czwartek, 28 maja 2009

Niebo nad Södermalm


Fascynuje mnie niebo nad Sztokholmem. Być może dlatego, bo nigdy do tej pory nie mieszkałam w miejscu tak płaskim i "nieosłoniętym" (Gdynia jest zbyt pofałdowana, a Florencja zbyt zabudowana), wydaje mi się, jakby było go tu strasznie dużo...

wtorek, 26 maja 2009

Koparka

Widziałam dziś koparkę. Stała w tunelu metra między stacjami Slussen i Medborgarplatsen. Tunelu, dodam, wywierconym w litej skale.

Na pewno jest jakieś racjonalne wytłumaczenie. Wierzę w to. W końcu to jednak Szwecja, a nie, na przykład, Włochy...

sobota, 23 maja 2009

Zabójczy parmezan

Niebezpieczeństwo naprawdę czai się wszędzie! Oto ostrzeżenie na drzwiach do budynku Kulturamy - czegoś w rodzaju domu kultury, gdzie odbywają się różne kursy tańca, śpiewu, gry na instrumentach itp.:



"Zabrania się spożywania orzechów i parmezanu w budynku Kulturamy z powodu bardzo poważnych alergii, które mogą prowadzić do sytuacji zagrażających życiu. Kierownictwo Kulturamy."

wtorek, 19 maja 2009

Flamenco


Z powodu pękniętej kości musiałam w tym semestrze przerwać lekcje tańca. Obrazek zamieszczam dla uczczenia zdjęcia gipsu:)

piątek, 15 maja 2009

Jeden z dziesięciu

Gdy parę lat temu byłam na krótko w Szwecji, nagłówki gazet głosiły właśnie o skandalu, który wybuchł w szwedzkim rządzie i zmusił kilku z jego członków do dymisji. Ich przewinieniem było... niepłacenie abonamentu radiowo-telewizyjnego. Pomyślałam wtedy, że naprawdę chciałabym, żeby w polskiej polityce borykano się z podobnymi problemami...

Abonament wynosi w Szwecji trochę ponad 2000 koron na rok (około 850 złotych) i podobno płaci go dziewięć na dziesięć osób. Wiem to, ponieważ Radiotjänst (instytucja, do której wnosi się tę opłatę) jakiś czas temu zaczęła aktywną kampanię, w której dziękuje tym dziewięciu osobom i wzywa jedną pozostałą do wypełnienia obowiązku. Jak aktywna jest to kampania, przekonałam się ostatnio, gdy poszłam do baru u mnie na uczelni i kupiłam kawę, którą podano mi w takim oto kubku:

"Dziękujemy, 9 z 10. Mamy nadzieję, że kawa smakuje!"
Z drugiej strony kubka już bardziej złowieszczo:

"Hej, 1 z 10. Kawa z pewnością będzie lepiej smakować, gdy zaczniesz płacić abonament telewizyjny."

czwartek, 14 maja 2009

Rezerwat ptaków i ssaków

Szwedzi kochają naturę. A natura odwzajemnia tę miłość i nawet w mieście niemal wchodzi ludziom do domów. Poniższe zdjęcia zrobiłam nie wychodząc ze swojego pokoju (chyba, że na balkon).





Zimą, w poszukiwaniu pożywienia, natura podchodzi nawet bliżej:

środa, 13 maja 2009

Valborg

Każdy, kto akurat przebywa w Szwecji na przełomie kwietnia i maja, ma okazję być świadkiem obchodów święta Valborgsmässoafton, po polsku Nocy Walpurgi. Mimo że w nazwie święta uczczona jest chrześcijańska święta, ma ono, czego łatwo się domyślić, pogańskie korzenie - noc z 30 kwietnia na 1 maja uznawana była za czas, kiedy granica między światem żywych, a światem umarłych była najcieńsza. Dawni Germanie palili więc wielkie ogniska dla odstraszenia złych duchów i czarownic.

