sobota, 21 grudnia 2013

Świąteczne jarmarki i pożegnania


 W (prawie) ostatni weekend mojej niemieckiej przygody wybrałam się na ostatnią wycieczkę w okolice: zobaczyć jarmark bożonarodzeniowy w Wismarze. Z moich obserwacji wynika, że północnoniemieckie jarmarki bożonarodzeniowe (z których miałam okazję oglądać, oprócz wismarskiego, również, oczywiście, greifswaldzki), w odróżnieniu do południowoniemieckich (w moich wnikliwych badaniach reprezentowanych przez Norymbergę, Monachium i Würzburg), wyróżniają się dużą ilością pstrokatych karuzel, za to mniejszą - klimatycznych straganów z rękodziełem. Jedyne, co można zaliczyć na ich plus to, że - o czym już wspominałam w zeszłym roku - w nawiązaniu do szwedzkiej karty w historii Pomorza można na nich, obok Glühweinu, dostać również szwedzki glögg.



I to by było na tyle, jeżeli chodzi o greifswaldzki rozdział mojego życia. W przyszłości zdarzą się jeszcze zapewne tam odwiedziny, ale poza tym - czas przyzwyczaić się z powrotem do mieszkania w mieście, w którym nie wszędzie da się dojść na piechotę.

wtorek, 8 października 2013

Nieograniczone możliwości


Tablica odlotów lotniska w Joensuu, miasta uniwersyteckiego i stolicy Północnej Karelii, wywołała naszą wesołość. Tylko jednak do czasu, aż nie zdaliśmy sobie sprawy, że Joensuu przynajmniej, w odróżnieniu od Greifswaldu, ma lotnisko...

Poza tym muszę przyznać, że będąc od dziecka miłośniczką Muminków, byłam wyprawą do Finlandii w pełni usatysfakcjonowana. Jak byli też zapewne usatysfakcjonowani producenci najróżniejszych muminkowych gadżetów, których zakupiłam dużo więcej, niż nakazuje rozsądek (dwa kubki, magnes, dwa ręczniki, podkładkę pod kubek, zeszyt i kalendarz z pięknymi rysunkami Tove Jansson oraz "Zimę Muminków" w oryginale). A na widok hatifnatów stojących przed sklepem muminkowym na helsińskim lotnisku zdjęła mnie zazdrość: chciałabym mieć coś takiego jako wieszak w przedpokoju!



sobota, 28 września 2013

Cuda świata 2


Innym z "Cudów świata" z książki, o której kiedyś wspominałam był bawarski zamek Neuschwanstein, prawdziwy wzór bajkowego pałacu - posłużył na przykład za pierwowzór pałacu w Disneylandzie i logo studia Disneya. Chcąc poobcować trochę z kulturą nieco wyższą, wykorzystałam pobyt w Bawarii nie tylko do uczestnictwa w ludowych festiwalach, ale również do odwiedzenia Neuschwanstein.


Jest to dość dziwaczne połączenie bogactwa i fantazji, posuniętej do pewnego oderwania od rzeczywistości. Spotkały się one w królu bawarskim, Ludwiku II (wnuku tego Ludwika i Teresy, na cześć których wesela wyprawiono pierwszy Oktoberfest), zwanym też Bajkowym Królem. Jego zamek - jeden z kilku bajkowych pałaców, które zbudował lub miał w planach - zwiedzałam z pewną dozą współczucia dla człowieka, który najwyraźniej tęsknił za rzeczywistością inną, barwniejszą i intensywniejszą, do świata mitów, legend i oper Wagnera. Ale jednak tylko pewną, bo przy tym wszystkim, jak to mówią, na biednego nie padło. I choć Ludwik pogrążył się przez swoje plany budowlane w długach, Neuschwanstein nigdy nie dokończył i mieszkał w nim zaledwie nieco ponad 170 dni - zanim nie został stamtąd przymusem usunięty przez własny rząd, który uznał go za niepoczytalnego, pozbawił władzy i polecił wywieźć do zamku Berg, gdzie władca wkrótce potem w niejasnych okolicznościach zginął - to, co po sobie zostawił jest naprawdę spektakularne.


