czwartek, 26 maja 2011

Na biegun!

Dziś i jutro na mojej uczelni, w ramach Bałtyckiego Festiwalu Nauki, odbywają się Dni Arktyczne. Dzień dzisiejszy poświęcony był kulturze Saamów. Można było między innymi zobaczyć prezentację o teatrze, który wystawił na dalekiej Północy "Hamleta" po saamsku w replice londyńskiego Globe zrobionej całkowicie z lodu oraz obejrzeć film o buncie w Kautokeino, który miał miejsce w połowie XIX wieku (byłam rozczarowana: po zapowiedziach spodziewałam się jakiegoś większego powstania, a tu buntownicy ograniczyli się do zabicia chyba ze trzech ludzi i spalenia jednego domu. Gdzie akcja? Gdzie szczęk broni...?). Jutro - dzień grenlandzki.

A tymczasem wyczytuję w prasie, że Dania ma zamiar zaakcentować swoje prawa do terenów arktycznych, a konkretnie - jak wynika z dokumentu, do którego dotarła ponoć pewna duńska gazeta - przedstawić ONZ pretensje do terenów w okolicach Wysp Owczych, Grenlandii, a także... do bieguna północnego. Trzeba przyznać, że postawienie takich żądań wymaga niemałej odwagi, biorąc pod uwagę, że państwem, z którego interesami się w takim wypadku nieuchronnie trzeba będzie zderzyć, jest Rosja.

A wszystko to przez globalne ocieplenie. W miarę topnienia pokrywy lodowej zaczynają być dostępne coraz większe obszary Arktyki, a wraz z nimi tereny do zbadania przez naukowców, nowe drogi wodne dla flot handlowych oraz - przede wszystkim - złoża ropy i gazu. Szacuje się, że 13% jak dotąd nieodkrytych pokładów ropy i 30% gazu znajduje się właśnie pod Oceanem Arktycznym (choć jak się szacuje coś, czego jeszcze nie odkryto - nie mam pojęcia. No ale ja humanistka...). Akurat pod samym biegunem najprawdopodobniej złóż nie ma, a więc żądania Danii mają chyba bardziej charakter prestiżowy niż praktyczny, niemniej jednak, jak widać, pięć krajów mających terytoria nad Oceanem Arktycznym - USA, Kanada, Norwegia, Dania i Rosja - rozpoczęły już taktyczno-dyplomatyczne manewry. Co z tego wyniknie - czas pokaże.

poniedziałek, 23 maja 2011

Dzień, w którym król pojechał tramwajem

Skoro już zeszło na tematy norweskie, pozwolę sobie jeszcze napisać co nieco z zupełnie innej, choć też historycznej, beczki. Historia to dużo nowsza, bo wydarzyła się w roku 1973. Świat borykał się wówczas z kryzysem paliwowym; w Norwegii, która dopiero parę lat wcześniej odkryła złoża ropy i gazu u swoich wybrzeży i nie eksploatowała ich jeszcze zbyt intensywnie, jesienią tego roku zaczęto racjonować paliwo, a w grudniu wprowadzono zakaz jeżdżenia samochodami w weekendy.

Król Olav V, jak na prawdziwego Norwega przystało (abstrahując od faktu, że jego ojciec był Duńczykiem, a matka - Angielką:)), lubił aktywność fizyczną*. W zimowe niedziele miał w zwyczaju udawać się na przedmieścia Oslo, do Holmenkollen, by tam pojeździć na biegówkach. Ale jak się tam dostać z pałacu w centrum miasta, gdy obowiązuje zakaz? Ktoś być może powie, że dla króla można zrobić wyjątek od tego rodzaju zarządzeń - ale coś takiego byłoby w duchu zupełnie nieskandynawskim. Dlatego też rankiem 16 grudnia fotoreporterzy norweskich gazet mieli okazję uwiecznić, jak to król Olav, wraz z jednym adiutantem, wsiada do tramwaju i zajmuje miejsce obok niczego niepodejrzewających obywateli. Słynne zdjęcie, które zna każdy Norweg, przedstawia króla, jak wyciąga do konduktora dziesięciokoronowy banknot, płacąc za przejazd.


Dzień ten przeszedł do norweskiej historii jako Dagen da kongen tok trikken - dzień, w którym król pojechał tramwajem. Choć podobno wybrał się w tę trasę również już tydzień wcześniej, tylko że wtedy nie towarzyszyli mu fotoreporterzy...

* W 1928 roku zdobył nawet złoty medal olimpijski w żeglarstwie na igrzyskach w Amsterdamie.

Zdjęcie: Aftenposten.no

piątek, 20 maja 2011

17 maja

W tym tygodniu, a dokładniej 17 maja, Norwegia obchodziła swoje święto narodowe. Obchodziła jak zwykle hucznie: przywdziewając bunad, powiewając flagami, idąc w pochodach wzdłuż Karl Johans gate (głównej ulicy Oslo), uczestnicząc w koncertach i festynach. Gazety relacjonowały udział norweskiego następcy tronu księcia Haakona i jego rodziny w pochodzie dzieci szkolnych w ich rezydencji, Skaugum, dokładnie przy tym analizując, z jakiego regionu bunad nosił każdy z członków rodziny.

Historia norweskiego święta narodowego jest dużo ciekawsza, niż szwedzkiego. Co więcej, jednym z jej bohaterów jest znany nam już Jean Baptiste Bernadotte. Jest to opowieść o tym, jak zdobył on drugi ze swoich tronów, a Norwegia - konstytucję.

W roku 1814 w Europie dobiegał właśnie koniec okres wojen napoleońskich. Karol Jan był już wówczas następcą tronu Szwecji i zdążył, wyczuwając, skąd wieje wiatr, porzucić swojego dawnego cesarza i przyłączyć się do antynapoleońskiej koalicji. Król Danii, Fryderyk VI, na swoje nieszczęście nie wykazał się podobnym zmysłem politycznym: konsekwentnie, od czasu, gdy został wciągnięty w tę wojnę przez Brytyjczyków, którzy zbombardowali Kopenhagę i zarekwirowali lub zatopili niemal całą duńską flotę, stał po stronie Napoleona. A tak się składało, że Dania miała coś, czego chciał Karol Jan: jedną ze swoich prowincji, Norwegię. Zapewniłaby ona nie tylko plan B księciu-nuworyszowi - drugie królestwo, do którego mógłby się schronić, w razie gdyby z pierwszym mu nie wyszło - ale również stanowiłaby dla Szwedów wcale niezłą rekompensatę za utraconą pięć lat wcześniej Finlandię. Karol Jan nie napotkał zbyt wielkich problemów z pokonaniem Duńczyków i zmuszeniem do podpisania traktatu, w którym Fryderyk odstępował Norwegię Szwedom.

Większe problemy sprawili sami Norwegowie. Którzy nie byli obrotem spraw zachwyceni. Stwierdzili więc, że, korzystając z zamieszania, zawalczą o niepodległość. Przedstawiciele stanów zebrali się w miejscowości Eidsvoll, niedaleko Oslo (wówczas nazywanego Christianią). Tam to właśnie opracowano i uchwalono - 17 maja - konstytucję, zwaną eidsvollską. Równocześnie na króla Norwegii wybrano Chrystiana Fryderyka, następcę tronu Danii.