Do dzisiejszych czasów przetrwała tradycja palenia ognisk, całość ma jednak bardziej charakter swego rodzaju święta wiosny. W miastach akademickich Szwecji i Finlandii jest to ponadto święto studenckie z własnymi, specyficznymi dla każdego miasta, tradycjami. Niecałe dwa tygodnie temu miałam okazję przekonać się, jak obchodzi się je w jednym z najstarszych ośrodków akademickich Skandynawii, mianowicie w Uppsali.

Przed południem 30 kwietnia mieszkańcy miasta zbierają się wokół przepływającej przez centrum rzeczki Fyrisån, by być świadkami Forsränning, czyli spływu tratwami zaprojektowanymi (im bardziej odjechany projekt, tym lepiej), zbudowanymi i obsadzonymi przez studentów:


W ciągu reszty dnia jest jeszcze kilka kulturalnych punktów programu, tak naprawdę jednak są one mało istotne, bo wszyscy studenci już koło południa udają się albo na zamknięte imprezy do unii studenckich, albo rozsiadają w licznych parkach.


Uppsala zmienia się na ten dzień nie do poznania: z nieco sennego i niezatłoczonego studenckiego miasteczka w miejsce pełne ludzi i hałasu. I alkoholu. Mimo że na ten dzień wszystkie sklepy monopolowe w mieście są pozamykane (a w Szwecji alkohol można zakupić tylko w sklepach monopolowych - to w ogóle jest temat na oddzielny post), leje się on tego dnia strumieniami. W niektórych miejscach nawet jak najbardziej dosłownie, o czym świadczy chociażby ostrzeżenie poniżej ("Du kan bli blöt" = możesz zostać zmoczony. Dodam: strumieniami wylewanego na wszystkie strony szampana):


Nic zatem dziwnego, że widok ludzi już wczesnym popołudniem niebędących w stanie ustać o własnych siłach na nogach jest dość powszechny. Na dodatek nie uznano za stosowne zaopatrzyć tej ogromnej rzeszy imprezujących i pijących ludzi w adekwatną liczbę toalet, wobec czego młodzież płci obojga załatwia swoje naturalne potrzeby gdzie popadnie, jak, nie przymierzając, psy. Nic dziwnego, że krajobraz po tym wszystkim zadaje kłam powszechnej opinii o Szwecji jako o kraju niezwykle czystym:


(Nawiasem mówiąc, budynek w tle to katedra uppsalska, jeden z największych i najważniejszych kościołów tego kraju.)

Oglądając to wszystko ma się pewne poczucie ciągłości z jak najbardziej pogańskimi tradycjami...

P.S. W Sztokholmie, oprócz palenia ognisk, do tradycji Valborgsmässoafton należy między innymi wlewanie płynu do mycia naczyń do fontann. W mojej osiedlowej fontannie piana do dzisiaj nie zniknęła, choć już się nieco uspokoiła i jej kawałki nie fruwają już po całej okolicy, ku uciesze najmłodszych:

wtorek, 12 maja 2009

Uległeś wypadkowi?


Jeszcze szczegół z niedzielnej wizyty w szpitalu: plakat w poczekalni. Głoszący: "Uległeś wypadkowi? Przewróciłeś się na rowerze? Albo upadłeś na ulicy?" i wzywający wszystkie osoby, które tego rodzaju nieprzyjemne zdarzenia spotkały, do podzielenia się swoimi doświadczeniami. Ma to na celu zwiększenie wiedzy o mechanizmach powstawania wypadków, która z kolei ma pomóc im zapobiegać. Cała ta szczytna inicjatywa zilustrowana jest obrazkami w prawdziwie klämriskowym stylu.

poniedziałek, 11 maja 2009

Cierpliwość jest cnotą

Moja Sista się wczoraj rozchorowała. A że była niedziela, udałyśmy się na izbę przyjęć szpitala. Tam, po pobraniu opłaty za wizytę wysokości 300 koron i wstępnym opukaniu przez pielęgniarkę, umieszczono nas w poczekalni.

