czwartek, 27 września 2012

Czego dowiedziałam się na Islandii

1. Przejeżdżając przez bród, należy zwolnić, bo jak się przejeżdża za szybko, można zalać miskę olejową. Przejeżdżanie przez brody to nieodłączny element podróżowania po islandzkim interiorze, bo - jak wspominałam poprzednio - chyba każda tamtejsza droga raz po raz przebiega sobie w najlepsze w poprzek rzeki.


2. Dlatego też jedynym odpowiednim pojazdem do zwiedzania islandzkiego interioru - oprócz rejsowego autobusu o wysokim podwoziu - jest samochód terenowy z napędem na cztery koła. Pewnego razu zaobserwowałyśmy z Moją Sista taki samochód w centrum Reykjavíku, jak przestawiał brzozę. Brzoza chyba bardziej na tym ucierpiała. Oczywiście, wziąć należy pod uwagę wielkość islandzkich brzóz:


3. Islandzkie wypożyczalnie samochodów nie obawiają się zbytnio, że ich samochody mogłyby zostać skradzione. Jak powiedziała pani z wypożyczalni: „Złodzieje i tak daleko nie zajadą!”.


4. Przejeżdżając przez islandzki interior konno, należy wziąć dwa zapasowe konie i regularnie zmieniać. Od razu uprzedzę pytania: nie próbowałam, wiedzę tę przekazał nam audioguide w autobusie relacji Kirkjubæjarklaustur-Landmannalaugar.

5. Na Islandii autobusy rejsowe wyposażone są w audioguide opowiadający - z wielkim zaangażowaniem - o mijanych miejscach i krajobrazach, a po drodze zarządza się 40-60 minutowe postoje, aby pasażerowie mogli podziwiać mijane widoki. Autobusy zwykle jeżdżą raz na dzień, więc kto się spóźni, ma spory problem.


6. Islandzkie nazwy są wprawdzie trudne do wymówienia (ale nie niemożliwe! Zaledwie dwa dni zajęło mi nauczenie się pisowni i wymowy słowa „Eyjafjallajökull”), ale za to jak ciekawie brzmią po przetłumaczeniu: Zatoka Dymów, Lodowiec Wyspowej Góry, Klasztor Kościelnej Farmy, Ludowe Gorące Źródła, Ognisty Kanion czy też... Brzydka Kałuża (poniżej):

 
7. Nazwanie islandzkiego konia kucykiem to wielkie faux pas. Mimo że są dość małe, to jednak konie islandzkie czasem przekraczają wysokość typową dla kucyków, a poza tym kto to widział, żeby wiking jeździł na kucyku!


8. Islandzkie konie są potomkami przywiezionych na wyspę przez pierwszych osadników. Nie wolno przywozić na Islandię żadnych innych koni, a koń islandzki, jak raz wyspę opuści, nie może już na nią wrócić - co islandzcy hodowcy podają jako wygodną wymówkę, dlaczego nie wygrywają w międzynarodowych zawodach: po prostu nie mogą wystawić swoich najlepszych koni!

9. Francuzi lubią zwiedzać islandzki interior.

10. Francuzi nawet w warunkach polowych piją do kolacji czerwone wino ze szklanych kieliszków.

11. Amerykańskie nastolatki są jak hobbici: nawet przy dotkliwym chłodzie nie zakładają skarpet. Chociaż właściwie wiedziałam to już od jakiegoś czasu, ale po raz kolejny miałam okazję potwierdzić tę wiedzę.

12. Owce najczęściej występują trójkami: mama owca i dwójka jagniąt, które urodziła w danym roku (bo najczęściej rodzą się bliźnięta).


13. Ze względu na szczególne warunki hodowli islandzka jagnięcina smakuje inaczej niż jagnięcina w innych częściach świata. Mam na to jednak jedynie słowo przewodnika, ponieważ sama raczej nie jadam jagnięciny, więc nie mam porównania. A zresztą jeżeli chodzi o mięsa, moja zdolność do ich rozróżniania ogranicza się do: kurczak i nie-kurczak.

14. Na Islandii w sierpniu zdarzają się przymrozki oraz opady śniegu.


15. Jednymi z nielicznych owoców, jakie rosną na Islandii, są jagody i borówki. Na inne jest za zimno (chyba że w szklarniach ogrzewanych parą z gorących źródeł. Tam uprawia się nawet banany).

16. Gorące źródła i gejzery (i co za tym idzie również ciepła woda w kranach) śmierdzą.


17. Na Islandii jada się polskie Prince Polo. No dobra, wiedziałam to już od dawna, ale co innego wiedzieć, a co innego zobaczyć na własne oczy!


18. Jednym z najmłodszych lądów na świecie jest położona u wybrzeży Islandii wyspa Surtsey, powstała w wyniku wybuchu podwodnego wulkanu w 1963 roku. Wyspa została natychmiast objęta całkowitą ochroną - tylko nieliczni naukowcy dostają pozwolenie udania się na nią, po uprzednim wysterylizowaniu wwożonych na wyspę rzeczy. Bada się tam bowiem, jak rozwija się od podstaw życie na takim nowo powstałym lądzie.
19. Maskonury nie umieją startować do lotu z płaskiego lądu.

20. Błękitna Laguna to najbardziej przereklamowana i przepłacona atrakcja Islandii. Ale to obowiązkowy punkt programu zwiedzania wyspy, więc odwiedzić trzeba.


21. A pływający w niej piasek wulkaniczny zostawia trwałe ślady na kostiumie kąpielowym. Zupełnie nowym:(

środa, 26 września 2012

Islandzkie zakazy


Tam, gdzie nie wystarczają ostrzeżenia, trzeba posunąć się do zakazów. Na Islandii głównie zakazują chodzenia po różnych miejscach (to zapewne dlatego tak duża część kraju jest niezamieszkana!). A czego poza tym?









Najwięcej miejsca poświęca się natomiast kwestii jeżdżenia po górach. Islandzkie górskie trasy, trudnodostępne i poprzecinane rzekami oraz strumieniami, to nie przelewki!


poniedziałek, 24 września 2012

Islandzkie ostrzeżenia

Nie byłabym sobą gdybym nie wykorzystała pobytu na Islandii między innymi do tego, żeby sprawdzić, jak bardzo Islandczycy wpisują się w nordycki model strachu przed groźnym światem - innymi słowy, poszukiwania klämrisków. Czy naród żyjący u wrót do piekieł mogą przerażać drzwi do windy...? Niestety, budownictwo na Islandii jest raczej niskie i w czasie całego mojego pobytu na wyspie nie zdarzyło mi się ani razu jechać windą, nie mówiąc już o windzie bez wewnętrznych drzwi. Nie znaczy to jednak, że na Islandii nie ostrzegają przed żadnymi niebezpieczeństwami. Mianowicie ostrzegają przed:

- wiatrem wyrywającym drzwi:


- niestabilnymi klifami:


- pyłem wulkanicznym osiadającym na sanitariatach:

 
- rzekami i strumieniami przepływającymi w poprzek dróg:


- silnymi prądami i zapadającym się morzem:


- nieoczekiwanymi falami i niebezpiecznymi strumieniami:


- gorącą parą wydobywającą się z głębi ziemi:


 - lawinami:



- oraz... turystami?


niedziela, 23 września 2012

W Krainie Lodu, część 2


Pod wieloma względami islandzki interior i Reykjavík to dwa zupełnie różne światy, aż dziwne, że znajdują się w tym samym kraju. 


Reykjavík to mimo wszystko miasto - mimo wszystko, bo małe i cały czas trzeba sobie przypominać, że to stolica, bo wygląda raczej jak małe miasteczko w rodzaju Linköping (skojarzenie skandynawskie, bo mimo że to tak daleko, skandynawskie wpływy w architekturze, wzornictwie i planowaniu miejskim są bardzo wyraźne). Tylko wszechobecność ludzi mówiących w językach innych niż islandzki wskazuje, że to jednak „duże” - bo wszystko jest względne - miasto (Reykjavík to jedno z tych miejsc, w których wielu mieszkańców nie mówi w miejscowym języku, bo przywędrowało skądinąd i angielski im wystarcza). Pełne jest hipsterskich lokali i mniej lub bardziej alternatywnych imprez kulturalnych. Poza stolicą zaczyna się dzicz i pustkowie, nawet jeżeli przez pewien czas jeszcze z dość widocznymi znakami cywilizacji w postaci dróg, instalacji elektrycznych, domów, farm i zakładów przemysłowych - ale i to się wkrótce kończy. I krajobrazy: cudowne, wyjątkowe krajobrazy. A także owce. Mnóstwo owiec.


Jednak jeszcze dziwniejsze jest, jak różnych ludzi można spotkać w tych miejscach. Reykjavík zamieszkuje chyba największa w Europie populacja hipsterów na kilometr kwadratowy. Jakby tego było mało, miałam szczęście mieszkać w hostelu będącym jednym z najbardziej hipsterskich miejsc w mieście: hipsterzy obsiadali tam każdą wolną przestrzeń. Przeważają Anglosasi z obydwu stron oceanu i trochę Skandynawów. Nie do końca wiedzą, gdzie się znajdują, nie kojarzą wiele z kultury i historii kraju (jak na przykład pewna Japonka zamieszkująca mój hostel, która będąc już od tygodnia na Islandii oświadczyła, że nigdy nie słyszała o czymś takim jak sagi), jeżeli kiedykolwiek wystawią nos poza Reykjavík to ze zorganizowaną wycieczką i raczej tylko po to, żeby zobaczyć Złoty Krąg. Ogółem traktują pobyt w Reykjavíku jako jedną wielką imprezę lub poszukiwanie siebie - cokolwiek to znaczy. 



Pewnego wieczoru wybrałam się na spacer i spotkałam na głównej ulicy miasta: hobbita, Harry’ego Pottera i Jezusa. Hobbit był na boso - mimo panujących 10˚C - i na takim etapie zabawy, że z trudem przychodziło mu iść po linii prostej, a Harry próbował rzucić zaklęcie wingardium leviosa, ale niestety zorientował się, że nie ma różdżki. A w moim hostelu mieszkał między innymi człowiek, który wyglądał jak Viggo Mortensen w dziwacznej blond peruce.





Poza stolicą zmienia się nawet skład etniczny podróżników: zaczynają przeważać kontynentalni Europejczycy - Niemcy, Włosi, Francuzi (tabuny Francuzów!), fani outdoorowej aktywności i długich wędrówek po przyrodzie. Ubrani są w odpowiednie do swojej pasji kurtki, polary, spodnie, buty trekkingowe i sportową bieliznę, niestraszny im mróz i wiatr, gotowi są w temperaturze bliskiej zera biec w kostiumie kąpielowym ze schroniska-chaty do gorącego źródełka. Z drugiej strony, udało nam się też spotkać na górskim szlaku w okolicach Landmannalaugar dwie Chinki ubrane w: lekkie, ale modne sweterki, spodnie-legginsy, futrzaną czapkę i buty na platformach oraz wysokim obcasie. Jaki proces myślowy stał za tym fenomenem - nie mam pojęcia. Może więc i dobrze, że hipsterzy na ogół trzymają się jednak miasta.


sobota, 22 września 2012

W Krainie Lodu

W zeszłym miesiącu wybrałam się na Islandię. Było to moim marzeniem już od tak dawna, że prawie nie chciałam, żeby się spełniło - bo po spełnionym marzeniu pozostaje zawsze pewna pustka. I sama nie wiem, dlaczego tyle czasu zajęło, zanim zebrałam się w sobie, żeby coś o pobycie na wyspie napisać. Natłok wrażeń, natłok refleksji, natłok zdjęć, które stamtąd przywiozłam (ponad osiemset), czy wreszcie natłok rzeczy do zrobienia zaraz po przyjeździe…? 


To dziwny, dziwny kraj. Wypluty z dna oceanu kawałek lawy - wciąż wypluwany w zasadzie, w miarę oddalania się od siebie z prędkością 2 cm na rok płyt kontynentalnych - na którym ludzie wiodą życie niczym na beczce prochu, na krawędzi krateru, na wielkiej szparze w ziemi, w izolacji właściwie od wszystkiego. Którego ogromna większość jest nie tylko niezamieszkana, ale też prawie że nietknięta przez ludzką cywilizację i w ogóle niedostępna przez większą część roku. Nie sądziłam, że w XXI-wiecznej Europie są jeszcze takie kraje.


Choć Islandia ma fascynującą historię, jej zwiedzanie wymaga dużej wyobraźni - jak to stwierdziła Moja Sista, spacerując wokół kościoła w miejscowości Skálholt, która kiedyś była siedzibą pierwszego biskupstwa na wyspie i ważnym ośrodkiem religijnym, politycznym i kulturalnym. Ale tu, jak chyba wszędzie na Islandii, właściwie nic z czasów osadnictwa, sag czy w ogóle średniowiecza nie zachowało się do naszych czasów. Katedra w Skálholcie zawaliła się w czasie trzęsienia ziemi w XVIII wieku - dzisiejszy kościół pochodzi z połowy XX wieku, a sam Skálholt liczy sobie ledwo koło dwustu mieszkańców. Spod kościoła rozciąga się widok wprost na Heklę - wulkan, który w średniowieczu uznawany był za wrota do piekieł: wyspa co rusz przypomina swoim mieszkańcom, jak nietrwałe są ludzkie dzieła. Szczególnie budowane z drewna i torfu.


Islandczycy nie chwalą się więc tym, czym reszta Europejczyków - kościołami, zamkami czy pałacami (dwóch ostatnich zresztą w ogóle nie mają ani nigdy nie mieli). Ich zabytkami są rękopisy sag, ksiąg historycznych czy kodeksów praw - spisywane po islandzku, gdy na reszcie kontynentu niepodzielnie królowała jeszcze łacina (kilka z nich można zobaczyć na ekspozycji w Reykjavíku - w sąsiedniej sali wystawiono też m.in. notkę o Tolkienie czy zeszyt komiksu "Thor" Marvela). Ich współczesnym dorobkiem jest zaś podbijająca cały świat muzyka.


Choćby zresztą były tu najpiękniejsze budowle i dzieła sztuki, choćby przetrwały nienaruszone z czasów, gdy pierwszy Europejczyk postanowił osiedlić się na wyspie, i tak bledłyby w porównaniu z otaczającymi je krajobrazami. Ryolitowymi górami o fantastycznych kolorach, jęzorami największych w Europie lodowców, wypływającymi spod nich białymi rzekami i mieniącymi się wodospadami, turkusowymi jeziorami, bazaltowymi klifami, oceanem okolonym plażami o czarnych piaskach - a wszystko prawie że nietknięte ludzką stopą, a przynajmniej sprawiające takie wrażenie: jeszcze dzisiaj, w XXI wieku.



 



Zastanawiam się, czy i jak to wszystko - pustkowia, krajobrazy, specyficzna tradycja literacka, szczególna muzyka i osobliwi mieszkańcy (o których następnym razem) - się ze sobą łączy i na siebie wpływa.