piątek, 21 stycznia 2011

Oaza spokoju


Każdy prawdziwy i oddany fan jedynego w swoim rodzaju serialu "Black Books" kojarzy na pewno pojawiającą się w pierwszym odcinku książeczkę "The Little Book of Calm". Mimo to - przypomnę (wszak jeżeli chodzi o "Black Books", każdy pretekst jest dobry, żeby obejrzeć całość bądź fragmenty tego serialu):



Być może niektórych Czytaczy to zdziwi, ale nieoceniona ta książeczka, źródło błyskotliwych złotych myśli i rad mogących uczynić lepszym, a przede wszystkim bardziej pełnym spokoju, życie każdego z nas, istnieje w realu. Co więcej, Moja Sista weszła ostatnio w jej posiadanie drogą kupna. Spieszę więc zapewnić Czytaczy, że rzeczywistość odpowiada sztuce, a złote myśli w istocie powalają i zmieniają diametralnie pogląd na życie, wszechświat i całą resztę. Jako i musiały zmienić to wszystko twórcom "Black Books", tak że po prostu musieli oni dać temu wyraz i podzielić się tym faktem z bliźnimi w swoim serialu. Oto kilka przykładów, wybranych przypadkowo:

wtorek, 18 stycznia 2011

Nauka dobrych manier


Brytyjczycy to również naród słynący z dobrych manier. Co więcej, nie ustają w ich polepszaniu: na przykład w środkach komunikacji publicznej można znaleźć plakaty nawołujące do zachowań mających ograniczyć uprzykrzanie życia współpasażerom.

środa, 12 stycznia 2011

niedziela, 9 stycznia 2011

Mind your step, część 2

Przedstawione w poprzedniej dygresji zestawienie ostrzeżeń oczywiście nie byłoby kompletne bez tego najsławniejszego:

piątek, 7 stycznia 2011

Mind your step


Brytyjczycy to naród plasujący się tuż za Szwedami w swej paranoiczności. Szczególnym przerażeniem napawa ich groźba pożarów, ale z obserwacji poczynionych przeze mnie podczas ostatniej bytności w ich kraju wynika, że problem stanowi również najzwyklejsze przemieszczanie się z miejsca na miejsce - i to nie tylko, jak w przypadku powyższego plakatu, po zażyciu środków na ogół takie przemieszczanie się utrudniających.









Patrząc na to z innej strony, znaki te można też odczytać jako ilustracje jakiejś skomplikowanej choreografii...

środa, 5 stycznia 2011

Szwedzka rachuba czasu

Początek roku skłania do refleksji nad przemijaniem i czasem. W sam raz pora na napisanie paru słów na temat tego, jak Szwedzi liczą czas. Otóż liczą go w tygodniach. Kiedyś zastanawiałam się, po co w różnych kalendarzach, obok nazw miesięcy i dni tygodnia oraz numerów dni (i imienin! W polskich kalendarzach przede wszystkim imienin!), drukowane są numery kolejnych tygodni. Teraz już wiem: to dla Szwedów. Gdy na przykład w Szwecji zapisuje się na kurs czegokolwiek, dostaje się informację, że rozpocznie się on nie w jakimś konkretnym dniu, ale na przykład w tygodniu czwartym. A ferie zimowe (zwane z jakiegoś powodu sportowymi), wypadną w tygodniu dziewiątym (w Sztokholmie). Również spotkania służbowe i wyjazdy, i właściwie wszystko inne, można planować na tydzień numer taki-i-taki.

Oczywiście nikt nie zna numerów tygodni na pamięć, dlatego operowanie nimi wymaga noszenia przy sobie kalendarza - i kosmiczny naród to robi. Są tacy (nie-Szwedzi), według których wypełniony adnotacjami, zobowiązaniami i planami kalendarz jest w Szwecji oznaką społecznego statusu.

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Narnia na Regent Street


W długie grudniowe noce ulice Londynu rozświetlają świąteczne dekoracje. Na Regent Street połączono je z promocją kolejnej z ekranizacji "Opowieści z Narni" C. S. Lewisa: tematem dekoracji bożonarodzeniowych są narnijskie postaci.






Natomiast jeżeli chodzi o sam film, na cześć którego wywieszono te dekoracje, miłosiernie spuszczę tu na niego zasłonę milczenia, bo po co się denerwować...