poniedziałek, 30 listopada 2009

Szwedzi to też ludzie

Jakiś czas temu rzucił mi się w oczy plakat reklamujący program kabaretowy/standup show zatytułowany "Svenskar är också människor" - Szwedzi to też ludzie. Jak wyczytałam z opisu przedstawienia, komik/pisarz/dziennikarz/językoznawca Fredrik Lindström przedstawia w nim w sposób humorystyczny szwedzką mentalność, ze szczególnym uwzględnieniem ciekawego paradoksu, polegającego na tym, że Szwedzi widzą siebie samych w niezbyt pozytywnym świetle, a jednocześnie uznają Szwecję za najlepszy kraj do życia. Bardzo żałuję, że nie mogłam wybrać się na to przedstawienie, szczególnie że chętnie dowiedziałabym się, czym niby przejawia się to, że Szwedzi mają o sobie samych nienajlepsze mniemanie, sama zauważyłam bowiem coś wręcz przeciwnego.


Przypadkiem jednak w tym samym czasie czytałam książkę zatytułowaną bardzo podobnie "Är svensken människa?" - Czy Szwed to człowiek? (tytuł zapożyczono zresztą z jakiejś starszej publikacji). Autorzy książki, Henrik Berggren i Lars Trädgårdh, postawili sobie za cel przeanalizowanie fundamentalnych zasad, na których opiera się szwedzkie społeczeństwo. W toku tej analizy wyszło im, że naczelną taką zasadą jest niezależność. Podstawowym założeniem szwedzkiego społeczeństwa jest więc według autorów to, żeby nikt od nikogo nie był w żaden sposób zależny. Na tym założeniu opierają się wszystkie społeczne relacje, łącznie z przyjaźnią, miłością, związkiem między partnerami czy rodzicami i dziećmi. Aby coś takiego mogło zadziałać w praktyce, konieczna była w pierwszej kolejności daleko posunięta emancypacja niższych warstw społecznych (szwedzki chłop, na przykład, zawsze cieszył się dużo większą wolnością niż jego odpowiednik dalej na południe), kobiet i dzieci, a następnie rozwinięty system pomocy finansowej od państwa. Szwed, według panów Berggrena i Trädgårdha, pozostaje w bezpośredniej relacji z państwem, w której to relacji nie pośredniczą, jak w innych społeczeństwach, rodzina, Kościół czy inne instytucje (autorzy porównują też trzy modele państwa dobrobytu: niemiecki, amerykański i szwedzki; w każdym z nich wyrysowują trójkąt jednostka-rodzina-państwo: w Szwecji jednostka jednoczy się z państwem przeciw rodzinie, w Niemczech państwo z rodziną przeciw jednostce, a w USA jednostka z rodziną przeciw państwu).

Na tym jednak rozumowanie się nie kończy. Jeżeli bowiem państwo miałoby wspierać finansowo potrzebujących, byłoby to upokarzające i stygmatyzujące dla jednostek korzystających z tego wsparcia, a to z kolei przeczyłoby kolejnej podstawowej zasadzie szwedzkiego społeczeństwa, zasadzie równości. Dlatego też wszyscy dostają po równo, niezależnie od potrzeb. I tak oto otrzymujemy szwedzki model państwa opiekuńczego. Od siebie dodam, że sama nazwa "państwo opiekuńcze" kojarzy mi się z nietraktowaniem obywateli jako poważnych, dojrzałych ludzi i w związku z tym dobrze mi do tego modelu pasuje.

A swoją drogą to ciekawe, że, jak wynika z podanych tu tytułów, Szwedzi tak często poddają w wątpliwość własną przynależność do gatunku homo sapiens...

Źródło zdjęcia:
http://www.artist1.se/shower/svenskar_ar_ocksa_manniskor.htm


sobota, 28 listopada 2009

Potęga mojej osobowości

Rozmawiałam niedawno z pewnym post-dokiem, który zajmuje obecnie biuro, w którym ja pracowałam w zeszłym semestrze. Wraz z biurem odziedziczył po mnie całe jego wyposażenie, między innymi komputer. Gdy się poznaliśmy i zorientował się, skąd pochodzę, jedną z pierwszych rzeczy, które od niego usłyszałam, było: "A, to dlatego wszystko w moim komputerze jest po polsku!" Co więcej, w administracji powiedziano mu podobno, że aby zmienić język na jakiś bardziej międzynarodowy, trzeba by przeinstalować cały system.

