niedziela, 28 listopada 2010

Swoboda ekspresji

Żeby przerwać milczenie, przedstawiam Czytaczom do kontemplacji kilka ciekawych klämriskowych zjawisk, jakie udało mi się ostatnimi czasy wypatrzyć. Na przykład dzięki wizycie w punkcie ksero wzbogaciłam się o wiedzę nie tylko na temat różnych nieprzyjemnych rzeczy, które w takim miejscu mogą się przytrafić nieostrożnie wkładanym w czeluście tamtejszych machin dłoniom, ale także na temat... hmm... biegania...? Trochę ciężko mi to zinterpretować.


Na szczęście producenci innych sprzętów dbają o klarowną informację, jednocześnie jednak przyznając się, że zatrudniani przez nich projektanci są w pewien sposób ograniczeni i mało otwarci na kreatywne sposoby wykorzystania ich produktów.


Udało mi się jednak również znaleźć świadectwa działalności ludzi, których twórczość dowodzi nie tylko braku ograniczeń w nich samych, ale też niezgody na dawanie się ograniczać przez niesprzyjające czynniki zewnętrzne. Na przykład projektant widocznych na poniższym zdjęciu drzwi nie dał się zupełnie ograniczyć faktem, że w miejscu, gdzie jego zmysł artystyczny podpowiedział mu ich umieszczenie, była ściana. "Bądź sobą!" - zdają się mówić te drzwi - "Nie daj się stłamsić presji otoczenia!" Anonimowy ich twórca, o wolnej i nieskrępowanej duszy artysty, powinien być wzorem dla nas wszystkich.


poniedziałek, 22 listopada 2010

Słońce Toskanii

Wbrew wczorajszym zastrzeżeniom wracam już dzisiaj z nową dygresją. A to za sprawą wiadomości, którą usłyszałam dziś rano w radiu, a która bardzo mnie rozbawiła - choć śmiech, którym na nią zareagowałam, był śmiechem gorzkim. Otóż podobno we włoskich miastach wzywają obywateli, aby w imię zdrowia i ekologii przykręcali w swoich domach kaloryfery. Burmistrz Florencji podpowiada ponoć, że temperatura 18 stopni Celsjusza jest optymalna i na niej właśnie florentczycy powinni się zatrzymać.

Skąd więc gorzki śmiech, zapytacie, drodzy Czytacze? A przynajmniej ci z Was, którzy nie znają mnie osobiście i nie wysłuchiwali już wielokrotnie moich opinii na temat florenckiej zimy, rozwiewających nieco utrwalone przez śródziemnomorską propagandę wyobrażenia. Otóż zima we Florencji jest koszmarem. I nie chodzi nawet o pogodę, bo choć ze względu na specyficzny mikroklimat niemal przez cały czas tam leje, to temperatury na ogół oscylują wokół 10 stopni. Chodzi natomiast o wnętrza. W których jest lodowato. Tak lodowato, że gdybym miała dodać przed owym "lodowato" jakiś wzmacniający przysłówek, musiałoby to być słowo powszechnie uważane za niecenzuralne i niegodne ludzi kulturalnych, którymi wszak i ja, i Czytacze, jesteśmy. Można by wręcz zacząć układać listy - na wzór krążących po internecie typu "10 znaków, że pijesz za dużo kawy", tudzież "10 znaków, że oglądasz za dużo filmów" - tylko że ich tematem byłoby rozpoznanie, że spędza się zimę we Florencji. Kilka moich propozycji:

- w słoneczne dni otwierasz okno, żeby ogrzać pokój;
- rano po wstaniu, zanim się ubierzesz, wkładasz ubrania pod kołdrę*, żeby się ogrzały, bo wyjęte prosto z szafy są zbyt lodowate;
- jak szybko byś nie jadł(a), obiad zawsze zdąży wystygnąć, zanim zdążysz go zjeść;
- budzisz się przewracając się we śnie z boku na bok, bo poduszka jest tak zimna;
- gdy siedzisz dłużej w jednym miejscu boisz się ruszyć, żeby nie narazić nowych partii skóry na kontakt ze świeżym (czytaj: nieogrzanym) powietrzem;
- nie musisz otwierać okien, żeby wywietrzyć pokój - wietrzy się cały czas automatycznie, czy tego chcesz, czy nie;
- starasz się jak najrzadziej chodzić do toalety, żeby uniknąć dotykania deski klozetowej.

