niedziela, 27 lutego 2011

Lód



Przerywam izraelskie refleksje i rozważania, aby udokumentować - zanim nadejdzie upragniona odwilż - zamarzniętą Zatokę w Gdyni Orłowie. Jak widać, liczne apele o niewchodzenie na lód niewiele dają...





sobota, 26 lutego 2011

Wojna i pokój


Młodzi ludzie z wielgachnymi karabinami to w Izraelu widok najzupełniej powszechny. W sfotografowanej przeze mnie grupce żołnierzy i żołnierek było coś surrealistycznego: no bo jak inaczej nazwać dziewczynę (być może jeszcze nastolatkę, bo służbę wojskową zaczyna się tu w wieku 19 lat - jest obowiązkowa dla wszystkich i trwa dwa lata) z przewieszoną przez jedno ramię dziewczyńską torebką, a przez drugie - ogromnym karabinem?

Nasza bardzo gościnna, ale hiperpatriotyczna (co jest ogółem powszechną cechą w tym kraju), jerozolimska gospodyni, zapytana o tę wszechobecność broni palnej, przekonywała nas, że wojsko to dla każdego obywatela Izraela wspaniałe doświadczenie, z którego przyjaźnie pozostają na całe życie (w co akurat jestem w stanie uwierzyć) oraz że ci żołnierze z karabinami to zupełnie zwyczajni młodzi ludzie (w co uwierzyć już mi trochę trudniej, bo żaden człowiek ubrany w mundur i z bronią palną w ręku nie jest już "zupełnie zwyczajny"). Miała również za złe światowym mediom, które, według niej, zbyt dużo miejsca poświęcają konfliktom na Bliskim Wschodzie, stwarzając w ludziach obraz Izraela jako kraju targanego trwającą wciąż wojną. Turyści przyjeżdżają do Izraela z głowami napakowanymi tymi stereotypami, narzekała, spodziewając się tu strefy wojennej i są zdziwieni, że wiedzie się tu normalne, codzienne życie. Czy to jest wojna? - pytała nasza gospodyni retorycznie.

No niby nie. Rzeczywiście, życie płynie tam dość normalnym trybem. Ale z drugiej strony, patrząc na te karabiny, check-pointy, mury, kontrole bezpieczeństwa (bramka wykrywająca metale plus strażnik zaglądający do toreb i plecaków) na wejściu do każdego banku, urzędu czy centrum handlowego, przeszedłszy gruntowną kontrolę na lotnisku Ben Guriona i nasłuchawszy się tamże komunikatów o tym, że "Carrying weapons is forbidden in all terminal buildings", mogłabym odpowiedzieć: pokój to to też na pewno nie jest.


czwartek, 24 lutego 2011

Izraelskie kościoły są jak cebula

Mają warstwy. To, co można w nich dzisiaj podziwiać jest zwykle po prostu którąś tam z kolei warstwą, nałożoną na wcześniejsze budowle. Na początku było jakieś ważne miejsce, na ogół wyróżniające się tym, że Jezus lub ktoś z jego otoczenia zrobił tam coś, co zostało odnotowane w Ewangelii. Na tym mamy czasami domus ecclesiae, czyli kościół domowy, jak na przykład w domu św. Piotra w Kafarnaum, z którego do dzisiaj pozostały omiecione dokładnie przez archeologów ściany:


Następną warstwą jest zazwyczaj kościół bizantyjski, który do naszych czasów dotrwał najczęściej w postaci mozaik, odkrywanych tu i ówdzie przy okazji renowacji czy przebudów. Na przykład takie oto mozaiki z - bagatela - V wieku w Bazylice Rozmnożenia Chleba w Tabdze nad Jeziorem Genezaret:


Drugie tysiąclecie chrześcijaństwa przyniosło kolejne warstwy: kościoły krzyżowców, niejednokrotnie przeróbki kolejnych fal zdobywających te ziemie muzułmanów, a wreszcie, na tym wszystkim, budowle dwudziestowieczne. Bywa, że wybudowano je dosłownie nad pozostałościami sprzed dwóch tysiącleci: nad domem św. Piotra nowy kościół, wsparty w kilku rogach, wznosi się, niczym pająk albo lądujący latający spodek, parę metrów nad wykopaliskami - jak (trochę) widać na pierwszym zdjęciu. A znowu w Nazarecie, w Bazylice Zwiastowania, starsze kościoły zawarte są w nowszych jak matrioszki: w samym środku jest to, co miało być domem Maryi, a najbardziej zewnętrzna warstwa (która jest ponoć największym kościołem na Bliskim Wschodzie) powstała dopiero pod koniec lat 60. XX wieku:


W Bazylice Narodzenia w Betlejem kolejne warstwy widoczne są w... drzwiach. Wyraźnie widać jeszcze obrys pierwszego, dużego portalu oraz mniejszego łuku krzyżowców, którzy zmniejszyli wejście w celach obronnych. Obecne drzwi, z czasów osmańskich, są tak niskie, że przeciętnego wzrostu osoba musi się sporo schylić, żeby się w nich zmieścić. Wolę nie myśleć o przepisach BHP i ewentualnej ewakuacji!


Dwudziestowieczne przeróbki, czy też kościoły wzniesione zupełnie od nowa w latach 20. i 30., są często dokonaniem włoskiego architekta nazwiskiem Antonio Barluzzi - po obejrzeniu kilku jego dokonań stwierdzam, że miał facet talent. Ot, chociażby wspomniany dwie dygresje temu kościół Dominus Flevit, w którym wykorzystał roztaczającą się sprzed kościoła panoramę Jerozolimy i zamiast zdobić wnętrze jakimiś dziełami sztuki, po prostu "oprawił" tę panoramę oknem, tworząc jeden z najbardziej fotogenicznych widoków Jerozolimy. W kilku miejscach w czasie prac nad kościołem zdarzało mu się odnajdywać pozostałości dawnych mozaik, a wtedy bywało, że znacznie zmieniał projekt, jak w przypadku widocznego poniżej Kościoła Wszystkich Narodów przylegającego do Ogrodu Oliwnego.


Widać zresztą, że owa wszechobecność mozaik wpłynęła na jego pracę i sam nie stronił od tej techniki: czy to na powyższej fasadzie, czy też, na przykład, na złoto-niebieskim suficie Kościoła Błogosławieństw.


A to wszystko to tylko jeden z wielu dowodów na niesamowite bogactwo historyczno-kulturowe tego kraju...

sobota, 19 lutego 2011

I only want to say

Czy to bardzo źle o mnie świadczy, że większość świętych miejsc Jerozolimy kojarzy mi się z piosenkami z "Jesus Christ Superstar"...?


Kościół Dominus Flevit ("Pan zapłakał")


Wieczernik (z mihrabem w ścianie i minaretem na dachu jako pozostałościami po czasach, gdy służył jako meczet)


Ogród Oliwny


Grota Getsemani (w której na ścianie - ślad po obecności naszych rodaków)


Kościół św. Piotra in Gallicantu (na którego iglicy stoi kogut, od którego piania kościół bierze swoją nazwę)

czwartek, 17 lutego 2011

Koty Izraela


Dziś podobno Światowy Dzień Kota! A tak się składa, że koty w Izraelu są wszędzie. Wychudzone i grubaśne, czarne, rude, szare i w plamy, przemykające po chodnikach i ulicach, łaszące się i wylegujące się leniwie, ledwie raczące otworzyć jedno oko na przechodnia.


Wiele z nich przechadza się lub wyleguje na dachach Jerozolimy, podziwiając roztaczające się stamtąd widoki, na przykład na złotą Kopułę na Skale...


...lub też na pełne anten satelitarnych i kolektorów słonecznych dachy Starego Miasta (z kawałkiem kopuły Bazyli Grobu w tle).


W Kafarnaum drzemią spokojnie w słońcu na progu domu św. Piotra:


W Starej Jafie wybierają miejsca osłonięte od wiatru od morza, z widokiem na Tel Awiw w tle:


Natomiast w samym Tel Awiwie okupują daszki nad sklepami...