Przyznam, że wprawiło mnie to w konsternację. Bo daję słowo, że gdy ja na tym komputerze pracowałam, jedynym programem, który był tam po polsku, był Firefox, którego zresztą sama zainstalowałam. Niczego więcej nie ruszałam. Nie mówiąc już o przeinstalowywaniu systemu (logika mi podpowiada, że skoro w celu zlikwidowania obecnych ustawień komputera potrzebne jest przeinstalowanie, to do ich wprowadzenia wymagany był analogiczny proces. Choć może popełniam tu podstawowy błąd próbując zaaplikować logikę do czegoś takiego jak komputery, jakby doświadczenie nie podpowiadało mi, że jest to bezcelowe i z góry skazane na niepowodzenie): wydaje mi się, że do czegoś takiego potrzebne są uprawnienia administratora, odpowiednie umiejętności oraz chęć. Żadnej z tych rzeczy nie posiadam ani też nie posiadałam w zeszłym semestrze. Wszystko to razem wydało mi się wysoce podejrzane.

A potem, stosując metodę Sherlocka Holmesa (po odrzuceniu wszystkich rozwiązań, które są niemożliwe, pozostaje to, które musi być prawdziwe. A może to był Poirot...?), wpadłam na jedyne możliwe rozwiązanie: to po prostu niesamowita potęga mojej osobowości! Mając mnie przed sobą kilka godzin dziennie przez kilka miesięcy, komputer zaczął odbierać moje fale mózgowe i sam dostroił się do języka moich myśli! Teraz widzę, że to oczywiste i zastanawiam się, dlaczego wcześniej na to nie wpadłam.

Jeszcze trochę poćwiczę i może uda mi się nawet zostać rycerzem Jedi.

środa, 25 listopada 2009

Podręcznik do komunikowania się z istotami nadnaturalnymi

Pokontynuuję jeszcze tematy cokolwiek królewskie, bo znalazłam dzisiaj pewną ciekawostkę. Mianowicie, królowa Sylwia wydała właśnie modlitewnik. Nie jest to może jakaś specjalna nowość, królowie, królowe i książęta często w dawnych czasach mieli własne modlitewniki. A jednak informacja o tym wprawiła mnie w pewne zdziwienie, jak za każdym razem, gdy natykam się w tym, chyba najbardziej zeświecczonym kraju świata, na przejawy tego, że stare, religijne tradycje są nadal obecne, mimo wszystko wryte w głębokie warstwy świadomości - zbyt głębokie, żeby je było widać na pierwszy, a nawet drugi czy trzeci, rzut oka. Dysonans poznawczy? Z drugiej strony wyczytałam też w internecie komentarze nazywające tę książkę "podręcznikiem z magicznymi formułami do telepatycznego komunikowania się z istotami nadnaturalnymi", co pozwoliło mi załagodzić nieco dysonans i powrócić do mojej wizji Szwecji:)


"Modlitewnik Królowej Sylwii" zawiera około 100 modlitw, zarówno tradycyjnych (np. "Ojcze nasz" w dwunastu językach), jak i nowych, m.in. jedną autorstwa samej królowej, którą napisała w wieku 11 lat (Tęcza / stoi na Ziemi / jak most / do nieboskłonu. / Tęcza / powstaje / gdy wspaniałe słońce / rozbija się w deszcz.), albo "modlitwę dziennikarza", jak nazwała ją jej autorka, pisarka i dziennikarka Ami Lönnroth (zaczyna się słowami: Boże, nie wiem, czy istniejesz. Wątpliwość jest wszak sprawą honorową w moim zawodzie.) Dobór modlitw obraca się wokół tematu starości, dzieci oraz "odpowiedzialności człowieka za stworzenie", jak to ujęto w pewnym artykule - innymi słowy, ekologii. Wszystko to jest uzupełnione zdjęciami natury autorstwa króla.

