sobota, 30 października 2010

Jesienny kicz


Prom z Karlskrony wpływający do portu o świcie. Te kolory! Strasznie kiczowate, ale po prostu nie można się im oprzeć:)

czwartek, 28 października 2010

Bazgranina

Jak wielu ludzi mam zwyczaj, gdy się nudzę albo myśli mi gdzieś odjeżdżają (co zdarza się bardzo często - czasem wydaje mi się, że własne myśli są dla mnie największą przeszkodą w pracy), a mam pod ręką papier i coś do pisania, pokrywać ów papier najróżniejszą bazgraniną. Większość ludzi tworzy w takiej sytuacji abstrakcyjne wzory i szlaczki, ja jednak zaludniam marginesy notatek z seminariów, czytanych artykułów, przeglądanych po raz setny kolejnych wersji kolejnych rozdziałów głównie niezliczoną rzeszą postaci. Zwykle żeńskich, bo je się łatwiej rysuje. Gdy nadeszła pora na podsumowanie czteroletniej pracy i posprzątanie po niej, natknęłam się oczywiście na te rysunki - i postanowiłam chociaż część z nich zebrać w jednym miejscu. Tak powstało poniższe dzieło. Nadaję mu tytuł taki sam, jaki nosi mój doktorat, to znaczy "The concept of the Baltic Sea region as a historical region: An analysis of the process of constructing narratives about the region's past".


Obrazek można oczywiście powiększyć przez kliknięcie w niego, a jakby komuś i tego było mało, to odsyłam do strony, gdzie można go sobie powiększyć przez kliknięcie w ikonkę z lupą.

środa, 27 października 2010

Rzeczy ostateczne



Zeszłotygodniowa wyprawa do Florencji była zarazem okazją do pożegnania się z tym miastem. Być może wrócę jeszcze kiedyś do niego, ale już nie będę miała pretekstu, żeby wracać regularnie. Refleksjami na ten temat już kiedyś Czytaczy zanudzałam, to nie będę się powtarzać. Dodam jeszcze tylko, że choć nigdy jakoś za Florencją nie przepadałam, to jednak nie jest to całkowicie pozytywne doznanie, bo to jednak pożegnanie, a pożegnania zawsze mają w sobie coś smutnego.


Wykorzystuję więc tę wizytę, aby ostatni raz doświadczyć tego, co w tym mieście dobre: najeść się toskańskiej kuchni, przejść się wzdłuż Arno, zjeść lody w cukierni Badiani, zrobić zakupy na Mercato di San Lorenzo - gdzie sprzedawcy zachwalają swój towar i targują się jak na arabskim souku - popatrzeć na Florencję z Fiesole i ogółem jeszcze raz przyjrzeć się florenckiemu rozkładowi. Oraz żeby zrobić to, co obiecywałam sobie zrobić od pierwszej wizyty w tym mieście cztery i pół roku temu i teraz już nie mogłam odłożyć na później: nakupować gadżetów w instytutowym sklepiku i kupić coś w Disney Store (padło na kubek z Myszką Miki, choć zastanawiałam się też nad pluszowym Simbą).



poniedziałek, 25 października 2010

Hop!


W zasadzie zupełnie zwyczajne oznaczenie wyjścia ewakuacyjnego - ale jakoś tak uderza mnie niezwykłą energią przedstawionego tu ludzika. Od razu widać, że to Włoch! Poza tym w tle majaczy niewyraźnie w pełni już funkcjonująca Tramvia!

sobota, 23 października 2010

Kwiatek


I jeszcze coś z sieneńskich murów. Przyznam, że znak na szczycie, choć prezentuje ciekawą wizję artystyczną, jest dla mnie niezrozumiały. Jakieś pomysły? Czy to po prostu sztuka na tyle abstrakcyjna, że nie powinno się jej próbować interpretować, tylko przyjąć taką, jaka jest?

czwartek, 21 października 2010

Mury Sieny, część 2


Oprócz różnych malowniczych szczegółów na murach Sieny wypatrzeć można również tabliczki ostrzegawcze!

wtorek, 19 października 2010

Mury Sieny


Swoje czasy świetności Siena przeżywała dawno, bo w średniowieczu. Dzisiaj jej mury nadgryzione są już znacznie i widocznie zębem czasu. Jednak bliższa i dalsza historia pozostawiła na nich wiele ciekawych śladów.








czwartek, 14 października 2010

Just call me the Doctor!

Udało mi się! Dotarłam do kresu długiego, miejscami żmudnego i ciężkiego procesu, dzięki czemu od dzisiaj wiele się w moim życiu z pewnością zmieni! Na przykład uzyskałam prawo do zaznaczania "Doktor" zamiast zwykłej "Pani" w formularzu rezerwacji biletów na stronie Ryanaira i... to w zasadzie chyba wszystko, co mi w tej chwili przychodzi do głowy. No ale cóż, nie mam złudzeń, przecież już od dziecka - w tym samych mediach, które mają za zadanie przekazać nam pewne wartości i wykształcić odpowiednie postawy społeczne - otrzymujemy jasny przekaz na temat tego, ile w praktyce warte są pewne osiągnięcia:


Ja jednak nie mam zamiaru (na razie) poddawać się temu defetyzmowi i korzystając z tego, że tymczasowo jest już po stresie oraz że we Florencji nie zaczęła się jeszcze pora deszczowa*, idę cieszyć się słońcem Toskanii, chianti i pizzą!

* To, co w reszcie Europy nazywamy jesienią i zimą. Florencja położona jest w niecce między wzgórzami, czego głównym skutkiem jest wysoki poziom wilgotności, a przejawem - to, że latem jest tu masakrycznie duszno, a zimą bez przerwy leje.

sobota, 9 października 2010

Nadesłane przez Czytaczy 5

Zwrócono mi ostatnio uwagę, że mój blog przybiera zbyt poważny ton.* Jako remedium na tę przypadłość polecono zajęcie się kwestią plagi królików u zachodnich sąsiadów. Czyżby miało to coś wspólnego ze słynnym krwiożerczym królikiem?

















*Ale jak pisać inaczej jesienią? Wszak to najsmutniejsza pora roku!

czwartek, 7 października 2010

Akademia Szwedzka

Z okazji dzisiejszego ogłoszenia laureata literackiej Nagrody Nobla postanowiłam napisać parę słów o ciele, które ją przyznaje, czyli o Akademii Szwedzkiej. To dość ciekawa instytucja, ze względu na swoją długą historię mająca parę tradycji, które wydają się tyleż anachroniczne, co w pewien sposób urocze.

Akademię Szwedzką założył w 1786 król Gustaw III, współczesny Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu: to były takie czasy w Europie, kiedy w różnych jej częściach powstawały akademie różnorakich sztuk i dziedzin wiedzy czy inne Komisje Edukacji Narodowej. Gustaw, jako władca oświecony, a także osobiście tymi tematami zainteresowany, chętnie zajmował się promowaniem sztuki, literatury i nauki; nawet ze swojego życia uczynił swego rodzaju show dla poddanych, przez co uzyskał przydomek teaterkungen, teatralny król: można było sobie na przykład przyjść w charakterze publiczności popatrzeć, jak wraz z rodziną spożywa posiłki w pałacu Drottningholm. Ironią historii jest to, że został zamordowany podczas balu w operze.

Ale wróćmy do Akademii. Przy powstawaniu wzorowana była na analogicznej Akademii Francuskiej, a jej zadaniem było dbanie o czystość i piękno języka szwedzkiego, w myśl motta Snille och smak (Geniusz i smak). Dlatego wydaje ona między innymi regularnie słownik, który jest wyznacznikiem normy w języku szwedzkim. Poza tym przyznaje różne stypendia i nagrody, w tym, od 1900 roku, literacką Nagrodę Nobla. Prawo do nominowania kandydatów do Nagrody mają członkowie Akademii, analogicznych ciał w innych krajach oraz laureaci z poprzednich lat. Według tradycji ogłoszenie laureata następuje zawsze w czwartek w październiku, kiedy to sekretarz punktualnie o godzinie 13 wychodzi z sali obrad Akademii do zebranych przed jej drzwiami dziennikarzy. Obecnie sekretarzem jest Peter Englund, pisarz i historyk (specjalizujący się w okresie szwedzkiej mocarstwowości, a więc między innymi wojnach z Polską. Jego książki są przetłumaczone na język polski - tak w razie gdyby kogoś ciekawiło spojrzenie na przykład na taki Potop z subiektywnej szwedzkiej perspektywy. Z innych tematów, którymi się zajmuje, polecam szczególnie "Listy ze strefy zerowej" - potwornie przygnębiające, ale bardzo ciekawe).

Akademia Szwedzka ma osiemnastu dożywotnich członków (dlatego też czasem nazywa się ich po prostu Osiemnastką, De Aderton): zwykle są to pisarze, profesorowie i inni ludzie kultury, humaniści, wybierani przez samych członków Akademii. Zwolnienie miejsca może nastąpić tylko poprzez śmierć bądź wykluczenie ze strony Akademii, nie można natomiast z niej wystąpić. Dlatego też czworo jej członków, którzy na jakimś etapie zdystansowali się od jej prac (Werner Aspenström, Lars Gyllensten i Kerstin Ekman w proteście przeciw tchórzliwej, ich zdaniem, postawie Akademii wobec skandalu wokół Salmana Rushdiego oraz Knut Ahnlund przeciw przyznaniu Nobla Elfriede Jelinek), po prostu przestało brać udział w obradach, a ich miejsca pozostały puste.