I tak dalej, i tak dalej. O chodzeniu po domu w trzech bluzach, spodniach, nałożonej na nie spódnicy polarowej, dwóch parach skarpet i rękawiczkach nie wspomnę.

Powodem tego stanu rzeczy są: kamienne podłogi, małe i w idiotycznych miejscach poumieszczane grzejniki, a przede wszystkim - nieszczelne okna. Choć "nieszczelne" to mało powiedziane: większość z nich nie doświadczyła nigdy czegoś takiego jak uszczelka, części nie da się nawet porządnie zamknąć, bo haczyki są już zbyt zciachane, tak że komary mogą spokojnie wlatywać do wnętrz nawet przy "zamkniętych" oknach, a szyby są, oczywiście, pojedyncze. Sprawy mają się nieco lepiej w mieszkaniach zajmowanych przez ich właścicieli, a nie oddawanych na pastwę studentom (co, oczywiście, zniechęca do kosztownych inwestycji w rodzaju wymiany okien), ale tylko nieco - z moich obserwacji, przynajmniej w Le Cure czy Campo di Marte, gdzie zdarzyło mi się mieszkać, nie mówiąc już o historycznym centrum, większość kamienic nie imponuje stanem swych okien i w ogóle sprawia typowe dla Włoch wrażenie powolnego rozkładu. Jak jest w osiedlach nowych bloków i willach bogaczy, nie mam pojęcia, bo w takich okolicach nie bywałam.

Bardziej ogólną przyczyną jest natomiast to, że florenckie kamienice najwyraźniej zostały zaprojektowane tak, aby chronić przed upałem, natomiast coroczne nadejście zimy zdaje się być za każdym razem zaskoczeniem. Tutejsza ludność sprawia zresztą wrażenie podchodzącej do pojawiających się problemów nie konstruktywnie, z zamiarem ich rozwiązania, ale fatalistycznie, z założeniem, że tak już widać musi być.

Biorąc to wszystko pod uwagę, zaczynam się zastanawiać, czy korespondent Polskiego Radia czasem nie zrozumiał apelu burmistrza Florencji opacznie: może chodziło o osiągnięcie pułapu 18 stopni, a nie nieprzekraczanie go? Gdybym nadal tam mieszkała, taki postulat wydałby mi się tyleż godny poparcia, co, niestety, nierealistyczny.

* To znaczy, oczywiście, zakładając, że w ogóle posiadasz taki cudzoziemski wynalazek jak kołdra.

niedziela, 21 listopada 2010

Rozstanie

Czas przemija, drodzy Czytacze. Przemija i zmienia nas, zmienia świat dookoła i zmienia nasze potrzeby, według których my także zmieniamy świat dookoła. Taka filozoficzna refleksja naszła mnie wczoraj, gdy po godzinie wnikliwego studiowania i przekuwania w praktykę jednego z wybitnych wytworów ikeowskiej myśli techniczno-plastyczno-fabularnej (instrukcji montażu), udało nam się z Tatą złożyć i ustawić w moim pokoju nowe, błyszczące biurko. I, co najważniejsze, duże: jego zakup był bowiem podyktowany tym, że na starym, jak widać na poniższej fotografii, już dawno przestałam się mieścić.



No i właśnie z tym starym biurkiem związana była egzystencjalna refleksja zacytowana na początku. Towarzyszyło mi ono bowiem prawie od dwudziestu pięciu lat: zakupione zostało gdy miałam iść do zerówki. Towarzyszyło mi przez całą podstawówkę, liceum i studia, uczyłam się na nim do egzaminów i matury, napisałam magisterkę i część doktoratu (choć małą, bo jednak większość pisałam w zupełnie innych miejscach, mając na ogół do dyspozycji ergonomiczne biura). Już w kilka lat po zakupie zepsuł się zamek w szafce, a w 2002, przy okazji przeprowadzki, zostały wyłamane drzwiczki (na szczęście potem naprawione). Ściany tego doświadczonego przez los mebla noszą liczne ślady mojej i Mojej Sista wczesnej działalności artystycznej: mniej lub bardziej chaotyczne naklejki, a nawet rysunki.

Na wewnętrznej stronie drzwiczek tkwią nadal moje plany lekcji z podstawówki; gdy się uda odczytać wyblakłe pismo, można się dowiedzieć, że w pierwszej klasie dzień pracy kończył się już przed południem. Ach, piękne czasy! Chociaż z drugiej strony trzeba było wstawać na ósmą, co nie brzmi już tak przyjemnie...


