sobota, 18 czerwca 2011

Brytyjska uprzejmość


Jak widać na zdjęciach nadesłanych przez Czytaczkę Karolinę, brytyjscy klämriskotwórcy nie uciekają się do najniższych instynktów (strach), ani nie przemawiają głosem nieznoszącym sprzeciwu z wyżyn autorytetu. Oni zwracają się do ogółu z prośbą, uprzejmie tę prośbę uzasadniając. A nawet jak już muszą uderzyć w nieco bardziej surowy ton, nie tracą chłodnego opanowania. Ot, maniery!

czwartek, 16 czerwca 2011

O bałtyckich korsarzach, zagrabionych dziełach sztuki i florenckich kościołach

Gdy wiele lat temu uczyłam się na przewodnika po Trójmieście, jednym ze zgłębianych przeze mnie tematów była historia najbardziej chyba wartościowego z tutejszych dzieł sztuki - "Sądu Ostatecznego" Hansa Memlinga. Obraz ten zamówiony został u niderlandzkiego mistrza w drugiej połowie XV wieku przez florentczyka Angela di Jacopo Taniego i pierwotnie trafić miał do jednego z florenckich kościołów. Nigdy jednak tam nie dotarł.

Był rok 1473 i trwała właśnie wojna Ligii Hanzeatyckiej z Anglią, którą ta pierwsza prowadziła przede wszystkim za pośrednictwem floty kaperskiej, blokującej angielskie wody terytorialne i nierzadko atakującej cokolwiek, co zmierzało do angielskich portów, łącznie ze statkami niezaangażowanych w konflikt stron. Jak na przykład płynący pod neutralną, burgundzką banderą galeon "San Matteo", który został zdobyty przez gdańską karakę "Peter von Danzig" dowodzoną przez kapitana Pawła Beneke. Łupem gdańszczan, oprócz skór, tkanin i innych cennych towarów, padł także wieziony na "San Matteo" do Italii tryptyk Memlinga. Właściciele "Petera von Danzig" rozdzielili zdobyte bogactwa między siebie, jednak obraz ofiarowali kaplicy św. Jerzego w gdańskim Kościele Mariackim - jako że należeli do bractwa tego właśnie świętego. I mimo zjednoczonych wysiłków Medyceuszy, księcia burgundzkiego, a nawet papieża Sykstusa IV, florentczykom nie udało się odzyskać ani "Sądu Ostatecznego", ani reszty przewożonych na "San Matteo" towarów. Obraz próbowali również w późniejszych czasach uzyskać od gdańszczan prośbą i groźbą między innymi cesarz Rudolf II i car Piotr I, jednak pozostał on w Gdańsku aż do czasów Napoleona, który wywiózł go na jakiś czas do Luwru. Po raz kolejny opuścił miasto w czasie II wojny światowej, kiedy to zawędrował najpierw do Turyngii, a potem do leningradzkiego Ermitażu. Po powrocie w 1956 roku umieszczony został nie w Bazylice Mariackiej - w której trwały jeszcze prace związane z jej odbudową ze zniszczeń wojennych - ale w Muzeum Narodowym, gdzie znajduje się do tej pory, mimo protestów i roszczeń Bazyliki. Która teraz ma okazję poczuć się trochę jak przed wiekami musieli czuć się florenccy Medyceusze.


Dlaczego o tym wspominam? Ze względu na uroczystość, w której brałam udział w miniony piątek, a która odbyła się właśnie w tym "jednym z florenckich kościołów": Badia Fiesolana. Tak naprawdę nie znajduje się on wcale we Florencji, a tuż obok - na zboczu jednego z otaczających ją wzgórz, w San Domenico di Fiesole, mniej więcej w połowie drogi do położonego na szczycie tegoż wzgórza etruskiego miasteczka Fiesole. Od dawna tak kościół, jak i przylegający do niego klasztor nie pełnią już funkcji religijnych, a naukowe. Gdy pięć lat temu po raz pierwszy się tam znalazłam, nie przypuszczałam, że budynek, który miał stać się moim miejscem pracy i ogółem ważną częścią życia, ma taki szczególny związek z miejscem, które właśnie, po raz pierwszy w życiu na dłużej, opuściłam. Odkryłam to kilka tygodni po przyjeździe - ku zdziwieniu i refleksji, jak dziwne bywają związki między różnymi częściami Europy i zbiegi okoliczności. A zeszłotygodniową ceremonią, właśnie w kościele, do którego nigdy nie trafił zamówiony przez Angela di Jacopo Taniego obraz, moja przygoda z tym miejscem się zakończyła.

niedziela, 12 czerwca 2011

Szacunek


"Szanuj Florencję
Nie brudź
Pety - papier - odchody - plastik
Nie wyrzucaj ich na ziemię
Czyste miasto czyni życie lepszym"

- czyli nowy sposób władz Florencji na zaprowadzenie w mieście porządków. Pragnę zwrócić uwagę, że w ostatniej linijce po raz kolejny mamy do czynienia z poezją współczesną (Una città pulita migliora la vita), której piękna jednak niestety nie udało mi się oddać w tłumaczeniu...


wtorek, 7 czerwca 2011

Na czerwonej gąbce


Letnia ulewa spada nagle i prawie bez zapowiedzi. W jednej chwili świeci słońce, gwiazdy kina i telewizji przechadzają się po czerwonym dywanie (dywaniku, właściwie, zważywszy na jego długość), rozdając autografy, kamerzyści i fotoreporterzy wołają na nich, żeby odwrócili się w ich stronę ("Maja, Maja, tutaj, do nas, Maja!"), a nastolatki piszczą. W następnej - nagle spada gęsta ściana deszczu, doprawiona jeszcze odrobiną gradu i okazjonalnym uderzeniem pioruna, piszczeć zaczynają wszyscy, salwując się ucieczką pod taras Teatru Muzycznego, kamerzyści i fotoreporterzy w popłochu chowają sprzęt pod folią, reporterka TVN24 krąży trochę bezradnie, a gwiazdy, już zupełnie nienękane przez fanów i tylko trochę przez dziennikarzy, przemykają mało eleganckim truchcikiem z festiwalowych Lexusów do drzwi teatru po czerwonym dywanie, który zamienił się w czerwoną, nasączoną wodą gąbkę. Tylko słońce jakimś cudem nadal świeci.

niedziela, 5 czerwca 2011

Prądy


Jak donosi Moja Sista, kąpiele u wybrzeży wyspy Fårö pełne są niebezpieczeństw. Napis w trzech językach nad powyższym - przeuroczym - obrazkiem głosi: "Przy silnych wiatrach mogą powstawać prądy." Nic dziwnego, że taki nękany Weltschmerzem reżyser jak Bergman upodobał sobie to właśnie miejsce!

czwartek, 2 czerwca 2011

Słowotwórstwo

Truizmem będzie napisać, że język się rozwija, reagując na zmiany i wydarzenia zachodzące w otaczającym nas świecie, na przykład przez tworzenie nowych słów. Tak właśnie powstał w języku szwedzkim nowy czasownik: att fritzla. Nieco makabryczny, bo pochodzi, jak zapewne Czytacze się domyślają, od Austriaka Josepha Fritzla. I wygląda na to, że zdążył już przejść dość interesującą ewolucję. Szybki research w Internecie wykazał, że początkowo słowo to bliskie było swojemu pochodzeniu i oznaczało "zamknąć kogoś w piwnicy". Ja spotkałam się z nim zupełnie niedawno i w znaczeniu, które oddaliło się już od tego oryginalnego. Dzisiaj ktoś, kto fritzlar, to osoba, która siedzi w domu, gdy wszystkie okoliczności, na przykład sprzyjająca pogoda, przemawiają za wyjściem na zewnątrz. Kosmiczny naród, naprawdę!