Niestety nie mam żadnych zdjęć wnętrz, ponieważ nie można w nich fotografować. Mogę więc jedynie zapewnić, że również one robią wrażenie.


czwartek, 26 września 2013

Badania antropologiczne


Nie należę do osób, które lubią wielkie i hałaśliwe spędy ludzi. Wczuć się w emocje tłumu, dać się spontanicznie porwać zabawie - są to rzeczy, których ani nie rozumiem, ani do których nie jestem zdolna, nawet jakbym próbowała. Nigdy nie wchłonął mnie, jak śpiewa Lubomski, radosny tłum. A jednak czasem zdarza mi się wybrać a to na jakiś festiwal, a to na mecz. Z czystej ciekawości i dla możliwości prowadzenia antropologicznych obserwacji. Tak też właśnie w miniony weekend znalazłam się w Monachium na Oktoberfeście.


Jak sama nazwa wskazuje, Oktoberfest oryginalnie odbywał się w październiku, po raz pierwszy w roku 1810 dla uczczenia ślubu bawarskiego księcia Ludwika z księżniczką Therese von Sachsen-Hildburghausen. Jednak z czasem przeniesiono go na wrzesień ze względu na lepszą pogodę. Trwa on przez kilka tygodni, głównie na tak zwanych - na pamiątkę księżniczki-panny młodej - Błoniach Teresy, Theresienwiese, popularnie nazywanych Wiesn (dialekt bawarski wyróżnia się tym, że bierze zwykłe niemieckie słowa, po czym z ich drugiej połowy wyrzuca wszystkie samogłoski, aż powstaje coś, czego nie da się ani wymówić, ani zrozumieć). Tam właśnie sześć monachijskich browarów spełniających normy piętnastowiecznego Bawarskiego Prawa Czystości rozstawia swoje namioty, w których serwowane jest (głównie) piwo i gra muzyka na żywo (i to, o dziwo, niekoniecznie bawarska muzyka ludowa, a popularne przeboje muzyki rozrywkowej, od Abby po The White Stripes (!)). Dookoła namiotów rozciąga się wielkie wesołe miasteczko - swoją drogą, połączenie nieprzebranych ilości piwa i różnego rodzaju karuzel, kolejek górskich i tym podobnych atrakcji wydaje się zaprojektowane specjalnie po to, żeby wywoływać wymioty, ale co ja tam wiem, jak tradycja, to tradycja!


Ale święto trwa nie tylko na Wiesn. Całe Monachium w tym czasie pełne jest ludzi w tradycyjnych ludowych strojach: mężczyzn w lederhosen, kobiet w dirndlach, a czasem kobiet w lederhosen i mężczyzn w dirndlach. Stroje te dostępne są w różnych krojach, materiałach, rozmiarach i przedziałach cenowych - od kilkudziesięciu do kilku tysięcy euro (można je na przykład kupić zaraz po przyjeździe do Monachium, jeszcze na dworcu, jak widać na poniższym zdjęciu). Niektórzy turyści, nie chcąc inwestować w pełny strój, wybierają tylko jakiś element; widziałam też T-shirty z nadrukiem udającym lederhosen, ale, jak łatwo się domyślić, w prawdziwych monachijczykach taki strój wzbudza dezaprobatę. W tłumie udało mi się także wypatrzeć kilku Szkotów w kiltach i kobiet w jakichś niebawarskich strojach ludowych, co skłoniło mnie do refleksji, że może ciekawiej by było, gdyby goście Oktoberfestu z różnych części świata ubierali się w stroje ludowe swoich ojczystych regionów? Mnie wówczas wypadłoby wystąpić w stroju kaszubskim.


