niedziela, 24 marca 2013

Wilkołaki z Gryfii

Nastała kalendarzowa wiosna, więc teoretycznie powinno się poruszać jasne, pogodne tematy. Jednak że wiosna jak na razie pozostaje jedynie kalendarzowa, a śnieg od tygodnia pada z najwyżej kilkugodzinnymi przerwami, na jasne i pogodne tematy nie mam zwyczajnie siły. Wręcz przeciwnie - humor mi się robi coraz bardziej mroczny w miarę jak coraz więcej śniegu zalega na chodniku przed moją kamienicą. Przy mrocznym humorze przypominają się mroczne historie. Jak na przykład ta opowiadająca o tym, jak to Gryfię - taka bowiem jest prawidłowa polska nazwa Greifswaldu - opanowały wilkołaki.

Miało to miejsce około roku 1640. Potworów było tak dużo, że właściwie przejęły one kontrolę nad miastem, operując z bazy na Rakower Straße. W Gryfii zapanował terror, nikt nie ważył się wystawić nosa z domu po zmierzchu w obawie przed atakiem. W końcu gryfijscy studenci postanowili stawić czoła wilkołakom i pozbyć się ich z miasta. Z początku ich wysiłki nie przyniosły rezultatów - wydawało się, że wobec przeważających ponadnaturalnych sił studenci nie mieli szans. Aż w końcu któryś z nich wpadł na sprytny pomysł, żeby zebrać wszystkie srebrne przedmioty, jakie mogli znaleźć i przetopić je na kule. Uzbrojonym w nie studentom wreszcie udało się pokonać wilkołaczą inwazję.

True story.

Mam kolegę, poważnego historyka z doktoratem z jeszcze poważniejszej europejskiej uczelni (jeśli wypada mi to pisać, będąc również jej absolwentką), przez pewien czas mieszkańca Gryfii, który zajmuje się badaniem wilkołaków - a raczej, rozpowszechnienia historii o wilkołakach na terenie Europy. Okazuje się, że historie te nie były równie popularne na całym jej obszarze. Szczególnie obfitowały w nie na przykład niektóre rejony Niemiec oraz Inflanty. Miałam kiedyś okazję wysłuchać wykładu relacjonującego proces sądowy pewnego mieszkańca Inflant, który został oskarżony o bycie wilkołakiem. Co ciekawe, oskarżony bynajmniej temu faktowi nie zaprzeczał (mimo że wysłano do niego prawnika i pastora, którzy mieli się upewnić, czy na pewno zdaje sobie sprawę z konsekwencji swoich twierdzeń), wręcz przeciwnie, z dumą twierdził, że ta przypadłość pomaga mu walczyć z diabłem, a poza tym przedstawił całkiem ciekawą wizję świata - między innymi wskazał, gdzie w okolicy znajduje się wejście do piekieł, a gdzie spotykają się czarownicy i czarownice. Sąd, nie bardzo wiedząc, co z nim począć, przeciągał proces, mając nadzieję, że oskarżony - będący już w podeszłym wieku - wkrótce umrze w sposób naturalny i problem rozwiąże się sam.

Ale zboczyłam nieco z tematu. Tymczasem wilkołaki miały wrócić na Pomorze w latach 40. XX wieku, choć tym razem po drugiej stronie przesuniętej właśnie w te okolice granicy. Tak przynajmniej twierdziła komunistyczna propaganda - a mi jakoś nigdy nie wystarczyło determinacji, żeby sprawdzić, czy jej twierdzenia miały jakieś oparcie w prawdzie. W każdym razie jeszcze w 1970 wydawany w Szczecinie "Przegląd Zachodniopomorski" pisał o grupach niemieckich dywersantów, uprzykrzających w ostatniej fazie wojny i tuż po jej zakończeniu życie postępującym w głąb Niemiec aliantom, a potem polskim osadnikom na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych. Grupy te przybrać miały nazwę "Wehrwolfu", czyli wilkołaków właśnie: "Jak wiadomo - pisał w "Przeglądzie..." niejaki Józef Orlicki - koncepcja utworzenia zbrojnego podziemia hitlerowskiego, m.in. w postaci ‘Wehrwolfu’ na terenach zajmowanych przez zwycięskich aliantów, w szczególności przez Armię Czerwoną, zrodziła się jesienią 1944 r. w kołach wywiadowczych, policyjnych i partyjnych III Rzeszy. Głównymi twórcami tej koncepcji byli: przyszły szef wywiadu Niemieckiej Republiki Federalnej, znany dobrze w Polsce gen. Gehlen oraz najbliżsi współpracownicy Hitlera, Borman i Himmler.” 23 grudnia 1945 w Wolinie aresztowano 22 osoby uznane za członków tej organizacji, w tym niejakiego Waltera S., który zeznał, że grupy "Wilkołaków" szkolone były w przygranicznym Ahlbeck, a następnie przerzucane do Wolina i okolic, aby tam szerzyć dywersję i sabotaż: podpalenia, wysadzanie mostów, zamachy na funkcjonariuszy MO i SB. Artykuł uzupełniony jest spisem znalezionej przy aresztowanych broni (6 automatów typu MP, 4 karabiny "Mauser" oraz pistolet "Parabellum"), a także sugestią, że działali oni po myśli zachodnich aliantów, którzy knuli potajemnie plany kolejnej wojny i ataku, tym razem u boku pokonanych Niemiec, na swojego dawnego sojusznika - ZSRR.

Przypuszczam, że tym razem srebrne kule mogłyby nie wystarczyć.

poniedziałek, 18 marca 2013

M jak morderstwo 2

Czytałam kiedyś w internecie serię porad autorstwa mieszkającego w Niemczech Anglika czy innego Anglosasa na temat tego, jak postępować, by wtopić się w niemieckie społeczeństwo. Oprócz tych przypominających, że wychodząc z domu należy ubierać się zawsze w outdoorowe ciuchy (w końcu, jak sama nazwa wskazuje, ubrania outdoorowe są do tego, żeby w nich chodzić na zewnątrz, nawet jeżeli tym zewnętrzem jest centrum Berlina), była ta, że każdy niedzielny wieczór należy spędzać oglądając nowy odcinek "Tatort". "A czy ten serial jest chociaż dobry?" zapytał zaintrygowany Anglosas swoich niemieckich znajomych, na co mieli oni zareagować zaskoczeniem, stwierdzając, że właściwie to nigdy się nad tym nie zastanawiali - oglądanie "Tatort" to jest po prostu coś, co się robi i czego się nie kwestionuje.

Podobnie jak Skandynawowie, Niemcy uwielbiają kryminały. Co więcej, lubią kryminały dziejące się lokalnie, w ich mieście czy regionie. Takie też regionalne serie powieści kryminalnych można kupić w większości księgarni - u mnie jest to seria Ostseekrimi, dziejąca się na Rugii, Hiddensee, w Schwerinie, a w pojedynczych przypadkach nawet w samym Greifswaldzie. To w tę mniej więcej tradycję wpisuje się serial "Tatort". Tytuł ten znaczy "miejsce zbrodni" i już sam w sobie zdradza tę regionalność: otóż serial, produkowanych przez regionalne oddziały niemieckiej telewizji publicznej, przenosi się z tygodnia na tydzień do innego miasta-miejsca zbrodni.

Oczywiście nie omieszkałam i ja przeprowadzić wywiadu na temat tego serialu wśród moich niemieckich znajomych. Dowiedziałam się, że właściwie każdy z nich, nawet jak nie ogląda "Tatort" obecnie, to na jakimś etapie swojego życia oglądał i nadal lepiej lub gorzej orientuje się w aktualnym rozwoju serialu. Jeden z nich stwierdził na przykład, że oglądał jak był młodszy i mieszkał jeszcze z rodzicami, bo według niego to rozrywka rodzinna. Ewentualnie dostarcza jeszcze tematów do rozmowy następnego dnia po emisji w szkole czy w pracy, albo komentarzy na temat aktualnych spraw. Do oglądania jak zwykły serial zaś, według niego, się nie nadaje, bo ze względu na specyficzną konstrukcję serialu - o której piszę więcej na moim drugim blogu - ciężko jest śledzić losy poszczególnych bohaterów.

O sile tradycji dodatkowo świadczy fakt, że nawet jeżeli ktoś woli spędzać niedzielny wieczór w towarzystwie, a nie w domu przed telewizorem, może wybrać się na publiczny pokaz serialu, co oferują lokale w wielu miejscach. Korzystają z nich też ludzie nieposiadający telewizorów, którzy mimo to nie chcą łamać tradycji.