Konstytucja Norwegii jest więc jedną ze starszych wciąż obowiązujących konstytucji świata. Ma jednak również kilka nawet bardziej wyróżniających cech. Na przykład tę, że napisana jest nie w języku kraju, w którym obowiązuje: językiem oficjalnie wówczas w Norwegii używanym był duński i to w nim zapisano ustawę zasadniczą. Co więcej, jest to duńszczyzna archaiczna, co sprawia problemy przy wprowadzaniu poprawek i nowych przepisów. Dylemat, przed którym stają wówczas norwescy prawodawcy, to czy nanosić je w języku z roku 1814, czy też z 1903 (kiedy to unowocześniono tekst w związku z reformą ortografii), czy może darować sobie wszelkie stylizacje i używać współczesnego duńskiego bądź norweskiego? Ze względu na duże przywiązanie Norwegów do tradycji to ostatnie rozwiązanie raczej nie wchodzi w grę, ale zważywszy dodatkowo na to, że ludzie zajmujący się ustanawianiem praw rzadko bywają ekspertami w gramatyce historycznej, a przez ostatnie dwieście lat język wzbogacił się o nowe słowa, opisujące nową rzeczywistość, można przypuszczać, że w tekście musi dziś panować dość duży lingwistyczny bałagan.

Konstytucję przechowuje archiwum Stortingu, czyli norweskiego parlamentu. W jego korytarzach można sobie obejrzeć ekspozycję na jej temat, m.in. rysunki z epoki, przedstawiające obradujących w Eidsvoll panów (bo oczywiście, w tamtych czasach byli to wyłącznie panowie):


...zajmujących się, oprócz spraw najwyższej dla narodu wagi, od czasu do czasu również rzeczami nieco bardziej błahymi:


Na poważniejszej wariacji na ten sam temat, obrazie Oscara Wergelanda, jedna z postaci jest obrócona i patrzy wprost na widza. Z racji tego, gdzie obraz wisi - w głównej sali obrad parlamentu - widzem tym najczęściej jest norweski parlamentarzysta. Zawsze więc czuje on na sobie spojrzenie ojców konstytucji, przypominających mu o wadze tradycji i wzywających do godnego ich kontynuowania.


A Norwegowie dumni są z tej tradycji, czego najlepszym dowodem właśnie obchody 17 maja. Plan uzyskania niepodległości niestety wtedy jeszcze się nie powiódł, a Chrystian Fryderyk wkrótce musiał odstąpić tron Karolowi Janowi - mimo że epoka mocarstwowości Szwecji była już jedynie wspomnieniem, o czym utrata Finlandii przypomniała aż nadto dobitnie, nadal dysponowała ona armią o dość dużej, szczególnie w porównaniu z wątłą Norwegią, sile przekonywania (krótka wojna, jaka się wówczas wywiązała, była zarazem ostatnią z bardzo wielu, jakie państwa skandynawskie na przestrzeni wieków prowadziły między sobą). Jednak między innymi dzięki konstytucji eidsvollskiej Norwegia zaznaczyła swoje dążenia do niezależności na tyle dobitnie, że pod rządy nowego władcy przeszła nie jako szwedzka prowincja, jak zakładał pierwotny traktat, ale jako - przynajmniej teoretycznie - równe Szwecji królestwo, złączone z nią unią personalną. A imieniem nowego króla nazwano wspomnianą na początku główną ulicę Oslo. I chyba nie z sympatii, bo zbyt łatwo pożycie Norwegów z Karolem Janem się nie układało: król krzywo patrzył chociażby na obchody dnia 17 maja, pamiętając, że był to także dzień, w którym obwołano królem jego rywala do tronu. Potrwało to jednak do czasów jego wnuka, Oskara, zanim unia się rozpadła. Ale to już inna historia...

A na koniec - komiks na temat (tylko proszę się nie wczytywać w opis pod nim, bo są tam błędy).

środa, 4 maja 2011

Ochotnicza straż pożarna


Ochotnicza straż pożarna w Małym Gacnie w pełnej gotowości - czyli rezultaty majowych spacerów po kaszubskich wsiach.


Tymczasem przeoczyłam drugie urodziny niniejszego bloga, które przypadły dwa dni temu. Ach, czas tak szybko leci, że człowiek nawet tego nie zauważa! A więc z małym spóźnieniem chciałam podziękować wszystkim Czytaczom za uwagę i wytrwałość:)

poniedziałek, 2 maja 2011