Że jednak takiego nie posiadam, wypadło mi przywdziać dirndl. Wprawdzie dirndla też nie posiadam, ale na szczęście został mi on pożyczony przez koleżankę Mojej Sista, która, jako prawdziwa Bawarka, ma ich kilka. Tak odziana mogłam się udać na Wiesn, do namiotu Löwenbräu i wypić moją miarę piwa (Maß, czyli nieco ponad 1 litr). Oraz, oczywiście, prowadzić obserwacje. Oto, co zaobserwowałam: kelnerki będące w stanie nieść kilkanaście Maß na raz (a każda z nich - Maß, nie kelnerek, rzecz jasna - waży ponad 2 kg, licząc kufel wraz z zawartością), domaganie się konkretnych piosenek przez ludność zgromadzoną w namiocie poprzez skandowanie ich tytułów w kierunku orkiestry, wykrzykiwanie tychże piosenek, gdy już zostaną zagrane, tańce na ławach i stołach w ich rytm, zwiększanie się intensywności wyrażanych emocji i jednocześnie pozbywanie się części garderoby w miarę upływu wieczoru, puste kufle porozstawiane - czy też raczej porzucone - wszędzie, łącznie z powierzchnią bankomatu (swoją drogą, bankomat wewnątrz namiotu to sprytny pomysł: nie można wszak dopuścić do tego, żeby tak błahy powód jak brak gotówki zatrzymał konsumpcję!), awanturującego się gościa, do którego wyprowadzenia z namiotu nie wystarczyło trzech ochroniarzy, kolejkę do męskiej toalety dłuższą niż do damskiej (ewenement na skalę światową!), dwóch Duńczyków, którzy deklarowali, że planowali przyjazd na Oktoberfest już od pięciu lat i że jest to rzecz, którą przynajmniej raz trzeba zrobić, całkiem ładny widok na Monachium ze szczytu tego czegoś:


oraz że wsiadanie, będąc zaawansowanym krótkowidzem, na kolejkę górską, na której trzeba zdjąć okulary, jest stratą pieniędzy.

Owszem, jestem gotowa przyznać, że jedynym sensem Oktoberfestu nie jest, wbrew pozorom, picie piwa. Jednocześnie pozostaje dla mnie fascynującym, jak dalece ludzie są w stanie obudować owo picie piwa ideologią, a następnie ogromnym przemysłem turystycznym (nawet jeżeli prawdziwi monachijczycy na turystów kręcą nosem). Ale jest to przynajmniej picie na sposób południowy, na wesoło i towarzysko, w odróżnieniu od niektórych tradycji na przykład w krajach skandynawskich. Tak czy inaczej, moje refleksje z ostatnich obserwacji zachowań stadnych gatunku homo sapiens mogę podsumować w sposób następujący:

wtorek, 17 września 2013

Planeta Greifswald


No dobra, planetoida... Czyżby plan awaryjny, żeby ziemski Greifswald miał się w razie czego gdzie przenieść? Planetoidy są stosunkowo niewielkie, więc akurat się zmieści. Poważna sprawa, a wyglądałaby nawet jeszcze poważniej, gdyby certyfikat nie był wydrukowany fontem Comic Sans.


A certyfikat ten miałam okazję zobaczyć odwiedzając greifswaldzkie obserwatorium astronomiczne. Mieści się ono pod kopułą górującą nad budynkiem zwanym Alte Physik, kiedyś bowiem znajdował się tam Wydział Fizyki. Niestety, od pewnego czasu gmach stoi zamknięty na cztery spusty, używany jedynie przez pracowników obserwatorium - a to dlatego, bo wypełnia go trująca rtęć, a uniwersytet nie ma dość funduszy na to, żeby przeprowadzić fachową renowację budynku połączoną z jej usunięciem. A wielka to szkoda, bo budynek jest zabytkowy i ładny tak na zewnątrz, jak i wewnątrz - o czym mogłam się przekonać gdy kiedyś zdarzyło mi się zajrzeć do jego kilku pomieszczeń i wielkiej sali wykładowej z pięknym drewnianym wyposażeniem. Aż żal patrzeć, jak to wszystko coraz bardziej niszczeje przez nieużywanie i brak opieki. 


Nawiasem mówiąc, Alte Physik widuję codziennie z okna mojego biura, bo pracuję tuż obok, w bardzo podobnym, choć na szczęście pozbawionym trujących substancji budynku.

 
A wracając do wizyty w obserwatorium: miałam przy jej okazji możliwość nie tylko dowiedzieć się o istnieniu planetoidy 10114 Greifswald, ale również popodziwiać prawie dziewięćdziesięcioletnie teleskopy firmy Carl Zeiss z Jeny (widoczne powyżej na bardzo kiepskiej jakości zdjęciu zrobionym przy słabym oświetleniu aparatem w telefonie - zresztą podobnie jak zdjęcie certyfikatu na samym początku), a nawet poobserwować przez jeden z nich powierzchnię Księżyca. How cool is that!

poniedziałek, 9 września 2013

Zderzenie cywilizacji


Większość turystów odwiedzających Bornholm kieruje swoją uwagę ku plażom i rowerom. Ja - ku tamtejszym średniowiecznym kościołom. W czterech miejscach na wyspie wznoszą się białe rundkirker, czyli okrągłe kościoły. We wnętrzu wspartym pośrodku na pokrytej dziwacznymi i trochę komicznymi freskami o tematyce biblijnej kolumnie wierni zbierali się - i nadal zbierają - na nabożeństwa. Ale okrągłe bornholmskie kościoły były nie tylko miejscami kultu, ale też budowlami obronnymi, chroniącymi mieszkańców przed napadami słowiańskich piratów. Stąd ich grube mury i górne piętro służące w razie czego jako magazyn i platforma strzelnicza.




Piątym kościołem jest największy na wyspie, romański Aa kirke, kryjący na pozór nieszczególną trzynastowieczną chrzcielnicę, ozdobioną płaskorzeźbami przedstawiającymi sceny biblijne podpisane pismem runicznym. A jednak wraz z koleżanką-historyczką sztuki zachwycałyśmy się nią dobre kilkanaście minut, uderzyło nas bowiem, że oto mamy przed sobą produkt zderzenia cywilizacji: chrześcijaństwa w przedstawionych scenach i wikińskiego pogaństwa w opisujących je runach; świadectwo stopniowego odchodzenia jednej i triumfu drugiej i wyłaniania się nowego świata i nowej, chrześcijańskiej Europy z elementów Europ starych, plemiennych i pogańskich.



 


wtorek, 27 sierpnia 2013

Chmury


Jeszcze jedna porcja malowniczych chmur? Czemu nie. Tym razem nad Elbą i portem w Hamburgu.





Tym razem dostała się nam nawet tęcza jako bonus!

środa, 14 sierpnia 2013

Nie łazić po tumulusach



Z pewnością intryguje Was, drodzy Czytacze, czego i w jaki sposób zabrania się i przed czym ostrzega we Francji. No to odpowiadam: w zasadzie przed niczym niespodziewanym. Choć przyznać trzeba, że bohaterowie znaków ostrzegających przed śliskimi podłogami wyrąbują się w sposób niezwykle malowniczy - nie to, co sąsiedzi z północnej strony Kanału!



Nieco tylko nietypowym jest zakaz wspinania się na starożytne tumulusy. Nieco, bo podobne przesłanie zobaczyć można wszak również na przykład na egipskich piramidach. A tumulusy w okolicach Carnac, choć od piramid starsze, to zasadniczo zbudowane zostały w tym samym celu.

 

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Koniec świata


 W północno-zachodnim rogu Francji leży Breizh, Bretania - celtycka kraina chyba nie do końca pogodzona z faktem przynależenia do Francji. Tak przynajmniej można sądzić po sprzedawanych tam plakatach, koszulkach i pocztówkach z przesłaniem: "Francja to mały kraj wciśnięty między Belgię a Bretanię", albo z rysunkiem mapy Francji, od której Bretania odłączyła się, ku zadowoleniu obu zainteresowanych stron. 




W północno-zachodnim rogu Bretanii leży Penn-ar-Bed, Finistère, czyli "koniec świata", na którym nazwy na znakach i drogowskazach podane są w dwóch językach - po francusku i bretońsku - a i te francuskie zaczynają brzmieć coraz ciekawiej, po którym porozrzucane są menhiry, dolmeny i inne pozostałości dawnej celtyckiej cywilizacji. Nawiasem mówiąc, menhiry kojarzą mi się głównie z komiksami o Asteriksie, a wioska Asteriksa miała być gdzieś w tych właśnie okolicach. Zważywszy na to, zdziwiło mnie, że jego wizerunek jest zupełnie niewykorzystywany w promocji regionu.