...a w razie nagłego ataku gradu chowają się pod stolikami w kawiarniach. Ten poniżej akurat schował się pod naszym, a wkrótce potem wszedł na kanapę, ułożył się w najlepsze na laptopie siedzącej tam pani i zasnął głębokim snem.


wtorek, 15 lutego 2011

Syndrom jerozolimski


Lekarze szpitala psychiatrycznego Kfar Shaul w Jerozolimie, oprócz szeregu problemów psychicznych, z jakimi borykają się bywalcy tego typu przybytków na całym świecie, muszą być gotowi również radzić sobie z jednym dodatkowym, specyficznym dla tego miejsca: syndromem jerozolimskim. Przypadłość ta dotyka rocznie od 50 do 200 turystów i pielgrzymów przybywających do tego miasta, głównie chrześcijan i żydów, którzy pod wpływem wizyty w Jerozolimie nagle odkrywają w sobie skłonności prorocze i wychodzą na ulice nauczać (bywa, że w todze spreparowanej naprędce z hotelowych prześcieradeł), bądź czekać na nadejście Mesjasza (pewna pani oczekiwała go codziennie na szczycie Góry Skopus z przygotowaną specjalnie dla niego filiżanką herbaty). Bywają i tacy, którzy czekać już nie muszą, bo odkrywają, że są biblijnymi postaciami (pewien "Samson" usiłował kiedyś ponoć wydostać się z hotelu poprzez wyważenie ścian), albo wręcz, że to oni we własnej osobie są Mesjaszem. Lekarze z Kfar Shaul skonfrontowali kiedyś ze sobą dwóch takich delikwentów - obydwaj zarzucali sobie nawzajem oszustwo. Zwykle syndrom jerozolimski jest niegroźny i mija po opuszczeniu Jerozolimy - pozostaje jedynie wspomnienie, zapewne dość żenujące. A co go powoduje? Wrażliwa psychika ugina się pod ciężarem zmasowanego ataku tylu ważnych i rozpoznawalnych zabytków, i całej tu nagromadzonej świętości kilku religii. Na co nakłada się jeszcze konfrontacja wyobrażeń i oczekiwań z rzeczywistością.


Najwyraźniej brak mi dostatecznej wrażliwości i zbyt mocno stąpam po ziemi, bo w czasie pobytu w Jerozolimie ani razu nie odczuwałam wewnętrznej potrzeby wyjść między ludzi i nauczać. Niemniej jednak jest to wyjątkowe miasto. W sercu Starego Miasta (choć na początku naszej ery to miejsce musiało znajdować się poza murami, jeżeli ma rzeczywiście być Tym Miejscem) wznoszą się zielonkawe kopuły Bazyliki Grobu Pańskiego, kamiennej budowli krzyżowców, mieszczącej kilka ostatnich stacji Drogi Krzyżowej: wyłożony srebrem otwór w posadzce wyznacza miejsce, gdzie miał stać Krzyż, a maleńka grota w środku kościoła, jego najważniejszy punkt, to ponoć Grób Chrystusa. Ponure, ciemne wnętrze wypełnione jest setkami lamp, ikon i świec (i turystów). Ale może jego ponurość jest właśnie na miejscu?


Na pewno stanowi to ogromny kontrast do innej świętej budowli, zresztą na Bazylice wzorowanej: lśniącej złotem i błękitem Kopuły na Skale, najbardziej przyciągającej wzrok ze wszystkich budynków Jerozolimy. Skała, którą kryje, jest ponoć tą, na której Abraham miał złożyć w ofierze Izaaka (czy też Izmaela według muzułmanów) i z której Mahomet wstąpił do niebios. Razem ze znajdującym się tuż obok meczetem Al-Aksa - "Najdalszym Meczetem" - stanowi trzecie najświętsze miejsce islamu. Które próbował podpalić w 1969 dotknięty syndromem jerozolimskim Australijczyk, przekonany, że nadszedł czas na świętą wojnę i wyrzucenie muzułmanów z Ziemi Świętej (co skończyło się zamieszkami). Ozdobione półksiężycami budowle stanęły na miejscu, z którego, według żydów, świat bierze swój początek i w którym Bóg jeszcze nie raz okazywał swoją szczególną obecność oraz na którym stały Świątynie Jerozolimskie - pierwsza, Salomona, zburzona przez Babilończyków i druga, z której Jezus wygonił kupców, zburzona przez Rzymian. Tym samym Wzgórze Świątynne to miejsce nie tylko święte, ale też centralne dla żydowskiej tożsamości narodowej. Religia i nacjonalizm mają wszak tak wiele ze sobą wspólnego... Ze Świątyni pozostała tylko jedna ściana: Zachodnia, zwana też Ścianą Płaczu, służąca jako swego rodzaju synagoga na wolnym powietrzu - tym bardziej, że dla niektórych religijnych żydów wejście na samo Wzgórze Świątynne byłoby niewskazane, bo oznaczałoby ryzyko nastąpienia na miejsce, gdzie znajdowało się Święte Świętych, a tam wstęp miał tylko najwyższy kapłan.


