piątek, 29 czerwca 2012

Zachowania pasywno-agresywne



Szwedzka agresja sąsiedzka. Adresowana jest do właścicieli powyższego samochodu, a wyraża się zamieszczeniem za wycieraczką notatki następującej treści:
 

"Drogi idioto! My, mieszkańcy tej ulicy, zaczynamy tracić cierpliwość do twoich niesamowicie złych umiejętności parkowania. Nie możesz, do diabła*, parkować metr od krawędzi ulicy. I bez tego jest tu ciasno i dojazd jest ograniczony. Gorąco polecamy szkołę jazdy Finntorp, zaledwie kilkaset metrów stąd, dla dobra twojego i innych uczestników ruchu!"

* Najgorsze szwedzkie przekleństwa, protestanckim zwyczajem, odnoszą się do piekła i diabła.

niedziela, 24 czerwca 2012

BER


W Berlinie działają obecnie dwa lotniska: Schönefeld i Tegel. Oba obsługują już znacznie większą liczbę samolotów i pasażerów niż przewidywali ich projektanci. Podjęto więc rozsądną decyzję budowy nowego, dużego lotniska, które zastąpi dwa stare. Nazywa się ono Berlin Brandenburg i według pierwotnego planu miało być oddane do użytku w 2010 roku. Niestety, nie zdążono na ten termin i kolejny wyznaczono na jesień zeszłego roku. Gdy ja pierwszy raz usłyszałam o tym lotnisku, planowaną datą otwarcia był już natomiast początek czerwca 2012.

Wiosną kupowałam bilety lotnicze na koniec sierpnia. Do tego czasu lotnisko Berlin Brandenburg miało już dawno funkcjonować, więc nic dziwnego, że miejsce docelowe oznaczone było kodem nowego lotniska - BER. Parę tygodni po dokonaniu zakupu dostałam jednak mejla od linii lotniczej, że ze względu na niejasną sytuację berlińskiego lotniska szczegóły lotu mogą ulec zmianie. I rzeczywiście, nie minęło wiele czasu, jak podano oficjalną informację, że otwarcie lotniska zostaje przesunięte na... 17 marca 2013. Oficjalnym powodem są usterki systemu przeciwpożarowego (ach, to BHP!), ale jaka jest prawda, trudno powiedzieć. No nic, zamiast na błyszczącym nowością lotnisku przyjdzie mi lądować na Schönefeldzie.

Co ciekawe, gdy trzy tygodnie temu - a więc już po podaniu do wiadomości oficjalnej decyzji - zdarzyło mi się znowu kupować bilety, od innej linii lotniczej, miejscem wylotu nadal był BER. Dopiero parę dni po zakupie uściślono, że samolot wystartuje jednak z Tegla. Tym razem nawet się cieszę, bo nigdy tam nie byłam, a to już ostatnia okazja go zwiedzić, ponieważ pod koniec roku mają go zamknąć. To zamknięcie zaplanowano już dawno temu, kiedy jeszcze wszystko wskazywało na to, że do tego czasu olbrzymia większość lotów do i z Berlina będzie się odbywała przez nowe lotnisko. Co stanie się w nowej sytuacji, gdy na obsługę całego Berlina zostanie już tylko i tak przepełniony Schönefeld - no cóż, zobaczymy.

Tymczasem wczoraj radio podało, że coraz bardziej możliwe się wydaje, że otwarcie lotniska przesunie się jeszcze dalej w przyszłość. Na dodatek budowa okaże się dużo droższa, niż pierwotnie zakładano. Niemcy, co się z wami dzieje??

czwartek, 21 czerwca 2012

Geologia


Nie wiem, o co chodzi, ale wizja płyt tektonicznych ścierających się gdzieś w okolicach greifswaldzkiego dworca działa na moją wyobraźnię.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Letnia refleksja

Patrząc jak piękny, ciepły i słoneczny dzień zamienia się w burzę z piorunami, oberwaniem chmury i gradem oraz sprawdzając prognozę na następne dni, przypomniałam sobie swoją niegdysiejszą refleksję, że lato w północnej, nadmorskiej Europie jest jak promocja w supermarkecie. Trzeba je chwytać póki trwa, bo może się skończyć w każdej chwili i już nie powtórzyć.

piątek, 15 czerwca 2012

Samotność

Nie znam się na piłce nożnej i znać się nie zamierzam. Dzięki temu jeżeli już z jakiegoś powodu tego typu widowisko zwróci moją uwagę, obserwuję je jako zjawisko społeczno-antropologiczne oraz studium zachowań stadnych. Na tej zasadzie poszłam kiedyś na mecz Fiorentiny z Sampdorią - mieszkanie przez parę miesięcy w bezpośrednim sąsiedztwie stadionu Fiorentiny i obserwowanie w co drugą niedzielę tłumów kibiców zmierzających na i ze stadionu obudziło w końcu we mnie i w mojej współlokatorce ciekawość, która kazała nam wybrać się tam którejś niedzieli. Zasiadłyśmy w samym środku sektora o eleganckiej nazwie Curva Fiesole, a więc wśród oddanych kibiców gospodarzy, mogłyśmy więc do woli nasłuchać się zestawu okrzyków i piosenek, a nawet obejrzeć układy choreograficzne. Najbardziej podobał mi się ten, który polegał na tym, że cały stadion zaczynał nagle szybko podskakiwać w miejscu. Mecz zakończył się druzgocącym dla gości wynikiem 5:1, a także wyniesieniem na stadion wielkiej flagi Fiorentiny, na której podskakiwali sobie w najlepsze zawodnicy i działacze, a także rzucaniem w stronę publiczności koszulek, a w niektórych przypadkach nawet spodenek. 

Wczorajsze wydarzenia dały mi natomiast pretekst do refleksji nad kondycją ludzką, a konkretnie nad dotkliwą samotnością jednostki w tłumie. Uosobieniem tej samotności był hiszpański bramkarz, przez większą część meczu pozostający jedyną osobą na swojej połowie boiska. Aż przykro było patrzeć, jak rozpaczliwie próbował znaleźć sobie coś do roboty: poprawiał rękawice, biegał w tę i wewte, podskakiwał, wykonywał gimnastykę, rozciągał mięśnie, znów poprawiał rękawice, machał rękami, jakby chciał zawołać: "Hej, chłopaki, ja też chcę pograć! Ja też chcę być w telewizji!" Sprawiał wrażenie, jakby lada chwila miał wyjąć telefon i zacząć SMS-ować ("Pozdrowienia z Polski. Nudny kraj."), czy też rozłożyć krzesełko i rozpocząć lekturę gazety.

A gdański stadion rzeczywiście jest ładny. Dużo ładniejszy niż ten we Florencji:)



czwartek, 7 czerwca 2012

Freest



Freest to nadmorska wieś na wschód od Greifswaldu, naprzeciwko zachodniego końca wyspy Uznam. Znajduje się tam między innymi całkiem niezła restauracja rybna.


środa, 6 czerwca 2012

Internet, czyli wygrzebane z archiwum 5

Dzisiaj zainstalowano mi w mieszkaniu internet. Pamiętna wszystkich prób, na które wystawiło mnie dotychczasowe życie w Greifswaldzie, spodziewałam się, że na pewno nie zadziała, a przynajmniej nie od razu. Że będę musiała domagać się pomocy technicznej, zawracać głowę znajomym bardziej niż ja znającym się na komputerach, obdzwaniać infolinie, zmienić system operacyjny na Windows i dawać na mszę. I że będzie z tego anegdota na bloga. A tu rozczarowanie - wszystko zadziałało zgodnie z zapowiedziami operatora!

Żeby dostarczyć Czytaczom anegdot na temat instalowania internetu nie pozostaje mi więc nic innego jak sięgnąć do przeszłości i miejsca, w którym załatwianie czegokolwiek zawsze jest materiałem na anegdotę: do Włoch, a konkretnie Florencji. Od razu uprzedzę: z doświadczeń moich, zebranych w ciągu półtora roku mieszkania w tym mieście w dwóch różnych mieszkaniach, jak również doświadczeń moich znajomych, wynika, że internetu tam założyć się nie da. Albo wprowadzasz się do mieszkania, w którym już sieć jest, albo pożegnaj się z myślą już na wstępie. 

Pierwsze mieszkanie, które zajmowałam w tym mieście, dzieliłam z trzema współlokatorkami, z których żadna nie władała miejscowym narzeczem. Co było o tyle utrudnieniem, że sprawę załatwiać należało telefonicznie, poprzez rozmowy z osobami, które, oczywiście, nie władały żadnym innym narzeczem oprócz miejscowego. Próbowałyśmy to obchodzić umawiając się z centrum obsługi klienta (które rzekomo miało działać siedem dni w tygodniu, 24 godziny na dobę, ale tak naprawdę działało tylko w dni powszednie do 20) na telefony o określonej porze i następnie prosząc o pomoc z tłumaczeniem znajomych, którzy włoski znali - rozwiązanie to zawodziło jednak, kiedy centrum obsługi dzwoniło około dwóch godzin po umówionej godzinie. Co było z ich strony powszechną praktyką. Mimo to, udało nam się uzyskać od firmy, z jakichś niewiadomych przyczyn zwącej się Fastwebem, magiczne pudełko, którego główną funkcją było błyskanie zielonymi, psychodelicznymi światełkami (a które kosztowało nas 50 euro). 