Ciekawe jest też to, że każdemu członkowi Akademii przypisane jest krzesło, które zawsze zajmuje, dlatego też członków określa się czasami numerem zajmowanego krzesła. I tak na przykład sekretarz Peter Englund zajmuje krzesło nr 10, a na skutek wymienionych przed chwilą protestów puste stoją krzesła nr 15 (Ekman) i 7 (Ahnlund) - pozostałe dwa (Aspenström, nr 12 i Gyllensten, nr 14) mogły zostać ponownie obsadzone po śmierci tych panów. A każdy z członków Akademii może poczuć na sobie ciężar tradycji i wypływającej z tego odpowiedzialności, poznając listę osobowości i pisarzy, którzy zajmowali ich krzesło przed nimi: na przykład nr 7 należał w przeszłości między innymi do Selmy Lagerlöf (jakby ktoś się wybierał kiedyś do Szwecji: to ta pani na dwudziestokoronowym banknocie), która była zarazem pierwszą kobietą w Akademii. Te same numery widnieją na miejscach w restauracji Den Gyldene Freden (założona w 1721, jedna z najstarszych restauracji świata zachowanych w oryginalnym stanie, bywali w niej szwedzcy klasycy literatury, między innymi Bellman), gdzie Osiemnastka jada czwartkowe kolacje, a także na ich kieliszkach w tejże restauracji.

wtorek, 5 października 2010

Musical o Ikei

Z ciekawostek z życia kulturalnego kosmicznego narodu: powstał musical o Ikei! A raczej bardziej o jej założycielu, Ingvarze Kampradzie.*


Musical wystawia Malmö Stadsteater i nosi on tytuł "Ingvar! En musikalisk möbelsaga", czyli w wolnym tłumaczeniu "Ingvar! Musicalowa opowieść meblowa". Można w nim usłyszeć piosenki o Ikei oraz śpiewające, niczym w "Pięknej i Bestii", meble.

Co ciekawe, okazuje się, że rezultat nie jest taki straszny, jak by się mogło wydawać - na przykład bardzo się spodobał recenzentowi Dagens Nyheter. Co jeszcze ciekawsze, to bynajmniej nie Szwedzi wymyślili ten musical: wcześniej wystawiany był bowiem w Deutsches Schauspielhaus w Hamburgu. Obydwie wersje - niemiecka i szwedzka - mają zresztą tego samego reżysera i odtwórcę głównej roli (obaj są z pochodzenia Szwedami, wychowanymi w Szwajcarii).

*Jakby ktoś jeszcze tego nie wiedział, wyjaśniam, że nazwa Ikea jest akronimem utworzonym z inicjałów założyciela oraz pierwszych liter farmy i parafii, w których się wychował: Elmtaryd (Älmtaryd według nowszego zapisu) i Agunnaryd.

sobota, 2 października 2010

25 klatek na sekundę

Były raz sobie dwie miłośniczki filmów animowanych, które miały zwyczaj zawsze, jak tylko pojawiał się ku temu najmniejszy pretekst czy okazja, wdawać się w długie i pełne dygresji dyskusje na wszelkie tematy związane z tą ich pasją. Z czasem dyskusje te rozproszyły się po różnych listach dyskusyjnych, mejlach, komentarzach pod notkami na blogach itp. itd. Aż w końcu nasze bohaterki doszły do wniosku, że dalej tak być nie może, bo tyle z ich wiedzy, mądrości i światłych przemyśleń ginie gdzieś, bezpowrotnie, w czeluściach internetu i że przydałoby się to wszystko uporządkować, usystematyzować i zebrać w jednym miejscu. Słowem - stworzyć specjalnie temu tematowi poświęcone forum. I oto jest:)

No i nie potrzebuję chyba dodawać, że jestem jedną z tych dwóch osób - a drugą jest Czytaczka Kolleander. Wszystkich, którzy dzielą tę pasję w mniejszym lub większym stopniu, albo w ogóle mają cokolwiek do powiedzenia na temat dowolnego rodzaju animacji, zapraszamy!

piątek, 1 października 2010

Studium porównawcze 2


Być może niektórzy Czytacze przypominają sobie dygresję sprzed kilku miesięcy, w której snułam refleksje na temat Skokloster oraz znajdujących się tam wywiezionych z Oliwy dzieł sztuki i doszłam do wniosku, że to, czym je w Gdańsku zastąpiono, jest bardziej imponujące. No to żeby nie być gołosłowną, załączam dowody w postaci obrazkowej. Każdy może sobie porównać i ocenić. Powyżej ołtarz, poniżej ambona.


A poza tym jeszcze organy. Nie mam zdjęcia ze Skokloster, zresztą nie prezentowały one niczego szczególnego. Natomiast to rokokowo-czekoladowe cudo z Oliwy zna każdy (a przynajmniej znać powinien), a domyślam się, że wielu Czytaczy miało też okazję posłuchać, pooglądać, a nawet poczuć, jak wprawiają w drganie wszystkie ławki w katedrze. 7876 piszczałek, proszę państwa, z czego największa ma prawie 11 metrów wysokości (i prawie pół metra szerokości), a najmniejsza jest wielkości zapałki. A także oryginalny, osiemnastowieczny mechanizm, pozwalający wprawiać w ruch ozdabiające prospekt gwiazdy i anielskie trąby.