poniedziałek, 22 listopada 2010

Słońce Toskanii

Wbrew wczorajszym zastrzeżeniom wracam już dzisiaj z nową dygresją. A to za sprawą wiadomości, którą usłyszałam dziś rano w radiu, a która bardzo mnie rozbawiła - choć śmiech, którym na nią zareagowałam, był śmiechem gorzkim. Otóż podobno we włoskich miastach wzywają obywateli, aby w imię zdrowia i ekologii przykręcali w swoich domach kaloryfery. Burmistrz Florencji podpowiada ponoć, że temperatura 18 stopni Celsjusza jest optymalna i na niej właśnie florentczycy powinni się zatrzymać.

Skąd więc gorzki śmiech, zapytacie, drodzy Czytacze? A przynajmniej ci z Was, którzy nie znają mnie osobiście i nie wysłuchiwali już wielokrotnie moich opinii na temat florenckiej zimy, rozwiewających nieco utrwalone przez śródziemnomorską propagandę wyobrażenia. Otóż zima we Florencji jest koszmarem. I nie chodzi nawet o pogodę, bo choć ze względu na specyficzny mikroklimat niemal przez cały czas tam leje, to temperatury na ogół oscylują wokół 10 stopni. Chodzi natomiast o wnętrza. W których jest lodowato. Tak lodowato, że gdybym miała dodać przed owym "lodowato" jakiś wzmacniający przysłówek, musiałoby to być słowo powszechnie uważane za niecenzuralne i niegodne ludzi kulturalnych, którymi wszak i ja, i Czytacze, jesteśmy. Można by wręcz zacząć układać listy - na wzór krążących po internecie typu "10 znaków, że pijesz za dużo kawy", tudzież "10 znaków, że oglądasz za dużo filmów" - tylko że ich tematem byłoby rozpoznanie, że spędza się zimę we Florencji. Kilka moich propozycji:

- w słoneczne dni otwierasz okno, żeby ogrzać pokój;
- rano po wstaniu, zanim się ubierzesz, wkładasz ubrania pod kołdrę*, żeby się ogrzały, bo wyjęte prosto z szafy są zbyt lodowate;
- jak szybko byś nie jadł(a), obiad zawsze zdąży wystygnąć, zanim zdążysz go zjeść;
- budzisz się przewracając się we śnie z boku na bok, bo poduszka jest tak zimna;
- gdy siedzisz dłużej w jednym miejscu boisz się ruszyć, żeby nie narazić nowych partii skóry na kontakt ze świeżym (czytaj: nieogrzanym) powietrzem;
- nie musisz otwierać okien, żeby wywietrzyć pokój - wietrzy się cały czas automatycznie, czy tego chcesz, czy nie;
- starasz się jak najrzadziej chodzić do toalety, żeby uniknąć dotykania deski klozetowej.

I tak dalej, i tak dalej. O chodzeniu po domu w trzech bluzach, spodniach, nałożonej na nie spódnicy polarowej, dwóch parach skarpet i rękawiczkach nie wspomnę.

Powodem tego stanu rzeczy są: kamienne podłogi, małe i w idiotycznych miejscach poumieszczane grzejniki, a przede wszystkim - nieszczelne okna. Choć "nieszczelne" to mało powiedziane: większość z nich nie doświadczyła nigdy czegoś takiego jak uszczelka, części nie da się nawet porządnie zamknąć, bo haczyki są już zbyt zciachane, tak że komary mogą spokojnie wlatywać do wnętrz nawet przy "zamkniętych" oknach, a szyby są, oczywiście, pojedyncze. Sprawy mają się nieco lepiej w mieszkaniach zajmowanych przez ich właścicieli, a nie oddawanych na pastwę studentom (co, oczywiście, zniechęca do kosztownych inwestycji w rodzaju wymiany okien), ale tylko nieco - z moich obserwacji, przynajmniej w Le Cure czy Campo di Marte, gdzie zdarzyło mi się mieszkać, nie mówiąc już o historycznym centrum, większość kamienic nie imponuje stanem swych okien i w ogóle sprawia typowe dla Włoch wrażenie powolnego rozkładu. Jak jest w osiedlach nowych bloków i willach bogaczy, nie mam pojęcia, bo w takich okolicach nie bywałam.

Bardziej ogólną przyczyną jest natomiast to, że florenckie kamienice najwyraźniej zostały zaprojektowane tak, aby chronić przed upałem, natomiast coroczne nadejście zimy zdaje się być za każdym razem zaskoczeniem. Tutejsza ludność sprawia zresztą wrażenie podchodzącej do pojawiających się problemów nie konstruktywnie, z zamiarem ich rozwiązania, ale fatalistycznie, z założeniem, że tak już widać musi być.

Biorąc to wszystko pod uwagę, zaczynam się zastanawiać, czy korespondent Polskiego Radia czasem nie zrozumiał apelu burmistrza Florencji opacznie: może chodziło o osiągnięcie pułapu 18 stopni, a nie nieprzekraczanie go? Gdybym nadal tam mieszkała, taki postulat wydałby mi się tyleż godny poparcia, co, niestety, nierealistyczny.

* To znaczy, oczywiście, zakładając, że w ogóle posiadasz taki cudzoziemski wynalazek jak kołdra.

Brak komentarzy: