środa, 29 lipca 2009

"That looks like my Uncle Oscar!"

W dzisiejszej dygresji pochwalę się, że po raz pierwszy w życiu udało mi się zobaczyć prawdziwą statuetkę Oscara! I to w zupełnie niespodziewanym miejscu, mianowicie w muzeum w Oslo, poświęconym wyprawie tratwą Kon-Tiki przez Ocean Spokojny. Zaszłam tam właściwie tylko dlatego, bo miałam darmowy bilet, a było po drodze, zupełnie nie podejrzewając, że zastanę tam taką ciekawostkę. O ile bowiem przemierzanie oceanów na prymitywnych tratwach średnio mnie interesuje, to kino - owszem, i to bardzo.

I choć sama statuetka wyglądała już mało zaskakująco - to nie o to przecież chodzi:)

Tym, którym nie chce się zaglądać pod powyższy link, wyjaśnię jeszcze, skąd Oscar wziął się w tym akurat muzeum: przyznano go za film dokumentalny o wyprawie.

wtorek, 28 lipca 2009

Białe tenisówki

Nadal nie zdecydowałam się ubiegać o szwedzki dowód osobisty, ale jednak poczyniłam dalsze kroki w kierunku przyswojenia sobie szwedzkiej tożsamości i wtopienia się w tutejsze społeczeństwo. Mianowicie, kupiłam sobie białe tenisówki!

Zaskoczonym, być może, Czytaczom wyjaśnię, że każdy szwedzki obywatel poniżej 50. roku życia posiada przynajmniej jedną parę - zaczynam podejrzewać, że gdzieś w zbiorach praw Królestwa Szwecji istnieje jakiś regulujący tę sprawę przepis.

Być może przyjdzie czas, że oślepiająca biel obuwia urośnie do rangi symbolu szwedzkiej tożsamości narodowej...?

poniedziałek, 13 lipca 2009

Personnummer

Po powrocie do Sztokholmu zastałam w skrzynce list z Urzędu Skarbowego z zawiadomieniem, że przyznano mi oficjalnie personnummer. Tym samym stałam się, w szwedzkim rozumieniu, pełnoprawną istotą ludzką.

Personnummer, dosłownie numer osobisty, a bardziej oficjalnie numer ewidencyjny, to odpowiednik polskiego numeru PESEL. Jak głosi broszura Urzędu Skarbowego, jest on "jednolitym narzędziem pozwalającym na jednoznaczne ustalenie tożsamości osób fizycznych. W obecnej formie numer ten występuje od 1967 r., niemniej już w roku 1947 wprowadzono system ewidencji oparty na dacie urodzenia oraz trzycyfrowej liczbie porządkowej urodzenia" (tak, tak, broszura jest po polsku - i z jakichś powodów jest to jedyny język, oprócz szwedzkiego, w jakim jest dostępna).

Osoba bez numeru ewidencyjnego w Szwecji po prostu nie istnieje jako członek społeczeństwa. Pytają się o niego przy zapisywaniu się do lekarza, podpisywaniu jakichkolwiek umów, logowaniu się do serwisów pośredniczących w wynajmie akademików, wyrabianiu kart bibliotecznych, uczestniczeniu w kursach na uniwersytecie, zapisach na kursy tańca, rysunku, języków czy czegokolwiek innego, płaceniu kartą i przy mnóstwie innych okazji.

Owszem, udało mi się mieszkać i pracować w Szwecji przez dziesięć miesięcy bez numeru ewidencyjnego, ale to tylko dlatego, bo od razu po przyjeździe przydzielono mi samordningsnummer, numer identyfikacyjny, różniący się od personnummer tym, że do dnia urodzenia dodaje się w nim 60 (nie pytajcie się, dlaczego akurat tyle) i że osoba go posiadająca nie jest wpisana do ewidencji ludności. W praktyce natomiast różnica, o czym miałam wielokrotnie okazję się przekonać na własnej skórze, polega na przykład na tym, że wszelkie komputerowe formularze głupieją i odmawiają współpracy, gdy się go w nie wpisuje. Ludzie także czasem głupieją, jak na przykład urzędniczka w banku, która, zakładając mi konto, próbowała wpisać w rubryce urodzenia datę 63 sierpnia i była bardzo zdziwiona, dlaczego komputer jej nie przyjmuje (jeden z niewielu przypadków, gdy komputer okazał się mądrzejszy od człowieka). Poza tym pracownicy służby zdrowia oczekują od posiadacza numeru identyfikacyjnego uiszczania pełnych opłat za opiekę zdrowotną. I to właśnie wtedy, kiedy po raz pierwszy rzucono mi sumą 2000 koron (około 800 złotych) za wizytę na pogotowiu, zdecydowałam się zrzec części własnej prywatności, dać się wpisać do ewidencji ludności i złożyć podanie o personnummer. Sam proces był już na szczęście łatwy, wymagał jedynie paszportu i wizyty w urzędzie (w którym wprawdzie spędziłam trzy godziny w kolejce, ale to w sumie moja wina - nie musiałam tam chodzić akurat wtedy, kiedy wszyscy załatwiają sprawy podatkowe. Choć z drugiej strony nie rozumiem, dlaczego na cały Sztokholm jest tylko jeden urząd).

Następnym krokiem może będzie wyrobienie sobie szwedzkiego dowodu osobistego. Na razie wzdragam się przed takim krokiem (w końcu jeżeli mój polski dowód jest wystarczający, żeby przekroczać granice państw, powinien wystarczać również do potwierdzenia mojej tożsamości w dowolnym innym miejscu), ale nigdy nie wiadomo, co przyszłość przyniesie... Do posiadania szwedzkiego dowodu osobistego nie trzeba bynajmniej być poddanym Karola XVI Gustawa, natomiast jego zdobycie nie jest już tak bezbolesne, jak wyrobienie numeru ewidencyjnego, ponieważ kosztuje. A dowód jest w Szwecji prawie tak samo niezbędny, jak personnummer: Moją Sista poproszono kiedyś o niego w... pralni chemicznej. Mój znajomy Fin został doprowadzony do zgoła nienordyckiej wściekłości, gdy podczas kwerendy w Bibliotece Narodowej wymagano od niego okazywania dowodu właściwie gdziekolwiek się ruszył (może z wyjątkiem baru i toalety). I choć w większości przypadków wystarcza ten wydany na przykład w Polsce, zdarza się, że w sklepie nie chcą przyjąć płatności kartą, gdy się nie okaże szwedzkiego dowodu. Głównie dlatego, bo nieszwedzkie dokumenty nie zawierają tak podstawowej informacji, jak personnummer posiadacza.

Mojej Sista natomiast kiedyś nie wpuszczono do klubu, bo nie miała przy sobie paszportu. Najwyraźniej niektóre sztokholmskie kluby znajdują się poza strefą Schengen...

Szkiery


Czas na zakończenie tej włoskiej dygresji i powrót do Sztokholmu.

piątek, 10 lipca 2009

czwartek, 9 lipca 2009

W Narni

Jest takie miasteczko we Włoszech, w regionie Umbria, niewielkie i mało popularne wśród turystów, pomijane w większości przewodników, które jednak dla każdego fana twórczości C.S. Lewisa stanowi obowiązkowy punkt programu zwiedzania tych rejonów: Narni.

Swoją nazwę miasteczko zawdzięcza płynącej nieopodal rzece Nera. Jego korzenie sięgają czasów antycznych: pierwsze wzmianki pochodzą jeszcze sprzed czasów rzymskich, z VII wieku p.n.e.; nazywało się wówczas Nequinum. Rzymianie, którzy zdobyli je w IV wieku p.n.e., nazwali je Narnia. Do dzisiaj widać tam po nich ślady: akwedukt, przęsło mostu, części murów i bram wchłonięte w późniejszą tkankę miasta:

Późniejsze wieki dorzuciły jeszcze między innymi średniowieczne kościoły i twierdzę, renesansowe i barokowe kamienice... To samo w sobie nie jest może niczym szczególnym: po pewnym czasie zwiedzania Włoch człowiek się przyzwyczaja do ciągłego potykania się o antyczne i średniowieczne zabytki. W Narni jednak dodatkowo miejscami ma się wrażenie, że od czasu zbudowania niewiele się w nich zmieniło: jakieś to wszystko... surowe.

W dwunastowiecznym kościółku Santa Maria Impensole rzucił mi się w oczy kawałek fresku jakby świeżo odkryty spod późniejszych warstw muru:

Tuż obok, jakby w nawiązaniu do nazwy miasta i związanych z nią współczesnych skojarzeń, wizerunek świętej Łucji:

Narni uczepione jest szczytu wzgórza, kamienice wybudowane są blisko siebie, pozostawiając niewiele miejsca na wąskie, strome uliczki - właściwie bardziej przypominające ścieżki czy schody. Wszystko wybudowane tu jest z takiego samego, jasnobeżowego - w tamtejszym upale trudno oprzeć się wrażeniu, że spłowiałego w słońcu - kamienia, co czyni miasteczko nieco monochromatycznym.

Gdy tam przyjechałam, było akurat sobotnie południe, najgorętsza część doby, czas sjesty. Uliczki miasteczka były więc wyludnione, sklepy zamknięte na głucho. Tylko miejscami zobaczyć można było przemykającego szybko od cienia do cienia pojedynczego turystę. Widać było, że Narni to nie jest typowa turystyczna miejscowość, mimo że ostatnimi czasy próbuje się promować.

Najaktywniej tym promowaniem zajmują się ludzie ze stowarzyszenia Narni Sotterranea, którzy też są gospodarzami najciekawszej, moim zdaniem, atrakcji Narni: jej podziemi. Na wycieczkę po nich zabrał nas przewodnik, który był świadkiem - ba! aktywnym uczestnikiem - odkrywania owych podziemi, przez kilka wieków ukrytych pod klasztorem dominikanów. Wycieczka zaczęła się spokojnie: od zwiedzania podziemnego kościółka. Potem jednak nasz przewodnik odkrył przed nami mroczniejsze karty narnijskiej historii: cele więźniów Inkwizycji, całe pokryte wykonanym przez nich graffiti. Niesamowity widok - szczególnie, gdy towarzyszą mu pasjonujące opowieści przewodnika o jego i jego kolegów badaniach, prowadzonych między innymi w watykańskich archiwach, na temat działalności Inkwizycji w Narni i tożsamości więźniów, którzy wykonali rysunki na ścianach, o rozszyfrowywaniu bogatej symboliki zawartej w tych rysunkach... Słuchając tych opowieści mogłam tylko żałować, że za słabo znam język włoski, żeby dokładnie zrozumieć wszystko, o czym przewodnik mówił. I może też, że nie zostałam archeologiem;)

A jak to wszystko ma się do Lewisowskiej Narni? Autorzy broszury promującej miasteczko twierdzą, że Jack zainspirował się atmosferą i zabytkami miasta, wymyślając swój fantastyczny świat (co jednakże nie przeszkadza im w jednym miejscu w broszurze nazwać go "Carlem Lewisem"!). Osobiście jednak wątpię w tak bezpośrednie źródło inspiracji; nie zdziwiłabym się, gdyby Lewis nigdy nawet tam nie był, a nazwę znalazł po prostu w jakimś atlasie. Choć miasteczko ma swoją własną błogosławioną Łucję (nie tę samą, która namalowana jest na fresku ze zdjęcia), a Palazzo Comunale na głównym placu strzeże kamienny lew...


Allontanarsi dalla linea gialla

Włosi też mają swoją żółtą linię, której nie wolno przekraczać. Spotkać ją można w miejscu raczej mało zaskakującym, mianowicie wymalowaną wzdłuż krawędzi peronów. O niestosowności jej przekraczania informuje się często przez megafony, a także za pomocą szyldów.

Dokładne przyjrzenie się tym szyldom daje pojęcie o tym, jak poważne mogą być konsekwencje złamania zakazu dla całości kończyn niesubordynowanego pasażera...

wtorek, 7 lipca 2009

Kapliczki Le Cure


Stare włoskie miasta i miasteczka to miejsca, w których chyba nawet bardziej niż w Polsce trudno zapomnieć, że się jest w katolickim kraju. Gdy w zeszłym tygodniu spacerowałam po Florencji, naszła mnie refleksja, jak się w takim miejscu czują imigranci z krajów arabskich czy innych niechrześcijańskich. Czy potykanie się co chwilę o najróżniejsze kościółki, kapliczki i figurki Maryi i świętych sprawia, że potęguje się to poczucie wyobcowania, które musi towarzyszyć - często przymusowemu - przeniesieniu się do obcego kraju, obcej kultury? Czy czyni to przeniesienie cięższym niż, na przykład, w Szwecji, gdzie ślady chrześcijańskiej tradycji są dużo rzadsze i dużo bardziej dyskretne...?


Główny budynek mojej uczelni mieści się w byłym klasztorze dominikańskim, funkcję auli pełni były przyklasztorny kościół. Jeden z wydziałów zajmuje połowę budynku, gospodarzami którego drugiej połowy nadal są zakonnicy; w innym jedna z sal wykładowych została urządzona w przydomowej (przywillowej?) kaplicy. Słyszałam kiedyś historię - nie wiem, czy prawdziwą - o pewnym studencie mojej uczelni, pochodzącym z arabskiego kraju, który podobno tak źle i nieswojo czuł się w tych budynkach, że w końcu zrezygnował ze studiów.


(Ta ostatnia to moja ulubiona - ma neonową aureolę!)
 

poniedziałek, 6 lipca 2009

Alpy


Zeszły tydzień spędziłam na drugim końcu Europy, na zupełnie innym półwyspie. Trochę potrwa, zanim uporządkuję zdjęcia i wrażenia stamtąd. Na razie - zdjęcie z drogi.

czwartek, 2 lipca 2009