", na podstawie której nakręcono nominowany kilka lat temu do Oscara film, a także trylogii historycznej o templariuszu Arnie Magnussonie (proszę nie dać się zmylić tym, że ma owa trylogia cztery tomy - czwarty już nie jest o Arnie, tylko o jego wnuku), która także doczekała się ekranizacji.

Tym, co jednak nadaje sprawie największej ironii, to fakt, że sławę przyniosła Guillou seria powieści o szpiegu Carlu Hamiltonie, szwedzkiej odpowiedzi na Jamesa Bonda (dygresja filmowa, tudzież ciekawostka dla fanów "Gwiezdnych wojen": w ekranizacji, do której zwiastuna linka podałam (oczywiście, jak na serię poczytnych powieści przystało, ekranizacji tych jest więcej niż jedna), głównego bad guya gra Mark Hamill, czyli Luke Skywalker. A więc jednak przeszedł na Ciemną Stronę!). Nic dziwnego, że gazety teraz prześcigają się w odczytywaniu na nowo przygód Hamiltona w szwedzkim wywiadzie w kontekście najnowszych rewelacji. Kto wie, czy cała ta sprawa nie jest czasem przede wszystkim akcją reklamową, mającą zwiększyć sprzedaż powieści...?

sobota, 24 października 2009

Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj

...to, według twórców filmu "In Bruges", właściwa kolejność czynności, jakie należy wykonać podczas bytności w mieście Brugia. Polscy dystrybutorzy filmu uznali tę radę za tak ważną, że z hasła promującego film podnieśli ją do rangi jego tytułu. Niestety, gdy z Moją Sista przyjechałyśmy do Brugii, nie dysponowałyśmy żadnym egzemplarzem broni palnej, dlatego też musiałyśmy ograniczyć się do zwiedzania. Ale chociaż w tej kwestii wypełniłyśmy prawie wszystkie punkty programu zalecane w filmie.


A więc: popłynęłyśmy na wycieczkę statkiem po kanałach, weszłyśmy na dzwonnicę po krętych i wąskich schodkach,


...zwiedziłyśmy Bazylikę Świętej Krwi


...i wybrałyśmy się na kilka długich spacerów wąskimi uliczkami tego iście bajkowego miasteczka,


dzięki czemu mogłyśmy w pełni docenić jego urok.


Na koniec zaś zaszłyśmy do księgarni, aby zakupić idealną pamiątkę z tego belgijskiego miasta, mianowicie płytę DVD z filmem "In Bruges".


(Muszę przyznać, że rozczula mnie ten lód w lewej ręce Colina Farrella, szczególnie w kontekście tego, co trzyma w ręce prawej. Ale też to zestawienie dobrze oddaje charakter tego filmu.)

Dobra, przyznaję się, ta dygresja jak dotąd była wysoce ironiczna. Ale nie da się inaczej, jeżeli się najpierw obejrzało "In Bruges", a potem tam pojechało. Rzadko się zdarza film, szczególnie w tym gatunku, który by w tak dużym stopniu miał za swojego bohatera miasto, zwłaszcza miasto tak zabytkowe, zupełnie nieprzystające do historii o gangsterach. No bo i jest ten film czymś więcej niż taką historią: inteligentny, z błyskotliwymi dialogami, dobrze zagrany, niepozbawiony głębszej refleksji, z pięknymi zdjęciami i muzyką. Znalazło się w nim nawet miejsce na egzystencjalną refleksję, a nawet przemyślenia na temat mojej dziedziny nauki;)!

A tak na poważnie, Brugia naprawdę jest bardzo ładna.

środa, 21 października 2009

Czekoladowe szaleństwo


Obiecywałam, że opowiem o Belgii. Opowiem, ale głównie za pomocą obrazów. A skoro o Belgii, to nie mogę nie zacząć od tego, co ten kraj ma najlepszego: od czekolady! Sklepów z wystawami tak smakowitymi jak powyższa jest tam mnóstwo. A często prezentują też wyroby w formach bardziej, hmmm, oryginalnych:


Osobiście najbardziej mnie kusił "szaszłyk" z truskawek w czekoladzie - do dziś żałuję, że nie spróbowałam!


