Przejdź do głównej zawartości

Słońce Toskanii

Wbrew wczorajszym zastrzeżeniom wracam już dzisiaj z nową dygresją. A to za sprawą wiadomości, którą usłyszałam dziś rano w radiu, a która bardzo mnie rozbawiła - choć śmiech, którym na nią zareagowałam, był śmiechem gorzkim. Otóż podobno we włoskich miastach wzywają obywateli, aby w imię zdrowia i ekologii przykręcali w swoich domach kaloryfery. Burmistrz Florencji podpowiada ponoć, że temperatura 18 stopni Celsjusza jest optymalna i na niej właśnie florentczycy powinni się zatrzymać.

Skąd więc gorzki śmiech, zapytacie, drodzy Czytacze? A przynajmniej ci z Was, którzy nie znają mnie osobiście i nie wysłuchiwali już wielokrotnie moich opinii na temat florenckiej zimy, rozwiewających nieco utrwalone przez śródziemnomorską propagandę wyobrażenia. Otóż zima we Florencji jest koszmarem. I nie chodzi nawet o pogodę, bo choć ze względu na specyficzny mikroklimat niemal przez cały czas tam leje, to temperatury na ogół oscylują wokół 10 stopni. Chodzi natomiast o wnętrza. W których jest lodowato. Tak lodowato, że gdybym miała dodać przed owym "lodowato" jakiś wzmacniający przysłówek, musiałoby to być słowo powszechnie uważane za niecenzuralne i niegodne ludzi kulturalnych, którymi wszak i ja, i Czytacze, jesteśmy. Można by wręcz zacząć układać listy - na wzór krążących po internecie typu "10 znaków, że pijesz za dużo kawy", tudzież "10 znaków, że oglądasz za dużo filmów" - tylko że ich tematem byłoby rozpoznanie, że spędza się zimę we Florencji. Kilka moich propozycji:

- w słoneczne dni otwierasz okno, żeby ogrzać pokój;
- rano po wstaniu, zanim się ubierzesz, wkładasz ubrania pod kołdrę*, żeby się ogrzały, bo wyjęte prosto z szafy są zbyt lodowate;
- jak szybko byś nie jadł(a), obiad zawsze zdąży wystygnąć, zanim zdążysz go zjeść;
- budzisz się przewracając się we śnie z boku na bok, bo poduszka jest tak zimna;
- gdy siedzisz dłużej w jednym miejscu boisz się ruszyć, żeby nie narazić nowych partii skóry na kontakt ze świeżym (czytaj: nieogrzanym) powietrzem;
- nie musisz otwierać okien, żeby wywietrzyć pokój - wietrzy się cały czas automatycznie, czy tego chcesz, czy nie;
- starasz się jak najrzadziej chodzić do toalety, żeby uniknąć dotykania deski klozetowej.

I tak dalej, i tak dalej. O chodzeniu po domu w trzech bluzach, spodniach, nałożonej na nie spódnicy polarowej, dwóch parach skarpet i rękawiczkach nie wspomnę.

Powodem tego stanu rzeczy są: kamienne podłogi, małe i w idiotycznych miejscach poumieszczane grzejniki, a przede wszystkim - nieszczelne okna. Choć "nieszczelne" to mało powiedziane: większość z nich nie doświadczyła nigdy czegoś takiego jak uszczelka, części nie da się nawet porządnie zamknąć, bo haczyki są już zbyt zciachane, tak że komary mogą spokojnie wlatywać do wnętrz nawet przy "zamkniętych" oknach, a szyby są, oczywiście, pojedyncze. Sprawy mają się nieco lepiej w mieszkaniach zajmowanych przez ich właścicieli, a nie oddawanych na pastwę studentom (co, oczywiście, zniechęca do kosztownych inwestycji w rodzaju wymiany okien), ale tylko nieco - z moich obserwacji, przynajmniej w Le Cure czy Campo di Marte, gdzie zdarzyło mi się mieszkać, nie mówiąc już o historycznym centrum, większość kamienic nie imponuje stanem swych okien i w ogóle sprawia typowe dla Włoch wrażenie powolnego rozkładu. Jak jest w osiedlach nowych bloków i willach bogaczy, nie mam pojęcia, bo w takich okolicach nie bywałam.

Bardziej ogólną przyczyną jest natomiast to, że florenckie kamienice najwyraźniej zostały zaprojektowane tak, aby chronić przed upałem, natomiast coroczne nadejście zimy zdaje się być za każdym razem zaskoczeniem. Tutejsza ludność sprawia zresztą wrażenie podchodzącej do pojawiających się problemów nie konstruktywnie, z zamiarem ich rozwiązania, ale fatalistycznie, z założeniem, że tak już widać musi być.

Biorąc to wszystko pod uwagę, zaczynam się zastanawiać, czy korespondent Polskiego Radia czasem nie zrozumiał apelu burmistrza Florencji opacznie: może chodziło o osiągnięcie pułapu 18 stopni, a nie nieprzekraczanie go? Gdybym nadal tam mieszkała, taki postulat wydałby mi się tyleż godny poparcia, co, niestety, nierealistyczny.

* To znaczy, oczywiście, zakładając, że w ogóle posiadasz taki cudzoziemski wynalazek jak kołdra.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Godzina wilka

Gdybym miała wybrać swoje ulubione szwedzkie słowo, byłoby to chyba właśnie to: vargtimmen, godzina wilka. Jest takie zupełnie nie po skandynawsku metaforyczne i niesamowite. Godzina wilka to czas przed świtem, między 3 a 5 nad ranem, ostatnie godziny nocy, zaraz przed powrotem światła. Według ludowych wierzeń to najtrudniejsza część doby, czas, w którym rodzi się najwięcej dzieci i najwięcej ludzi umiera, śpiący mają najgorsze koszmary, a cierpiących na bezsenność ogarnia największy lęk. Czuwających przy ognisku zaś w tym czasie właśnie mógł zmorzyć sen, czyniąc z nich łatwe ofiary wilków. Według nauki natomiast jest to okres najmniejszej aktywności organizmu, kiedy obniża się temperatura ciała, ciśnienie krwi i przemiana materii.

Jest to także tytuł filmu Ingmara Bergmana. I piosenki zespołu Hedningarna (czyli "poganie"). Ja jednak na ilustrację muzyczną wybiorę inny utwór, trochę, choć już nie tak bezpośrednio, zbliżony tematycznie: ludową piosenkę o wilkołaku w wykonaniu …

Personnummer

Po powrocie do Sztokholmu zastałam w skrzynce list z Urzędu Skarbowego z zawiadomieniem, że przyznano mi oficjalnie personnummer. Tym samym stałam się, w szwedzkim rozumieniu, pełnoprawną istotą ludzką.
Personnummer, dosłownie numer osobisty, a bardziej oficjalnie numer ewidencyjny, to odpowiednik polskiego numeru PESEL. Jak głosi broszura Urzędu Skarbowego, jest on "jednolitym narzędziem pozwalającym na jednoznaczne ustalenie tożsamości osób fizycznych. W obecnej formie numer ten występuje od 1967 r., niemniej już w roku 1947 wprowadzono system ewidencji oparty na dacie urodzenia oraz trzycyfrowej liczbie porządkowej urodzenia" (tak, tak, broszura jest dostępna po polsku).
Osoba bez numeru ewidencyjnego w Szwecji po prostu nie istnieje jako członek społeczeństwa. Pytają się o niego przy zapisywaniu się do lekarza, podpisywaniu jakichkolwiek umów, logowaniu się do serwisów pośredniczących w wynajmie akademików, wyrabianiu kart bibliotecznych, uczestniczeniu w kursach na uniw…

Europejczycy to mięczaki

Snują się po całym budynku jak jakieś duchy narzekając na zimno — Skandynawowie, Brytyjczycy, Portugalczycy... budynek jest wszak siedzibą Centrum Studiów Europejskich, więc można przebierać w narodowościach. Oplatają zgrabiałe palce wokół kubków z gorącą herbatą, zapinają pod szyję swetry i otulają się szalami. I zawracają głowę, że skoro temperatura od paru już dni utrzymuje się poniżej 20 stopni, może by tak włączyć ogrzewanie? Albo chociaż wyłączyć klimatyzację...?
Ledwo wydostali się spod opiekuńczych skrzydeł unijnych norm, świat zaczyna ich atakować. Amerykańska pasta do zębów okazuje się być toksyczna: już po paru dniach używania kończą z gębą pełną aft i muszą szukać kogoś, kto zna kogoś, kto będzie w najbliższym czasie podróżował z Europy i mógłby przywieźć stamtąd tubkę czy dwie — nieważne, z jakiego kraju, nieważne, jakiej marki (tu marki są te same, ale co z tego?), ważne, żeby jej skład spełniał normy UE. Wolą nawet nie myśleć, co jest w jedzeniu, ale na wszelki wypadek…