W północno-zachodnim rogu Finistère leży zaś wyspa Enez Eusa, albo Ouessant, skalista, porośnięta trawą i dzikimi kwiatami pułapka dla wpływających na kanał La Manche statków, otoczona z tego powodu wieńcem latarni. Wśród nich jest najjaśniejsza na świecie, pomalowana w czarno-białe pasy Créac'h, a także Jument i Nividic, stojące w pełnym morzu jeszcze dalej na zachód od wyspy. Podobno taki rodzaj latarni nazywa się po francusku piekłem - z łatwością jestem sobie w stanie wyobrazić, dlaczego, bo nawet w pogodny dzień fale uderzają w nie z mocą. Przy tej ostatniej zachowały się jeszcze słupy będące pozostałością kolejki linowej, którą kiedyś dostawano się do latarni z przylądka Pointe de Pern, najdalszego zachodu Ouessant, Finistère i Francji.


czwartek, 8 sierpnia 2013

Cuda świata


Wspomniane poprzednio Mont Saint-Michel chciałam zobaczyć odkąd kiedyś, dzieckiem będąc, dostałam album pod tytułem "Cuda świata", wśród których to cudów wymieniony był właśnie ten. Jednak spełnianie marzeń to ryzykowna sprawa. Po pierwsze, o czym pisałam już w zeszłym roku, spełnione marzenie pozostawia po sobie pewną pustkę. Po drugie, na temat takiego wymarzonego miejsca, szczególnie jeżeli jest to słynny obiekt turystyczno-historyczny, ma się przed przybyciem pewne wyobrażenia i oczekiwania, które następnie konfrontuje się z rzeczywistością. A rzeczywistość rzadko dorównuje wyobrażeniom i oczekiwaniom: za dużo w niej innych turystów, kolejek do kasy, prac renowacyjnych, opłat za wstęp i parkingi, i najzwyklejszej codzienności. Koloseum leży tuż obok ruchliwego skrzyżowania, Bazylika Świętego Piotra przypomina halę ruchliwego dworca, Marrakesz jest pełen nagabujących sprzedawców niepotrzebnych towarów i usług, a Stonehenge to po prostu kupa kamieni. W końcu to właśnie fenomen, który, między innymi, leży u podstaw syndromu jerozolimskiego i pokrewnych mu syndromów paryskiego i Stendhala. To wcale nie znaczy, że nie lubię odwiedzać takich miejsc, ani że odradzam to innym. Ale zalecam podejście świadome i otwarte. A wtedy może się okazać, że rzeczywistość, zamiast przystawania do naszych wyobrażeń, zaoferuje nam coś zupełnie innego, ale równie, albo i bardziej, ciekawego.



Ale wracając do Mont Saint-Michel. Z takim właśnie podejściem: jest wyjątkowy, imponujący jako budowla, piękny jako dzieło architektury i zadziwiający jako fenomen naturalny. Kawałek skały obrośnięty tysiącletnimi murami, w których styl romański miesza się z gotykiem i odrobiną renesansu, wyrastający z dna zatoki, w której przypływy i odpływy bywają tak gwałtowne, że szybkość wzbierającej wody porównuje się do galopującego konia. W czasie odpływu Mont Saint-Michel leży na piaszczystej równinie, w czasie przypływu - bywa, że zamienia się w wyspę.


Różnice poziomu wód są w tym regionie jedne z największych na świecie, wystarczające, żeby napędzać położoną niedaleko potężną elektrownię wodną u ujścia rzeki Rance. Nas, przybyszów znad pozbawionego pływów Bałtyku proces ten fascynował nie mniej niż cuda architektury już od momentu, gdy dwa dni wcześniej zaobserwowaliśmy go po raz pierwszy na plaży w Dinard: gdy na nią przybyliśmy, stanowił ją ledwie wąski pas piasku, niedługo potem - plaża była już ze cztery razy szersza, woda uciekała niemal spod stóp. Z drugiej strony, fascynacja fascynacją, ale z moich obserwacji wynika, że choć różne plaże świata mają swoje zalety, to niewiele z nich dorównuje urodą bałtyckim.


P.S. Mój ulubiony film o przypływach:)