Blat natomiast - ach, to już dzieło sztuki nowoczesnej godne umieszczenia w jakiejś galerii!


Niestety, jak już powiedziano: z czasem zmieniają się nasze potrzeby i w związku z tym zmuszeni jesteśmy zmienić świat wokół nas. To, co odpowiednie dla ucznia zerówki niekoniecznie musi równie dobrze służyć doktorom i wykładowcom. Od dawna już mi się robiło ciasno, aż w końcu dojrzałam do decyzji o zmianie i rozstaniu ze starym towarzyszem pracy. Jak powiada poeta: parting is such sweet sorrow!

P.S. Najmocniej przepraszam Czytaczy za przestoje. Miałam nadzieję na odpoczynek po obronie i napawanie się nowo nabytym statusem naukowym, ale - stety czy niestety - od razu wpadłam w wir pracy, która, choć może i łatwiejsza, bo wymagająca mniejszej kreatywności, to jednak okazuje się być dużo bardziej czasochłonna. Na razie, przynajmniej.

wtorek, 16 listopada 2010

Tajemnica znikającego zzz

...czyli jak rozpoznać skandynawskiego wokalistę, gdy śpiewa po angielsku.

Skandynawowie znani są na świecie z wysoko rozwiniętej kultury muzycznej oraz dobrej znajomości języka angielskiego. To pierwsze wynika, według niektórych, z bogatej tradycji chórów parafialnych, a objawia się stosunkowo dużą liczbą światowej sławy wokalistów i zespołów właśnie ze Skandynawii pochodzących. To drugie zaś wynika ze splotu wielu różnych i złożonych czynników (system oświaty, podróże, filmy puszczane w telewizji w oryginalnej wersji* z napisami...), a objawia się między innymi tym, że owi światowej sławy wokaliści śpiewają po angielsku. Jak więc można rozpoznać takiego skandynawskiego wokalistę?

Otóż istnieje pewien prosty sposób. Aby go objaśnić, zacznę od przykładu z klasyki muzyki rozrywkowej:



Podpowiem: najważniejsze jest tu dla nas słowo "music". Wsłuchajcie się w nie, drodzy Czytacze i zastanówcie: co tu jest nie tak? Przykład kolejny, z innej części Skandynawii, z pokrewnym słowem w refrenie:



Według słowników wymowa angielskiego słowa "music" brzmieć powinna mniej więcej tak: /ˈmjuːzɪk/. Ta zbitka głosek jest jednak, okazuje się, dla Skandynawów nieprzyswajalna i niemal zawsze pozostają przy wersji, w jakiej wymawia się to słowo w ich ojczystych językach: /mɵˈsiːk/. A więc przez zupełnie inaczej brzmiące "u", ale przede wszystkim, co łatwiej wyłapać - przez "s".

Otóż Skandynawów biegłość w angielszczyźnie, szczególnie jej wymowie, nie jest aż tak wielka, jak się większości z nich wydaje. Owszem, ponieważ ich własny język dysponuje szeroką gamą (och, jak boleśnie szeroką z punktu widzenia osoby, która ową gamę kiedyś musiała przyswoić i nadal od czasu do czasu z nią walczy!) samogłosek, na ogół nie mają problemów z przyswojeniem nowych. Tym bardziej, że zarówno angielski, jak i języki skandynawskie, są językami samogłoskowymi (tzn. samogłoski stanowią ponad 30% głosek w systemie językowym), w odróżnieniu od takiego na przykład polskiego.

Jednak jeżeli chodzi o spółgłoski, sprawa się komplikuje. Niech Was nie zdziwi, drodzy Czytacze, gdy kiedyś, będąc na przykład na jakimś lotnisku, usłyszycie następujący komunikat: "Lejdis and jentlemen. Plis prosid tu siek in." Niechybny to będzie znak, że znaleźliście się w Skandynawii, gdzie głoski "dż" i "cz" nie występują. A o "z" wręcz nie słyszano.** Zaryzykowałabym wręcz stwierdzenie, że nauka wymowy "z" jest dla Skandynawów największym wyzwaniem przy przyswajaniu sobie języków obcych. Jak pokazuje kolejny przykład, częściowo może się to udać. Częściowo - bo proszę zwrócić uwagę, że choć panu Bergowi całkiem nieźle to wychodzi przy "Music non stop when I close my eyes", to jednak niestety poległ na całej linii przy "So why don't you dance to the music":



I jeszcze jeden, mniej mainstreamowy, przykład:



Na koniec chciałabym podziękować Czytaczce P., która dostarczyła mi inspiracji oraz części przykładów do niniejszej dygresji.

* W praktyce prawie zawsze angielskiej, a dokładniej amerykańskiej. Szwedzka telewizja pełna jest bowiem produkcji amerykańskich, od filmów, przez seriale, po reality shows. Podobno co chwila obrywają kary od Komisji Europejskiej za niewyrabianie norm mówiących o procentach produkcji nieanglojęzycznych, które powinna nadawać telewizja.

** Wyrażając się w kategoriach językoznawczych, języki skandynawskie są bardzo ubogie w głoski dźwięczne.

piątek, 12 listopada 2010

Zatrzaskująca się sofa


Nie tylko Ikea dba o bezpieczeństwo użytkowników swoich mebli. Jednak inne sklepy kierują swój przekaz do bardziej intelektualnie nastawionych klientów, nadając mu formę tekstu, a nie serii obrazków. Na sofie Mojej Sista, na przykład, z jednej strony zachwalają możliwość jej użycia jako rozkładanego łóżka dla gości, ale z drugiej - pojawia się złowrogie słowo klämrisk! Takie składane sofy to wszak niebagatelne zagrożenie dla palców i innych kończyn. A kto wie, czy nie kryją w sobie również innego rodzaju zagrożeń.

poniedziałek, 8 listopada 2010

O mapach, stereotypach i konstruktach


Wydawałoby się, że zimna wojna już dawno się skończyła. A jednak rozmawiając ze Szwedami albo czytając szwedzkie gazety można odnieść wrażenie, że żelazna kurtyna ma się bardzo dobrze. A nawet zaglądając na strony różnych instytucji, jak widać na załączonym obrazku, znalezionym przez Moją Sista na stronie banku SEB. Widać na nim jakiś monstrualny twór, rozciągający się od Odry aż po Pacyfik, nazwany Europą Wschodnią (spodziewaliście się, drodzy Czytacze, że Europa leży nad Oceanem Spokojnym?). Oczywiście każdy, kto ma choć najbledsze pojęcie o tej części świata, wie, że to region ogromnie zróżnicowany, mieszczący w sobie co najmniej kilka różnych tradycji kulturowych i historycznych, religii, grup językowych i stopni rozwoju gospodarczego. Właściwie jedynym wspólnym mianownikiem jest doświadczenie systemu komunistycznego, ale gdyby to w istocie miało być czynnikiem wyróżniającym, należałoby zaliczyć do Europy Wschodniej również na przykład Koreę Północną czy Kubę (no i wyłączyć Turcję)*.

Niejaki Larry Wolff wysunął w swojej książce "Inventing Eastern Europe" tezę, że mentalna mapa Europy, dzieląca ją na część wschodnią i zachodnią wzdłuż linii przebiegającej gdzieś między Polską a Niemcami, jest starsza niż zimna wojna - sięga mianowicie oświecenia, kiedy to, wraz z przeniesieniem centrów europejskiej kultury z Półwyspu Apenińskiego do Paryża i Londynu, wytworzył się nowy podział Europy, zastępujący ten starszy (na cywilizowane Południe i barbarzyńską Północ). A właściwie nie "wytworzył się", tylko wytworzyli go myśliciele zachodniej Europy, głównie Francji, którzy w większości nigdy wprawdzie na wschód od Berlina się nie wybrali, ale to nie przeszkadzało im pisać wyczerpująco o tamtejszej dziczy i braku cywilizacji. Potrzebowali bowiem jakiegoś Innego, kto jeszcze nie byłby całkiem Orientem**, a jednak od którego można by się zdystansować i w porównaniu wypaść bardziej cywilizowanie: odbicia-negatywu siebie samych. Innymi słowy, Europa Zachodnia wymyśliła Wschodnią, bo bez tej drugiej nie ma tej pierwszej. To dlatego właśnie, twierdzi Wolff, zachodnim Europejczykom tak łatwo przyszło przyjąć do wiadomości i zaakceptować słowa Churchilla z Fulton o żelaznej kurtynie, która zapadła "od Szczecina nad Bałtykiem po Triest nad Adriatykiem." (Dlatego też, nawiasem mówiąc, wbrew położeniu geograficznemu Grecja znalazła się po zachodniej stronie kurtyny - jako kolebka europejskiej cywilizacji i demokracji ze względów prestiżowych musiała zostać po "właściwej" stronie. "Athens alone -" dodał Churchill, "Greece with its immortal glories - is free.")

Skandynawowie, siedzący na swoim odizolowanym krańcu kontynentu, do tej wizji świata dodają jeszcze kilka swoich własnych elementów. Ze względu na swój długotrwały pokój (który, bądźmy szczerzy, bardziej jest zasługą ich położenia geograficznego niż jakichś szczególnych cnót) i państwo dobrobytu (na którym, zdaje się, pojawiają się rysy, skoro na przykład tacy Szwedzi już drugi raz z rzędu wybierają centroprawicę) uważają, że osiągnęli wyższy stopień rozwoju cywilizacyjnego niż uwikłana w różnorakie konflikty, konserwatywna Europa (nie mówiąc o reszcie świata) i mają moralne prawo do podpowiadania im, jak mają żyć i organizować swoje państwa oraz społeczeństwa. Gdy opisuje się różne miejsca, pisząc, że różne rzeczy wyglądają tam inaczej niż w Skandynawii, dodaje się często słówko "jeszcze", subtelnie sugerując, że wszystkie społeczeństwa zmierzają do jednego, skandynawskiego wzorca, tylko niektórym to powoli idzie.

Mimo wszystko jednak Skandynawowie zaliczają samych siebie do Europy Zachodniej. I od niej przejęli wiele stereotypów, łącznie z tymi dotyczącymi Europy Wschodniej - choć mam wrażenie, że tutaj są one jeszcze silniejsze i lepiej się trzymają. Z francuskimi myślicielami oświeceniowymi łączy wielu mieszkańców Skandynawii to, że nie mają skrupułów do wydawania autorytatywnych sądów o częściach świata, w których nigdy nie byli. Europa Wschodnia (nie używa się tu określenia Europa Środkowa ani Środkowo-Wschodnia - no bo po co, to by tylko skomplikowało obraz świata) to dla nich, po pierwsze, jednolita masa, twór zupełnie wewnętrznie niezróżnicowany. Czechy czy Albania, Polska czy Mołdawia, nie mówiąc już o dalekich, syberyjskich republikach Federacji Rosyjskiej - nie różnią się wszak od siebie zbytnio! Po drugie, to kraina szara i ponura, w której nie uświadczysz żadnej zieleni czy innych przejawów natury, bo wszystko zostało zryte przez przemysł ciężki i zamienione w postindustrialną pustynię. Ludzie zaś, biedni i nieznający dobroci cywilizacji, snują się w tym spowitym dymem z węglowych elektrowni krajobrazie, oddając się konsumpcji alkoholu i prostytucji.

Nic dziwnego, że potem wycieczka, którą oprowadzam po Parku Oliwskim, otwiera usta ze zdziwienia i dopytuje kilka razy, kto to wszystko utrzymuje i czy na pewno wstęp jest wolny dla wszystkich, a w dziale turystycznym szwedzkiego dziennika czytelnicy pytają, czy jak pojadą do Polski samochodem, to nie zepsują sobie silników tankując na tamtejszych stacjach benzynowych, a tubylcy nie porysują im lakieru z czystej zawiści.

Tak, zdaję sobie sprawę, że wysmarowawszy niniejszą dygresję zrobiłam dokładnie to, co potępiam, to znaczy popełniam straszny grzech generalizowania. Ale skoro im wolno, to dlaczego mi nie:P?

P.S. A propos stereotypów narodowościowych - ciekawostka.

* Omawiam tutaj tylko jeden aspekt, ale na tej mapie jest tyle rzeczy, od których się włos jeży na głowie, że aż bym nie wiedziała, od czego zacząć: Svalbard i Turcja w Europie Wschodniej, nazwanie Europy Zachodniej po prostu "Europą", specjalny status Wielkiej Brytanii, Ameryka Północna kończąca się na południowej granicy Stanów Zjednoczonych, nie mówiąc już o tej wielkiej szarej przestrzeni... Można by na temat tej mapy napisać doktorat, albo chociaż magisterkę, tyle tu mentalno-kulturowych konstrukcji!

** Który, nawiasem mówiąc, jest rezultatem podobnej kreacji, o czym pisze w swojej słynnej książce Edward Said. Inny przykład to jeden z regionów owej monstrualnej Europy Wschodniej, dzielący część jego negatywnych cech i wnoszących jeszcze kilka własnych - Bałkany (to znowu Maria Todorova). Temat tego, jak ludzie stawiają sobie w umysłach bariery i granice oraz wypełniają świat własnymi o nim wyobrażeniami jest bardzo obszerny i niezwykle ciekawy.

czwartek, 4 listopada 2010

Nadesłane przez Czytaczy 7


Lewitujący pasażerowie w gdańskim* tramwaju.

* A nie warszawskim, jak utrzymywałam wcześniej. Popisałam się wyjątkową ślepotą, bo przecież w tle widać wyraźnie słynny, kopiowany przez japońskich architektów, neorenesansowy gdański dworzec główny.

wtorek, 2 listopada 2010

Ważne jest przestrzeganie przepisów BHP

...zwłaszcza na kolei. Ale w bardziej umysłowych pracach, jak się okazuje, też. Mogłam się o tym przekonać, gdy mój nowy pracodawca wysłał mnie na szkolenie BHP. Oglądając na nim dwa iście oscarowe filmy - jeden mrożący krew w żyłach wizjami odcinanych piłą tarczową członków i mdlejących na widok dzieł sztuki gości Centralnego Muzeum Morskiego*, drugi szowinistyczny w swoim przedstawieniu ładnej, głupiutkiej sekretareczki wyczyniającej co chwila jakieś głupstwa, ale powstrzymywanej w ostatniej chwili przez poważnego, grożącego jej palcem narratora** - poczułam, że ich autorzy musieli czuć jakieś ideowe pokrewieństwo z twórcami klämriskowych ostrzeżeń w szwedzkich windach.

Udzielono mi wielu pożytecznych rad, które z pewnością będę mogła zastosować na co dzień w celu zwiększenia bezpieczeństwa w moim miejscu pracy, jak na przykład, że nie powinnam samodzielnie przenosić drabin dłuższych niż 4 metry, wchodzić na drabiny obarczona ciężarem większym niż 10 kilogramów, a po hali produkcyjnej powinnam się poruszać wyłącznie wyznaczonymi ścieżkami i uważać na wózki widłowe. Oraz żeby się nie poślizgnąć na skórce od banana. Powtarzane wielokrotnie motto filmu: "Pamiętaj! Każdego wypadku można uniknąć!" oraz "Myśl bezpiecznie, postępuj bezpiecznie, a będziesz bezpieczny" przywiodło mi na myśl różnorakie Złowrogie Żółte Linie i inne mniej lub bardziej makabryczne ostrzeżenia.

Z drugiej strony, nie da się ukryć, że mimo wszystkich szwedzkich lęków, gdy przyjmowano mnie do pracy w Szwecji nikt mnie na podobne szkolenie nie wysłał (jak również nie interesowano się stanem mojego zdrowia ani nie wymagano podpisania zyliona papierków, formularzy, zaświadczeń i oświadczeń, np. że znane mi są przepisy o zachowaniu tajemnicy państwowej). Czyżby tam zakładano, że każdy tak podstawową wiedzę ma już dawno opanowaną, jak wchodzi na rynek pracy...?

* A jednak ten film ma również aspekt uspokajający: widzowi mógł się udzielić całkowity spokój i brak jakichkolwiek negatywnych emocji ze strony świadków tych wydarzeń ("Dzień dobry. Koledze odcięło dwa palce. Wiecie, jak do nas dojechać? To ja może wyjaśnię..."; w międzyczasie rzeczony kolega skarży się nieśmiało w tle, że trochę mu słabo, a trzeci z bohaterów z największym spokojem idzie pozbierać odcięte części ciała). To ważny przekaz: w każdej sytuacji należy zachować się profesjonalnie i nie wpadać w panikę. I w ogóle co nagle, to po diable, więc nie ma co się spieszyć.

** Żeby chociaż narrator był równie atrakcyjny, jak lekkomyślna sekretarka, aby i żeńska część widowni (stanowiąca 100% na moim akurat szkoleniu) miała na czym zawiesić oko! Ale niestety, nie od dzisiaj wiadomo, że w naszym pięknym (?) kraju mężczyzna nie musi być atrakcyjny, wystarczy po prostu, że JEST.