To zaledwie ułamek najrozmaitszych świętości tego miasta - ale już samo to chyba wystarczy, by człowieka przytłoczyć. Nawet jeżeli nie jest się zbyt religijnym, jest to miejsce, jak mało które na świecie, tak pełne podstawowych dla cywilizacji europejskiej symbolicznych, historycznych i kulturowych odniesień, że przybysz choć trochę na historię i kulturę wyczulony może w pierwszej chwili czuć się wręcz zdziwiony, że takie miasto może sobie tak po prostu... istnieć. W realu. A pozostaje jeszcze druga strona: konfrontacja z rzeczywistością. Która może okazać się bolesna. Oczekujesz, pielgrzymie, atmosfery do skupienia i kontemplacji, na przykład przechodząc Drogą Krzyżową? Nic z tego - idziesz przecież nie przez historyczny skansen, ale przez funkcjonujące miasto. Droga wiedzie przez wąskie i zawiłe uliczki dzielnicy muzułmańskiej i chrześcijańskiej, przez ruchliwy suk, na którym co chwila miejscowi będą chcieli ci coś sprzedać - od świeżo wyciskanych soków z cytrusów czy granatów, przez pamiątki, po dewocjonalia i "prawdziwe rosyjskie ikony" - albo chociaż koniecznie wskazać drogę do następnej stacji, czy tego potrzebujesz czy nie. A gdy już zejdziesz z ruchliwych ulic w mrok kościołów, napotkasz tam tłumy (nawet teraz, w lutym) turystów pozujących do zdjęć jak oddają cześć świętym artefaktom. Żeby dostać się do Grobu Pańskiego będzie trzeba odstać swoje w kolejce, a gdy już tam wejdziesz, zostaniesz popędzony przez miejscowego mnicha, żeby nie stać za długo i już sobie pójść, zrobić miejsce dla innych.


Innym rodzajem konfrontacji z rzeczywistością jest próba prześledzenia niekończących się sporów o święte miejsca prowadzonych od setek lat przez najróżniejsze Kościoły chrześcijańskie, historii o tym, jak to poszczególne grupy albo zamykały się w środku Bazyliki niedopuszczając innych, albo były przez kogoś innego zamykane od zewnątrz (stąd drabinka na poniższym zdjęciu - używano jej kiedyś do podawania pożywienia jednej z takich grup. I tak już została), jak poszczególne części Bazylik Grobu w Jerozolimie i Narodzenia w Betlejem podzielone są dokładnie, co do lampy i schodka, między różne wyznania i jakie walki się zaczynają, gdy ktokolwiek wykroczy poza swój wyznaczony teren. Przykro się robi, jak się o tym czyta. No cóż, chyba naiwnością byłoby się spodziewać, że choć w miejscach dla chrześcijaństwa najświętszych wartości chrześcijańskie będą jakoś szczególnie przestrzegane...


A jednak przyjmuję tę rzeczywistość z wszelkimi jej wadami: jako świadectwo tego, że Jerozolima to miasto żywe, w którym rzeka codziennego życia żłobi swoje koryto. Jest w nim i świętość, i historia, i natarczywi kupcy, i zupełnie zwyczajni, dwudziestopierwszowieczni ludzie zajmujący się swoimi codziennymi sprawami, podobnymi do codziennych spraw ludzi w innych częściach świata. I takie podejście wcale nie czyni jej mniej ciekawą czy fascynującą. A można mieć nadzieję, że zmniejsza ryzyko dotknięcia jerozolimskim syndromem.