Trzy miesiące później odwiedził nas Mój Brader, który, tak się szczęśliwie składa, zna włoski. Wykorzystałyśmy go więc w celu zadzwonienia do centrum obsługi klienta, w którym najpierw przez kwadrans rozmawiał z automatyczną sekretarką, potem pani usiłowała mu wmówić, że osoba o moim nazwisku nie istnieje, a na końcu powiedziała, że nie może sprawdzić, czy nasza linia jest aktywna (pewnie, dlaczego miałaby wiedzieć takie rzeczy...?), ale za pięć minut oddzwoni do nas ktoś, kto nam to powie. Więcej od nich nie usłyszeliśmy. Mimo to, nie poddawaliśmy się: nazajutrz Mój Brader zadzwonił ponownie i dowiedział się, że firma nie dostała jeszcze raportu z Telecomu (państwowego operatora, który musi najpierw aktywować linię telefoniczną, żeby można było zainstalować telefon czy internet od jakiegokolwiek innego operatora), że linia została aktywowana. No bo i dlaczego mieliby go już mieć, skoro technik był u nas dopiero dwa tygodnie wcześniej, a Włochy to duży kraj. Pani jednak zaznaczyła sobie w komputerze, że już technik był i obiecała, że uruchomią linię w tym samym tygodniu. Przygotowałyśmy się więc na jeszcze trochę czekania, bo wiedziałyśmy, że to mogło oznaczać dowolny czas między następnym dniem, a, powiedzmy, następnymi trzema miesiącami.

Rzeczywistość okazała się jednak jeszcze barwniejsza. Po dwóch miesiącach bezskutecznych oczekiwań postanowiłyśmy wykorzystać chłopaka jednego z moich współlokatorek - który akurat ją odwiedził - oraz jego znajomość włoskiego, żeby się dowiedzieć, co jest grane. No i dowiedziałyśmy się. Otóż, okazało się, tego samego dnia, kiedy Mój Brader zadzwonił do call center... anulowano nasza umowę. 

Pozostało nam na pocieszenie błyskające zielonymi światełkami pudełko za 50 euro, z którym bez większych sentymentów pożegnałyśmy się wyprowadzając się z tego mieszkania - nie zdziwiłabym się, gdyby nadal tam było.

Czy to wszystko jednak znaczy, że w ciągu dziesięciu miesięcy, kiedy mieszkałyśmy w tym mieszkaniu, nie miałyśmy internetu? Bynajmniej - podkradałyśmy od sąsiadów, czyli znajdującej się w naszej kamienicy firmy prawniczej, dysponującej bezprzewodowym internetem niezabezpieczonym żadnym hasłem. To samo robili nasi sąsiedzi, a także lokatorzy zajmujący nasze mieszkanie przed nami i ich sąsiedzi. Prawnikom najwyraźniej to nie przeszkadzało.

W drugim mieszkaniu, które zajmowałam - z innym zestawem współlokatorek - w czasie mojego florenckiego dolce vita, internet jako taki od początku właściwie był (a linia telefoniczna, jeżeli wierzyć właścicielce kamienicy, została w niej zainstalowana w czasie wojny przez Niemców. Być może dlatego była to jedyna instalacja, która działała tam dobrze). Chciałyśmy jedynie uzyskać router bezprzewodowy, abyśmy wszystkie mogły z niego korzystać. Jak już go dostarczono, udało nam się z nim połączyć dopiero po tym, jak chłopak współlokatorki się do niego zahakował (instrukcja dostarczona przez operatora przewidywała między innymi użycie płyty, która nie była załączona do zestawu instalacyjnego i jako taka nie była zbyt użyteczna).

To jednakże nie był koniec naszych przejść, wkrótce okazało się bowiem, że internet może i jest bezprzewodowy, ale nie da się z nim połączyć z więcej niż jednego komputera na raz. Sięgnęłyśmy więc do środków ostatecznych: wraz ze współlokatorką udałyśmy się do punktu obsługi klienta. Gdzie dowiedziałyśmy się, że taką po prostu mamy taryfę! Zmienienie taryfy na wyższą (z której, z kolei, mogło korzystać do pięciu komputerów na raz) wymagało uczestnictwa aż trzech pracowników serwisu. Współlokatorka podpisała nową umowę, której nawet nie mogła przeczytać, bo podano jej tylko ostatnią stronę, i nikt nawet nie zwrócił uwagi, że jej nazwisko nie zgadza się z nazwiskiem na umowie. Obsługująca nas pani powiedziała nam jeszcze wprawdzie, że potrzebny nam będzie nowy router, który nadejdzie, wraz z technikiem, w ciągu 10 dni - przygotowałyśmy się więc na długie tygodnie czekania - ale niespodziewanie już po kilku dniach zauważyłyśmy nagle, że jednak upgrade'owali nam router bez wymieniania go. To, albo coś się samo poprzestawiało, też bym się nie zdziwiła, w końcu rzecz działa się we Włoszech.

Nawiasem mówiąc, internet, z którego teraz korzystam, dostarcza mi ta sama firma, co przed chwilą opisana. Tym większe jest moje zdziwienie, że tym razem poszło tak (podejrzanie?) łatwo.