Najciekawszym wydarzeniem pierwszej godziny naszego pobytu w poczekalni było wyjście z gabinetu dwóch policjantów, prowadzących skutego kajdankami mężczyznę. Razem z towarzyszącą im pielęgniarką zniknęli gdzieś w głębi szpitala.

Punkt przełomowy naszego pobytu w poczekalni nastąpił jednak w drugiej godzinie, kiedy to nagle zajęto się pierwszym pacjentem!

Pod koniec trzeciej godziny, kiedy właśnie zaczynałam się wciągać w emitowane na poczekalnianym telewizorze reality show "Ratunku! Jestem w japońskim programie telewizyjnym!", nieoczekiwanie ktoś zdecydował się zająć Moją Sista. A właściwie lekarz otworzył wielką księgę z listą leków, z której wybrał trzy, które według jego mniemania najbardziej odpowiadały jej dolegliwościom.

Część czwartej godziny spędziłyśmy w szpitalnej aptece, czekając aż elektroniczna recepta dotrze z komputera lekarza na komputer pani aptekarki (nie ufają pacjentom na tyle, żeby dać im receptę do ręki). Potem nie pozostało nam już nic innego, jak wrócić do domu w poczuciu produktywnie spędzonego dnia!

niedziela, 10 maja 2009

Kenneth w polach rzepaku


Nie, nie chodzi mi tu bynajmniej o jakiś artystyczny brytyjski remake znanego bollywoodzkiego przeboju. Chodzi mi natomiast o artystyczną brytyjską adaptację szwedzkich kryminałów. Dokładniej - o trzyodcinkowy serial pt. "Wallander" z Kennethem w roli tytułowej.*

Kurt Wallander to postać wymyślona i opisana w serii powieści (z których spora część została przetłumaczona na polski) przez Henninga Mankella. Bohater jest inspektorem policji w Ystad - steranym, zmagającym się z własnymi demonami, ze skopanym życiem osobistym i moralno-egzystencjalnymi wątpliwościami wywołanym pracą, w której ma do czynienia z najciemniejszymi stronami ludzkiej natury (i nie chodzi mi tu bynajmniej o to, że zajmuje się ściganiem ludzi łamiących zakaz stawania na żółtym pasku na schodach ruchomych). Żyje w mrocznym (metaforycznie, choć czasem też dosłownie) miejscu, gdzie każdy ma jakiegoś trupa w szafie i ogółem aż strach wyjść na ulicę (nie wiem, może w Skanii tak rzeczywiście jest - nigdy tam nie byłam). Innymi słowy - the usual stuff.

Powieści Mankella doczekały się już w Szwecji kilku ekranizacji, zarówno kinowych, jak i telewizyjnych. Brytyjczycy jednak najwyraźniej uznali, że to nie wystarczy. Że zrobią swoją własną wersję. Która będzie, owszem, dziać się w Szwecji, w której będą jeździć szwedzkie radiowozy i powiewać szwedzkie flagi, a gadające głowy w telewizji dyskutować będą o zabójstwie Olofa Palmego, ale, wprowadzając lekko schizofreniczną atmosferę, wszyscy będą mówić po angielsku. A Kenneth, wymachując policyjną legitymacją z herbem z trzema koronami, wydawać będzie z siebie dziwne dźwięki brzmiące mniej więcej jak: "Łolander, Isztad polis!" Filologiczna część mojej natury zawyła w tym momencie z bólu... Ja wiem, że Anglosasi i języki obce, a już szczególnie ich wymowa, to nie jest zwykle dobrana para, ale można było zrobić choć minimalny wysiłek. Z drugiej strony, może to i lepiej, że wszyscy mówią po angielsku, zważywszy na to, że rzecz dzieje się w Skanii, a ze zrozumieniem tamtejszego akcentu problemy mają nawet rodowici Szwedzi, nie mówiąc już o takich obcokrajowcach, jak ja.

Nigdy jakoś nie przepadałam za twórczością Mankella, tutaj też zresztą same zagadki kryminalne są raczej mało porywające, a rodzinno-społeczne tło, jak opisałam dwa akapity wyżej, niezbyt oryginalne. Ale za to są tu artystyczne kadry (niektóre bardzo piękne), niepokojąca muzyka, a postaci porozumiewają się głównie za pomocą powłóczystych, znaczących spojrzeń i wygłaszają cyniczne teksty w rodzaju: "You want to make a difference? Join the fire brigade." Słowem, jest Atmosfera przez wielkie A. No i jest Kenneth, którego naprawdę bardzo przyjemnie się tu ogląda. Ogółem - mimo wszystko jestem na plus.

O, proszę, jakie to głębokie. Why indeed...

* Jeżeli ktoś nie wie - ale doprawdy, jak można nie wiedzieć! - wyjaśniam, że kiedy piszę "Kenneth" mam na myśli Kennetha Branagha. Oczywiście;]

czwartek, 7 maja 2009

Bezprzewodowo

Kościół Szwedzki się reklamuje. I to jak! Jakiś czas temu można było w sztokholmskich kolejkach i autobusach zobaczyć reklamę następującej treści:

Trådlöst
Bön är gratis
Ständig uppkoppling
Be när, var och hur du vill
Fri support i alla församlingar
Svenska kyrkan

Czyli na nasze:

Bezprzewodowo
Modlitwa jest darmowa
Stałe połączenie
Módl się kiedy, gdzie i jak chcesz
Darmowe wsparcie* we wszystkich parafiach
Kościół Szwedzki

* To oczywiście gra słów: "support" może znaczyć zarówno wsparcie w ogóle, które pasuje do kontekstu kościelnego, jak i wsparcie techniczne, które pasuje do kontekstu internetowego.

środa, 6 maja 2009

Żaglówki

Kontynuując wodny temat z poprzedniego posta: teraz, gdy nadeszła prawdziwa wiosna, lód już oczywiście definitywnie zniknął. A że Szwedzi to naród uwielbiający żeglować, a Sztokholm to poza tym miasto rozłożone na wyspach, poprzecinane mnóstwem kanałów i cieśnin, często można podziwiać widoki tego rodzaju:


(Oczywiście Mój Brader - miłośnik żeglarstwa, skrytykował, że za mało narysowałam want. Na moje usprawiedliwienie mogę jedynie napisać, że tak w kwestii żeglarstwa, jak i rysowania, jestem zupełnym amatorem. Najwyżej można przyjąć, że rysunek przedstawia żaglówki na chwilę przed zawaleniem się masztów:).)

wtorek, 5 maja 2009

Magelungen


Jezioro, niedaleko którego mieszkam, było zamarznięte przez całą zimę. Często przyglądałam mu się w drodze do pracy, gdy mój autobus przejeżdżał nad nim, a słońce odbijało się w białej tafli, napełniając światłem cały świat dookoła - tak, że wkrótce od wyglądania przez okna autobusu zaczynały mnie boleć oczy (co mnie jednak bynajmniej nie powstrzymywało przed dalszym wyglądaniem:)). Rankami często widać było na nim łyżwiarzy, ślady płóz i kół.

Jakiś miesiąc temu wybrałam się na spacer nad Magelungen - lód powoli, powoli puszczał. Zaczynając od brzegów, od przęseł mostów, stawał się coraz cieńszy; po jego koronkowych, lekko leżących na powierzchni wody krawędziach, spacerowały kaczki. I nie był już biały, ale szary.





Kiedyś przejeżdżałam nad jeziorem pochmurnym popołudniem; niebo odbijało się w nim, ale przyciemnione: lód miał ciemny, grafitowo-szary kolor. A ja, z fascynacją mieszczucha wypuszczonego w okoliczności przyrody, ciągle wypatrywałam nowych zmian form i kolorów...

niedziela, 3 maja 2009

Klämrisk

Należy się parę słów wyjaśnienia, skąd to dziwne słówko w adresie internetowym tego bloga. By to jednak wytłumaczyć, trzeba najpierw napisać coś niecoś o szwedzkiej mentalności.*

Otóż dla przeciętnego Szweda świat jest niezwykle niebezpiecznym miejscem. Z każdej strony czyhają przedmioty i zjawiska naturalne, które tylko czekają, żeby człowieka przytrzasnąć, zmiażdżyć, porazić, przygnieść, poparzyć, zalać i ogółem zrobić mu krzywdę. Czy kiedykolwiek, przeglądając katalog Ikei, zastanawialiście się nad tymi wszystkimi ochraniaczami na rogi stołów, żeby dzieci się o nie nie uderzyły, albo blokadami do gniazdek elektrycznych, żeby nie wkładały w nie drucików? To właśnie to. Może się wydawać dziwne, że dzieje się tak akurat w kraju, który jest jak mało który bezpieczny, niedoświadczony przez dziejowe i naturalne klęski. Mam teorię, że to właśnie dlatego. Że jak się nie ma tak zwanych prawdziwych problemów, wymyśla się takie, które z naszego punktu widzenia wydają się błahe. I kończy się na tym, że nie montuje się wtyczek elektrycznych w łazienkach (prąd + woda = tragedia), a krawędź każdego stopnia ruchomych schodów obmalowany jest żółtym paskiem, na którym nie powinno się stawać (miałyśmy kiedyś z koleżanką teorię, że gdy Szwed jest w bardzo buntowniczym nastroju i chce pokazać swoją pogardę dla Systemu, staje na żółtym pasku).

No i ten nieszczęsny klämrisk... Słowo to można przetłumaczyć jako ryzyko przytrzaśnięcia i grozi ono każdemu, kto zdecyduje się na jazdę windą niewyposażoną w wewnętrzne drzwi. O czym informuje stosownie makabryczny obrazek na każdej takiej windzie:



Znaczki występują w różnych wersjach, wszystkie jednak kończą się dla przedstawionego na nich ludzika równie źle:



Wypatrywanie w windach ostrzeżeń przed klämriskiem przerodziło się u mnie w niezdrową fascynację...

* Wiem, wiem, określenie "jakaśtam mentalność" trąci uogólnieniami i zawężeniami. Ale cóż, czasem, żeby coś wyjaśnić, łatwiej jest uogólnić i zawęzić. Pod warunkiem, że się pamięta o tym, że to uogólnienie i zawężenie:)

sobota, 2 maja 2009

Dygresje

Podobno każdy porządny blog powinien mieć jakąś myśl przewodnią. Bo tylko wtedy jest szansa, że opiszą go w "Dużym formacie", albo chociaż w "Wysokich obcasach". Cóż, kiedy zbyt dobrze znam siebie i swój sposób pisania, żeby nie wiedzieć, że jakiegokolwiek tematu przewodniego bym sobie nie wybrała, zaraz bym z niego zboczyła na bezdroża dygresji. Postanowiłam więc nie mydlić nikomu oczu i z rozbrajającą szczerością przyznać od razu w tytule bloga i pierwszym wpisie, że treść jego będą stanowić właśnie dygresje. Przemyślenia o filmach, książkach, muzyce, pisaniu doktoratu, życiu w Szwecji (czy w jakimkolwiek innym miejscu, do którego mnie przywieje)... Słowem, o tym wszystkim, co umila i uprzykrza moje codzienne życie. I niewykluczone, że zupełnie nieoczekiwanie wyłoni się z tego temat przewodni.

(A wówczas kariera internetowego celebryty stanie przede mną otworem!)