Źródło zdjęcia: http://www.stockholmsstift.se

poniedziałek, 23 listopada 2009

Po królewsku


Miałam w zeszłym tygodniu okazję obserwować zmianę wart przed Pałacem Królewskim, co mnie zainspirowało do napisania paru słów na temat szwedzkiej rodziny królewskiej. To będzie dygresja edukacyjna:)

Zacznijmy od tego, że Szwedzi, z ich obsesją na temat równości, są ostatnim narodem, którego można by podejrzewać o zachowanie monarchii. A jednak nadal większość społeczeństwa ją popiera. Choć nie brak i słów krytycznych - na przykład ze strony mojej byłej szefowej, która stwierdziła kiedyś, że monarchia to przeżytek, szczególnie, że co to w ogóle jest za rodzina królewska, ledwo 200 lat na tronie i to wywodzi się od jakiegoś żołnierzyka (założyciel dynastii Bernadotte, Jean Baptiste, był synem prawnika i marszałkiem w napoleońskiej armii - objęcie szwedzkiego tronu zaproponowano mu, ponieważ był wakat, a Francja akurat w tamtym momencie wygrywała. Jean Baptiste skwapliwie skorzystał, a gdy Napoleon zaczął przegrywać, nie zawahał się przejść na drugą stronę, dzięki czemu Szwecja wyszła z wojen napoleońskich zwycięsko i w nagrodę otrzymała Norwegię). Gdyby to była poważna rodzina królewska, jak na przykład duńska*, to by było co innego.

Król nie ma zbyt wiele do powiedzenia w sprawie polityki, jego funkcje ograniczają się do czysto reprezentacyjnych. Obecnie tron zajmuje Karol XVI Gustaw, który wyglądem przypomina nieco podstarzałego wujka i który nie cieszy się jakimś szczególnym poważaniem narodu. Jest on też 190. (czy coś koło tego) w kolejce do brytyjskiego tronu. Szesnasty numer przy jego imieniu wynika z tego, ze w XVII wieku (mniej więcej w tym samym czasie, gdy w Polsce szerzył się sarmatyzm) dorobiono szwedzkim królom mitycznych przodków, tak naprawdę znanych jest tylko dziewięciu poprzednich Karolów na szwedzkim tronie. Poza tym ma dysleksję i w związku z tym problemy z napisaniem poprawnie nawet własnego imienia, kilka razy robił błędy podpisując ważne dokumenty, na przykład przy okazji swojego wstąpienia na tron. Królowa Sylwia, pół-Niemka, pół-Brazylijka poznała króla pracując jako tłumaczka na Igrzyskach Olimpijskich w Monachium; nie ma królewskiego pochodzenia, przez co para musiała czekać ze ślubem do czasu objęcia przez Karola Gustawa tronu. Królowa, mimo ponad trzydziestu lat w Szwecji, nadal mówi po szwedzku z wyraźnym niemieckim akcentem.

Najstarsza córka i następczyni tronu, Wiktoria księżna Västergötland, kształcona na różnych szwedzkich i światowych uniwersytetach (m.in. Yale), stanowi jeden z ulubionych tematów popularnych gazet, szczególnie po ogłoszeniu zaręczyn ze swoim osobistym trenerem i właścicielem sieci siłowni, niejakim Danielem Westlingiem. Drugie dziecko, Karol Filip książę Värmland, urodził się jako następca tronu, ale mógł się tym zaszczytem cieszyć zaledwie kilka miesięcy, dopóki nie zmieniono prawa na bardziej profeministyczne. Jako jedyny z rodzeństwa jest singlem, kiedyś nawet zdarzyło mi się czytać artykuł wypełniony radami na to, jak go poderwać, zawierający sformułowania w rodzaju "Jeżeli twoim długoterminowym celem jest miejsce na zdjęciu rodzinnym koło królowej Sylwii." Obecnie teoretycznie zajmuje się studiami na uczelni, na której jeszcze do niedawna studiowała Moja Sista, ale podobno zamiast uczęszczać na zajęcia rozbija się swoim porsche. Wyścigi samochodowe to zresztą jego hobby. Podobnie jak, ostatnio, projektowanie sztućców na wesele siostry. Najmłodsza z rodzeństwa, Magdalena księżna Hälsingland i Gästrikland, podobno nie grzeszy bystrością, za to rekompensuje wyglądem.

