środa, 29 stycznia 2014

Świątynie Paganu

 
W okolicach Paganu (czy też Baganu), w środkowej Birmie, nad brzegiem jej największej rzeki Irawadi, roztacza się niezwykły region, słynny ze swoich kilku tysięcy buddyjskich świątyń. Wybudowano je w większości między XI a XIII wiekiem, kiedy to Pagan był stolicą silnego królestwa, którego władcy prześcigali się we wznoszeniu okazów pobożności. Niektóre z nich są tak małe, że można je porównać do chrześcijańskich kapliczek, inne to duże świątynie, z wielkimi i licznymi posągami Buddy, jeszcze inne to stupy, czyli coś w rodzaju przerośniętych relikwiarzy: konstrukcja w kształcie dzwonu, która kryje przedmiot o dużym religijnym znaczeniu (np. najsłynniejsza birmańska stupa to mieniąca się złotem i klejnotami ranguńska Szwedagon, która ma zawierać włosy Buddy). Niektóre są czerwono-pomarańczowe, z cegłą, z której je zbudowano pozostawioną na widoku, inne - otynkowane, w jasnych kolorach ze złoconymi elementami.






Wszystkie one rozrzucone są na przestrzeni koło 100 km², pomiędzy miejscowościami Starym i Nowym Pagan oraz Nyaung U, a także na rozpościerającej się na wschód od nich równinie: zieleń drzew jak okiem sięgnąć poprzetykana jest świątyniami, tworząc wyjątkowy krajobraz. Wielu odwiedzających ten region decyduje się podziwiać go o wschodzie słońca z pokładu balonu - jednak jako że my nie należymy do rannych ptaszków, zaczynaliśmy nasze eksploracje świątyń Paganu o dużo późniejszej porze, używając do tego elektrycznych rowerów. Rowery te, chińskiej produkcji, bardziej przypominały skutery niż rowery (choć miały pedały, nie spróbowałam nawet, czy i na ile efektywnie one działają) i trochę sprawiały wrażenie, jakby wymyślono je specjalnie po to, żeby obejść birmańskie prawo zabraniające wynajmowania motocykli i skuterów obcokrajowcom. Nigdy wcześniej nie prowadziłam skutera, a do rowerów pałam pewną niechęcią, ale po przebyciu krótkiego kursu ("Tu przekręcasz kluczyk, tu dodajesz gazu, tu hamujesz - i jedziesz!") udało mi się tej pojazd okiełznać i nie rozbić siebie ani niczego innego. Z drugiej strony, udało mi się też złapać gumę...


Jak już wspominałam, buddyzm podczas tej podróży, mojego pierwszego zetknięcia się z tą religią, wydał mi się religią otwartą - świątynie buddyjskie sprawiły na mnie podobne wrażenie (w odróżnieniu od, na przykład, meczetów, choć zastanawiam się, na ile działa tutaj warunkowanie kulturowe).


Przed wejściem do każdej ze świątyń (lub wspięciem się na jej szczyt) należy zdjąć obuwie, wejścia otaczają więc pozostawione na ziemi i schodach buty: jakoś nikt się nie obawia, że po zakończeniu zwiedzania lub modlitwy nie zastanie ich w tym samym miejscu. A w panujący w Paganie upał przyjemny jest dotyk kamiennej posadzki pod bosymi stopami.

sobota, 25 stycznia 2014

Plastikowe krzesełka


Bary z małymi, kolorowymi, plastikowymi krzesełkami podbiły nasze serca. Są w Birmie wszędzie. Bar taki jest otwarty na ulicę, a czasami stoi w całości na ulicy, z wystawionymi na niej małymi stolikami, czasem parasolami chroniącymi przed słońcem, no i wspomnianymi krzesełkami. Krzesła i stoły są tak małe, że wydają się bardziej pasować do kącika zabaw dla dzieci niż do baru dla dorosłych. Głównym spożywanym w takim lokalu napojem jest zielona herbata (można, owszem, dostać w Birmie również czarną herbatę: wygląda ona jak czarna kawa, a jej smak skręca wnętrzności), często wystawiona w termosach na stolikach, szklanki do niej stoją obok w misce: tylko usiąść i się częstować. W barze przy lotnisku w Heho, gdy po wypiciu całego termosu chcieliśmy zapłacić za herbatę, dowiedzieliśmy się, że jest ona podawana za darmo i nie przyjęto od nas pieniędzy mimo nalegań.


W niektórych barach można zjeść też pełny posiłek, przygotowany na miejscu w przenośnej kuchni.





piątek, 24 stycznia 2014

Ulice Rangunu


Życie w gorącym klimacie wylewa się na ulice, więc ulice centrum Rangunu są jednym wielki targowiskiem. Na wąskich i nierównych chodnikach (wszystkie płyty zdają się latać luzem, każda odłamana część oddzielnie, a pod nimi zieją niejednokrotnie tajemnicze otchłanie) rozkładają się sprzedawcy wszystkiego: smażonych na miejscu, w misce oleju przekąsek na patykach, gór owoców (całe stosy mandarynek!), pilotów do różnorakich urządzeń, różnego rodzaju większej i mniejszej elektroniki i sprzętu AGD, nowego i używanego (łagodnie powiedziane - część z wyłożonych rzeczy wygląda, jakby mogła się nadać już tylko jako przyciski do papieru), telefonów komórkowych, pirackich płyt DVD z filmami amerykańskimi i azjatyckimi, w tym świeżutkich premier, pirackich książek zeskanowanych często razem z naklejkami i podkreśleniami, jakie były w oryginałach. Kioski-apteki i stanowiska krawców, wystawiających na ulicę swoje maszyny do szycia. Bary z małymi plastikowymi krzesełkami i sklepy z neonowymi, błyskającymi kolorowymi światłami aureolami dla figurek Budd - wpatrywanie się w rząd takich aureoli choć przez chwilę powoduje oczopląs. Publiczne telefony, czyli aparaty telefoniczne wystawione po prostu ze sklepu na ulicę, z możliwością skorzystania za opłatą - co daje pewne pojęcie o braku telefonów stacjonarnych w mieszkaniach. Co do telefonów komórkowych, ma je jedynie około 10% populacji Birmy, ponieważ jeszcze do bardzo niedawna karty SIM kosztowały nawet ponad 1000 USD i mało kto mógł sobie na nie pozwolić.







Kamienice w centrum Rangunu to mieszanina budynków z czasów kolonialnych i dość nowych bloków. Te pierwsze są często raczej zapuszczone, odkruszające się, z krzewami wyrastającymi z gzymsów i grzybem rosnącym pod balkonami. Kolorowe i ozdobione antenami satelitarnymi. A z balkonów wszędzie zwisają sznurki zakończone u dołu klamrą, siatką lub koszykiem, za pomocą których można spuszczać z mieszkania i podnosić z poziomu ulicy drobne przedmioty bez konieczności wchodzenia na górę do mieszkania.






Z Bangkokiem łączy Rangun między innymi to, jak dużo życia - w porównaniu z miastami europejskimi - toczy się na ulicy oraz to, jak inaczej zorganizowana jest wspólna przestrzeń i jak odmienne podejście do norm budowlanych i BHP. Ciekawe, czy ktoś zbadał kiedyś podobieństwa i różnice w podejściu do przestrzeni miejskiej między Europą a cywilizacjami azjatyckimi, bo chętnie bym się z takimi studiami zapoznała. Różnicą między Rangunem i Bangkokiem jest natomiast ilość drapaczy chmur - ten las nie wyskoczył jeszcze w górę, ponad poziom podszycia - i infrastruktury turystycznej. Zagraniczni turyści są tu jeszcze rzadkością, za którą oglądają się dzieci na ulicy i nie mają w czym przebierać. Ale nie grozi też ryzyko natknięcia się na Hipsterlandię.

środa, 22 stycznia 2014

Ucieczka od zimy


Przed nieubłaganym mrozem uciekłam tym razem bardzo daleko. Tam, gdzie upał uderza po głowie i w pierwszej chwili odbiera dech. Tak, pali i męczy, ale mimo to nawet po dwóch tygodniach nie wymęczył mnie jeszcze na tyle, żebym zatęskniła za europejską zimą. Wracałam więc z mieszanymi uczuciami.



Najpierw był Bangkok. Miasto świątyń i pałaców o kolorowych, wywiniętych dachach i lśniących złotem i mozaikami ścianach; miasto złotych i szmaragdowych Budd: Buddowie często występują w grupach, całe ich rzędy, dużych i małych, siedzących, stojących i leżących, już pozłoconych i takich, których wierni dopiero ozłacają przyklejając do nich złote listki. I wszyscy bez wyjątku z półprzymkniętymi powiekami: spokój, dystans i harmonia, a może zmęczenie upałem? Pierwszy raz podróżowałam po buddyjskim kraju i spodobało mi się to: otwarta, nieopresyjna atmosfera wita podróżnika i sprawia, że czuje się on mile widziany.




Miasto takie, w kierunku których zmierzają miasta świata jeżeli wierzyć twórcom science fiction: las drapaczy chmur przecięty ścieżkami przemykających po wiaduktach autostrad i kolejek, z podszyciem niższej, starszej, bardziej chaotycznej zabudowy. Życie toczy się tu wielopoziomowo. A horyzont jest niedostrzegalny, nawet z wysokiego wiaduktu: na długo przed nim budynki giną w mgle zmieszanej ze smogiem, tak, że świat wydaje się jednocześnie wielki i dziwnie mały.



Byłam w Bangkoku w czasie protestów i blokady. Nie mam natury reportera wojennego, a więc nie pchałam się tam, gdzie odbywały się protesty, w dzień rozpoczęcia blokady postanowiłam trzymać się dzielnicy Banglamphu, gdzie liczba białych twarzy na ulicach zdaje się dorównywać tym lokalnym, a co drugi budynek kryje hotel lub hostel. Tylko zwiększona liczba flag - w kolorach tajskiej flagi narodowej i żółtych - oraz przechodzące od czasu do czasu grupki protestujących z flagami, opaskami i T-shirtami z nadrukiem "Shut down Bangkok, restart Thailand", udające się na demonstracje lub też z nich wracające, zdradzały, że w mieście coś się dzieje. Poza tym życie w Hipsterlandii - jak nazwałam okolice Khaosan Road, osi Banglamphu - płynęło zwykłym rytmem: tłumy Amerykanów i Europejczyków w wieku w większości od późnonastoletniego do po trzydziestce przechadzały się między barami z alkoholem i głośną, zachodnią muzyką (w jednym z nich pan przygrywający na gitarze i śpiewający "Let it be" bez zbyt dogłębnej znajomości tekstu, powtarzający w kółko dwa wersy), sklepami z hippisowsko-hipsterską odzieżą (wszędzie taką samą), studiami tatuażu i zaplatania warkoczyków i dredów, salonami tajskiego masażu z fotelami wystawionymi wprost na ulicy, aptekami, krawcami, biurami podróży, antykwariatami, tanimi hotelami i hostelami, stoiskami z podrobionymi dokumentami, McDonaldem, Subwayem, Starbucksem i dwoma Burger Kingami. Wszystko tu kolorowe, neonowe, głośne i oderwane od rzeczywistości.