Oprócz tego są też jednak dostępne bardziej wyrafinowane formy podziwiania czekolady, na przykład muzeum jej poświęcone w Brugii. Można tam dowiedzieć się paru ciekawych faktów z historii konsumpcji tego przysmaku, na przykład, że nawet Kościół powinien mieć się przed nim na baczności (zdjęcie można powiększyć klikając w nie):


...a także popodziwiać dzieła sztuki wykonane w czekoladzie.



Na koniec mieliśmy też okazję zobaczyć pokaz wyrabiania pralinek zakończony, a jakże, degustacją. A swoją drogą ciekawe, ile zajęłoby mi zdegustowanie takiej oto kostki czekolady:


poniedziałek, 19 października 2009

Scale mobili

W przeciwieństwie do Anglików i w stopniu jeszcze większym niż Szwedzi, Włosi używający schodów ruchomych wyposażeni zostali w cały zestaw wskazówek, zaleceń, ostrzeżeń, nakazów i zakazów:


Najwyraźniej też Ministerstwo Głupich Kroków stwierdziło, że florencka hala targowa jest miejscem nie gorszym od sztokholmskiego szpitala i również tam postanowiło zaznaczyć swoją obecność:

sobota, 17 października 2009

Świat się kończy!

Gdy w czwartkowy poranek szłam z walizką na dworzec we Florencji, by opuścić to miasto, oczom moim ukazał się widok, co do którego już dawno straciłam nadzieję, że uda mi się go ujrzeć: pod budynek dworca podjechał tramwaj!


Gdy przyjechałam do Florencji po raz pierwszy, wiosną 2006 roku, przywitała mnie ona dokumentnie rozkopanymi ulicami: na placu przed dworcem i w innych częściach miasta zionęła wielka, głęboka dziura. To budowała się Tramvia, linia tramwajowa, która miała zmniejszyć ruch uliczny w centrum miasta. Super pomysł, moim zdaniem - każda inicjatywa, która ma na celu zmniejszenie ilości samochodów, autobusów i spalin w tym zatłoczonym mieście, jest ze wszech miar godna pochwały.

Minął rok, potem półtora, mojego mieszkania we Florencji, w czasie którego nauczyłam się paru rzeczy o życiu we Włoszech, między innymi tego, że sprawy kierują się tutaj własną, nieprzeniknioną dla przybysza z zewnątrz, logiką (nazwałam to zasadą NNNW - "Nigdy Nic Nie Wiadomo"), wszystko zajmuje tu o wiele więcej czasu, niż na reszcie kontynentu, a rzeczy nie następują jedne po drugich, tylko po długich okresach oczekiwania. Przykładowo: w kamienicy, w której mieszkałam przez pierwsze dziesięć miesięcy, pewnego pięknego dnia w grudniu 2006 roku postawiono rusztowania w celu zamontowania windy. Choć rusztowania te nieco uprzykrzały nam życie, w sumie byliśmy zadowoleni, bo jak się mieszka na trzecim piętrze w starym budownictwie, winda niejednokrotnie się przydaje. Cóż, kiedy skończono ją montować dopiero kiedyś wiosną 2008 roku, kiedy już dawno wyprowadziłam się z tej kamienicy i w ogóle z Florencji - a dodam, że nie była to bynajmniej wysoka kamienica, to nasze trzecie piętro było zarazem ostatnim. Przy jednej z kolejnych wizyt w mieście zaszłam tam nawet i z namaszczeniem przejechałam się windą w górę i w dół.

Tak więc minął rok, potem półtora, a dziura w ziemi zionęła nadal. W międzyczasie budowa Tramvii została wielokrotnie oprotestowana przez mieszkańców, argumentujących między innymi, że wagon tramwajowy przejeżdżający przez historyczne centrum, pod Duomo, nie będzie ładnie wyglądał (nie wspominając jednak o tym, jak wyglądają w tym samym miejscu sznury autobusów, nie mówiąc już o wpływie wytwarzanych przez nie spalin i drgań na stare budynki). Jak powiedziała moja nauczycielka włoskiego (rodem z Turynu) w odpowiedzi na pytanie, dlaczego florentczycy nie chcą Tramvii: i fiorentini sono strani, florentczycy są dziwni. Z drugiej strony, władze miasta organizowały liczne akcje popularyzujące ideę, mające oswoić mieszkańców z myślą o tramwajach i przekonać, że jest to rozwiązanie powszechnie stosowane w Europie i na świecie. Na jednym z głównych placów miasta można było nawet zwiedzić sobie przykładowy wagon i w nim posiedzieć. Tak czy inaczej, prace posuwały się powoli i wyglądało na to, że Florencja długo jeszcze będzie się dusić w smogu i spalinach.

I tak oto wracamy do początku tej dygresji: bo jak w niedzielę wieczorem wjeżdżałam do miasta, zauważyłam, że na długim odcinku tory są już gotowe! Estetycznie wybrukowane, z gotowymi wiatami przystankowymi, wyglądające zupełnie jakby znajdowały się w jakimś cywilizowanym kraju na północ od Alp i jakby lada chwila miał na nie wjechać tramwaj! I rzeczywiście, zanim jeszcze wyjechałam z Florencji, udało mi się go zobaczyć. Jeszcze nie był przygotowany do wyruszenia w miasto, wagon był zupełnie nowy, miał nawet nieodpakowane z folii siedzenia, a tory były jeszcze ogrodzone, tak więc Bóg raczy wiedzieć, kiedy zacznie regularnie kursować - niemniej jednak, jest nadzieja!

Inna sprawa, że to dopiero pierwsza linia z planowanych trzech, a budowa dwóch pozostałych zapewne nie została jeszcze rozpoczęta. Tak więc nadzieja nadzieją, ale wygląda na to, że powietrze w centrum Florencji jeszcze długo nie będzie się nadawało do oddychania...

poniedziałek, 12 października 2009

Dworcowa poezja

Milczę od kilku dni, bo znów wybrałam się w podróż. Właśnie przez Belgię (o której opowiem później) dotarłam znów do Florencji, gdzie naszła mnie refleksja, jak różnią się od siebie dwie części mojego życia w tych dwóch zupełnie odmiennych krajach, na przeciwległych półwyspach Europy. I jak się uzupełniają, mimo że ciągnięcie ze sobą ich obu razem jest dość męczące i często chciałabym się od jednej z nich już uwolnić.

A tymczasem, aby umilić Wam, drodzy Czytacze, czas oczekiwania na kolejną dygresję, zamieszczam ten wspaniały przykład ludowej twórczości poetyckiej, na który natknęłam się podczas mojego ostatniego pobytu w tym kraju, na dworcu w Narni:


La tua presenza
è sempre arrivo
e mai partenza.

Czyli na nasze: "Twoja obecność to zawsze przyjazd, a nigdy odjazd." Nie da się ukryć, że tłumacz ze mnie marny, bo w tłumaczeniu zgubiłam większość wartości poetyckich tego dzieła. Zwróćcie jednak uwagę na ten piękny dobór słów (arrivo - partenza, czyli przyjazd - odjazd), dopasowany do miejsca upublicznienia wiersza. Jasnym się wówczas staje, że poeta nie mógł po prostu dać upust swojej inwencji twórczej nigdzie indziej, tylko na ścianie dworcowego budynku. W tomiku wierszy - to już po prostu nie byłoby to samo!

niedziela, 4 października 2009

Kanelbullens Dag


Dziś w Szwecji Kanelbullens Dag, Dzień Cynamonowej Bułeczki. Brzmi może trochę głupio, ale to bardzo przyjemne święto: coś jak nasz Tłusty Czwartek, tylko Szwedzi zamiast pączków zajadają się pewnym typowo szwedzkim przysmakiem - kanelbulle, czyli drożdżówką z cynamonem.

Wszystkim, którzy ciekawi są smaku tego specjału, a nie mają akurat w pobliżu żadnej szwedzkiej cukierni, proponuję rozwiązanie pod hasłem "Zrób to sam!". Poniżej przytaczam przepis na kanelbullar (w mojej rodzinie nazywane cynamonkami) - wypróbowany niejednokrotnie (i trochę zmodyfikowany) przez niżej podpisaną. O efektach prób zaświadczyć mogą niektórzy Czytacze.

Potrzebne będzie:

Do ciasta:
2 szklanki mleka
50 g drożdży
0,5 szklanki cukru
0,5 łyżeczki soli
1 kg mąki
1 łyżeczka mielonego kardamonu
125 g masła
1 jajko

Do nadzienia:
150 g masła
0,5 szklanki cukru
2 łyżki mielonego cynamonu

A więc, drodzy Czytacze, do roboty! Zacznijcie od podgrzania mleka do temperatury około 37 stopni, a następnie rozpuśćcie (cóż za karkołomne słowo) w nim drożdże. Dodajcie cukier, sól, kardamon, mąkę i masło (ja zwykle wcześniej rozpuszczam masło, bo w ten sposób łatwiej je wmieszać w ciasto. Tylko wtedy trzeba pamiętać, żeby je ostudzić przed dodaniem do reszty). Wyrabiajcie ciasto, aż będzie gładkie, a wszystkie składniki dobrze się wymieszają. A potem odstawcie do wyrośnięcia na jakieś pół godziny. W międzyczasie można zająć się przygotowaniem nadzienia: trzeba rozpuścić masło i wymieszać z cukrem i cynamonem.

Teraz następuje najbardziej praco- i czasochłonna część procesu: wyrośnięte ciasto należy wyjąć na posypaną mąką stolnicę, jeszcze trochę powyrabiać i rozdzielić na cztery części (albo na ile Wam tam miejsca na stolnicy starczy). Każdą część oddzielnie rozwałkujcie w kształt, który w miarę możliwości powinien przypominać prostokąt (czy też, przyjmując bardziej realistyczne cele, owal) i być dość cienki (kilka milimetrów). Taki placek posmarujcie hojnie nadzieniem, a następnie zwińcie w roladkę wzdłuż dłuższego boku (mam nadzieję, że jasno się wyrażam - ta część przepisu jest zwykle najtrudniejsza do wyjaśnienia. W każdym razie rezultat ma przypominać swojski, polski makowiec). Roladę należy następnie pokroić na plastry grubości około 2 centymetrów. Powstałe w ten sposób ciastka wyłożyć na natłuszczoną blachę - w dość dużych odstępach, bo urosną! I zostawić jeszcze na jakiś czas do wyrośnięcia. W międzyczasie nastawcie piekarnik na 250 stopni, a bułeczki posmarujcie z wierzchu i po bokach rozbełtanym jajkiem (dzięki czemu nadzienie nie będzie tak bardzo wypływać, a gotowy produkt będzie miał ładny połysk). W końcu, pieczcie ciastka przez około 8-10 minut, cały czas mając je na oku, bo przy takiej temperaturze łatwo je przypalić!

Z podanych ilości składników wychodzi całkiem dużo bułeczek, ale też sporo się przy nich trzeba napracować. Ale warto! Tylko ostrzegam, że cały dom będzie Wam jeszcze przez pół dnia pachniał cynamonem i kardamonem.

Czyżbym właśnie napisała dygresję na tematy kulinarne...? Świat się kończy!

czwartek, 1 października 2009

Wróg nie istnieje


Z wielu eksponatów zgromadzonych na berlińskiej Wyspie Muzeów, zwiezionych z różnych stron świata "na mocy międzynarodowych umów" (których międzynarodowość, obawiam się, ograniczała się do białych Europejczyków i nie przewidywała pytania o zdanie narodów, których przodkowie owe zabytki wyprodukowali), największe wrażenie zrobiła na mnie droga procesyjna prowadząca do Bramy Isztar.


I to nawet nie (tylko) ze względu na swoją monumentalność i wartości artystyczne - ale przede wszystkim ze względu na nazwę: Aj-ibur-shapu, co podobno znaczy "Wróg nie istnieje". Pycha? Psychologiczne wyparcie? Czy też - ogromna wiara w magiczną moc słów?