Z innych ciekawostek, król ma też na przykład siostry, z których dwie wyszły za osoby "z ludu", przez co tytułuje się je Księżniczka Małgorzata, pani Ambler oraz Księżniczka Krystyna, pani Magnuson. Jak zareagują specjaliści od etykiety, tytułowania i heraldyki na precedens w postaci poślubienia takiego właśnie człowieka z ludu przez następczynię tronu, czas pokaże.

* Wprawdzie przedstawiciele linii Schleswig-Holstein-Sonderburg-Glücksburg panują tam dopiero od 1863 roku, ale wywodzą się z dynastii Oldenburgów, która zajmowała duński tron od 1448 roku.

czwartek, 19 listopada 2009

Noc na Södermalm



Zatyczki

Ponieważ mieszkam obok Globen, często idąc z pracy mam okazję wmieszać się w tłumy zmierzające na rozmaite imprezy, koncerty i mecze hokejowe się tam odbywające. Wśród ludzi kręci się wtedy mnóstwo sprzedawców oferujących zatyczki do uszu, mające chronić publiczność przed hałasem generowanym przez imprezy, w których ma zamiar wziąć udział.

Zastanawiam się wtedy: czy nie byłoby łatwiej, praktyczniej i ekonomiczniej dla wszystkich zainteresowanych, gdyby po prostu przykręcić nieco nagłośnienie wewnątrz Globu? Czy to zbyt proste i banalne rozwiązanie...? A może działa tu po prostu jakaś wszechmocna Mafia Sprzedawców Zatyczek?

sobota, 14 listopada 2009

Praca w soboty

Są takie momenty w mojej pracy, kiedy dopada mnie panika związana ze zbliżającym się deadline'em i/lub rozczarowanie własną bezproduktywnością. Wtedy zdarza mi się przyjść do pracy w sobotę.

Widok biurowca w sobotę nie przywodzi na myśl pozytywnych skojarzeń. Nawet mimo że moja uczelnia nie ma jakichś szczególnie złowrogich, starych budynków. Wejście jest zamknięte, trzeba je sforsować za pomocą karty magnetycznej i kodu. Stołówki i bary pozamykane; światła powyłączane, palą się tylko pojedyncze świetlówki, oznaczenia wyjść ewakuacyjnych oraz diody drukarek i kopiarek, które przeszły w tryb uśpienia - jedną z nich będę musiała obudzić. Atmosferę pogłębia jeszcze to, co za oknem: sztokholmski listopad, ciężkie, szare chmury, deszcz i zmrok zapadający już po trzeciej. Moje biuro jest na samym końcu długiego i wąskiego korytarza. I ani żywej duszy, jestem jedyną osobą na piętrze, jeżeli nie w ogóle w całym budynku. Zaczynam nerwowo reagować na wszelkie odgłosy.

W takich chwilach człowiek zaczyna żałować, że tyle się w życiu filmów naoglądał. Na czele z tym ostatnim, obejrzanym wczoraj za namową Sista, ukazującym Szwecję taką, że nic, tylko się spakować i wyjechać póki człowieka jakimś cudem jeszcze nic strasznego nie spotkało, i to najlepiej od razu na antypody.

Ech, nie opłaca się przychodzić do pracy w soboty...

poniedziałek, 9 listopada 2009

Jaka piękna katastrofa!

Nie tylko Polacy lubują się w celebrowaniu narodowych porażek. Szwedzi swoją popisową, spektakularną porażkę z wielkim nakładem pracy i kosztów wydobyli z dna morza, przez trzydzieści lat pucowali, rekonstruowali i konserwowali, następnie obudowali muzeum i od dwudziestu lat z dumą pokazują turystom.


Porażkę wybudowano w roku 1628 w stoczni na Skeppsholmen (dziś Blasieholmen) w Sztokholmie, ozdobiono ponad 900 barwnie malowanymi rzeźbami, wyposażono w 64 działa różnej wielkości oraz dziesięć żagli o powierzchni prawie 1300 m² i nazwano "Vasa". Tak wyposażona wyruszyć miała ona na morza Europy, aby wspomagać szwedzkiego króla Gustawa Adolfa w wojnie trzydziestoletniej (która na tym etapie była jednakże na razie jeszcze tylko dzięsięcioletnią), a szczególnie w walkach z jego kuzynem Zygmuntem, który wciąż nie mógł się pogodzić z utratą dziedzicznego tronu i bezczelnie nadal tytułował się królem Szwecji.

10 sierpnia 1628 porażka została zwodowana. Mieszkańcy stolicy zgromadzili się tłumnie na licznych okolicznych wyspach, aby obserwować, jak ta imponująca i potężna machina wojenna wypływa ze stoczni, wystrzela salut i rozpoczyna swoją podróż w kierunku Morza Bałtyckiego. Po przepłynięciu nieco ponad kilometra trzy postawione żagle łapią podmuch wiatru, który przechyla okręt na bakburtę - prostuje się, ale balast wewnątrz zdążył już zmienić miejsce. Przy kolejnym podmuchu "Vasa" przechyla się na tyle, że woda sięga otwartych furt działowych, wlewa się do środka i bardzo szybko, zanim jeszcze zdołał na dobre wypłynąć z portu w swoją pierwszą podróż, z wielkim hukiem i trzaskiem, z 900 rzeźbami, 64 działami, 10 żaglami i 50 członkami załogi, okręt idzie na dno.


...gdzie przeleżał 333 lata, do roku 1961, kiedy go wydobyto - a najpierw jeszcze musiano znaleźć, ponieważ jakimś cudem zapomniano, gdzie leży, mimo że zatonął niemalże w środku miasta, przy setkach, jeżeli nie tysiącach świadków, a po katastrofie wydobywano z niego działa i inne elementy wyposażenia. 15 czerwca 1990 otwarto muzeum, w którym można podziwiać wrak wraz z całym historycznym i naukowym kontekstem jego budowy, wydobycia oraz konserwacji. Między innymi znajdują się tam dwa powyższe modele - pierwszy pokazuje, jak "Vasa" miał wyglądać w pełnej krasie, a drugi, jak prawdopodobnie wyglądał dramatyczny moment. Sam okręt wygląda dziś tak:


Schadenfreude...? A pewnie! Porażkę wybudowano wszak na wojnę z Polską. Na ekspozycji przedstawiającej historyczne tło znalazło się nawet miejsce na model bitwy na redzie portu gdańskiego, lepiej znanej jako bitwa pod Oliwą - nieproporcjonalnie zresztą duży w stosunku do wagi samej bitwy (to, że ta potyczka ma rangę jednej z najważniejszych, jeżeli nie najważniejszej, bitwy morskiej w historii naszego kraju świadczy tylko o "bogactwie" polskich tradycji morskich...).

środa, 4 listopada 2009

Komiks z Ikei

Najwyraźniej Ikea postanowiła ostatnimi czasy rozszerzyć obszary swojej działalności. Do zakupionego niedawno przeze mnie stołka dołączona była poniższa historyjka:


(Dla rozwiania wszelkich wątpliwości można ją powiększyć klikając w obrazek.)

Przyznam szczerze, że mam pewne problemy z interpretacją tego komiksu i w związku z tym trochę się boję korzystać z mojego nowego mebla, w obawie, żebym nie skończyła z głową w oknie (?), jak pan na ostatnim obrazku... Czytacze, pomóżcie!

wtorek, 3 listopada 2009

Nadesłane przez Czytaczy

Jest mi niezwykle miło, że moje dygresje stają się inspiracją dla Czytaczy do wypatrywania oznak różnorakich klämriskowych tabliczek w dalszych i bliższych zakątkach świata, a nawet dzielenia się ze mną swoimi odkryciami. Oto klämriski wypatrzone przez Czytaczkę Monikę w Les Houches, w Alpach:





Teraz natomiast nastąpi wiekopomna chwila, w której blog ten przekroczy granice Europy! Poniższą tabliczkę sfotografował Czytacz Qba, aka Mój Brader, w Delhi: