niedziela, 23 lutego 2014

Noś kask

Na koniec relacji z Birmy, z pewnym opóźnieniem, musi znaleźć się też coś klämriskowego. Zbyt dużo do zaobserwowania pod tym względem nie było, w myśl hipotezy, już kiedyś przeze mnie na tych łamach wyrażonej, że społeczeństwa, które borykają się z tzw. prawdziwymi problemami, nie będą się martwić drzwiami od windy i złowrogimi żółtymi liniami.

Nie mogłam jednak zignorować plakatów, które napotkaliśmy w centrum Nowego Baganu, wzywających do noszenia kasków podczas jazdy motocyklem lub skuterem:


Moją uwagę przykuł szczególnie plakat po prawej. Bardzo żałuję, że nie znam języka birmańskiego, przez co nie potrafię odcyfrować przesłania plakatu. Niemniej jednak, wygląda on intrygująco!


Niestety, mimo to nie okazuje się on skuteczny: nikt w Baganie nie jeździ w kasku!

niedziela, 9 lutego 2014

Polityka

"You may not think about politics, but politics thinks about you." Autorem tych słów jest ponoć birmański bohater drugiej wojny światowej i walk o niepodległość, generał Aung San, prywatnie ojciec Aung San Suu Kyi, polityk i działaczki humanitarnej. Parę razy w czasie naszych wędrówek po kraju zastanawiałam się, na ile polityka miejscowa interesuje się takimi zagranicznymi turystami jak my i z tego zainteresowania, na przykład, śledzi nasze wszystkie kroki.

Podróżując przez Birmę - czy też Mjanmę, jak od 1989 roku brzmi oficjalna nazwa kraju - podziwiając jej zabytki i naturę, przypatrując się życiu ulicznemu i zachwycając niezwykłą gościnnością nie sposób jednak nie pamiętać, że jest to kraj nie tylko biedny (napotkany w samolocie z Bangkoku do Mandalaj amerykański turysta porównał go do Tajlandii dwadzieścia lat temu - nie wiem, jak wyglądała Tajlandia dwadzieścia lat temu, ale dzisiaj na pierwszy rzut oka widać ogromny kontrast), ale również wydobywający się z otchłani okrutnej dyktatury i izolacji od świata. Wydobywający się, bo proces trwa, jesteśmy jego świadkami. W 2010 zwolniono z aresztu domowego Aung San Suu Kyi, której zdjęcie zobaczyć teraz można - najczęściej zaraz obok zdjęcia jej ojca - w wielu sklepach, restauracjach i barach, a gazety rozłożone na ulicznych straganach w Rangunie relacjonują jej kampanię w różnych częściach kraju. Bez problemu można kupić (pirackie) książki jej autorstwa oraz zagranicznych autorów, przedstawiających najczęściej krytyczną wizję birmańskiej politycznej rzeczywistości. Jeszcze parę lat temu coś takiego byłoby nie do pomyślenia; widać nawet dużą różnicę w porównaniu do informacji podanych w przewodniku Lonely Planet z 2011 roku pod względem tego, jak otwarcie można afiszować swoje polityczne poglądy. Również ekonomicznie rzeczy się zmieniają, czego świadectwem na przykład uwolnienie cen kart SIM do telefonów komórkowych czy rosnąca liczba bankomatów. Stąd poczucie, że trafiliśmy na bardzo ciekawy moment, w którym nie wiadomo jeszcze, w którą stronę się sprawy potoczą - z drugiej bowiem strony kraj nie jest wciąż w pełni demokratyczny, a zmiany nie nastąpiły w skutek żadnej rewolucji czy wymiany władzy: dotychczas rządzący postanowili po prostu zmienić politykę. Czyli teoretycznie mogą ją zmienić z powrotem, dyktatorzy są wszak nieobliczalni.

A jednocześnie, co nie przestaje zadziwiać, w kontekście panującego od kilku dekad okrutnego systemu politycznego i biedy, to otwartość i pogoda napotykanych Birmańczyków. Zdają się spragnieni kontaktu z obcokrajowcami, często zaczepiają nas po to, żeby powiedzieć "Hello", zamienić kilka słów lub poćwiczyć angielski; są gościnni, hojni i przyjaźni. Nie raz w czasie podróży nachodziła mnie refleksja, że przybysz zza żelaznej kurtyny wędrujący po bloku wschodnim w latach 80. z pewnością zauważał w pobieżnych kontaktach z ludźmi, że znalazł się w kraju o systemie, w którym żyje się źle. We współczesnej Birmie - nie. I zastanawia mnie, od jakich uwarunkowań kulturowych może to zależeć.

sobota, 1 lutego 2014

Święto w Mandalaj

4 stycznia obchodzone jest w Birmie Święto Niepodległości - rocznica uzyskania niepodległości od Brytyjczyków w 1948 roku. Był to zarazem pierwszy dzień naszego pobytu w tym kraju; spędziliśmy go w Mandalaj i tam właśnie mieliśmy okazję przyjrzeć się festynowi urządzonemu z tej okazji. 

Mandalaj jest drugim największym miastem Birmy, składa się ono z kratownicy ulic przecinających całe miasto pod kątami prostymi - ulic bez nazw, tylko z numerami. Tylko kilka akcentów przerywa tę monotonię: brzegi rzeki Irawadi na zachodzie, dwa jeziora na południu, zbocza Wzgórza Mandalaj na północy (na którego szczyt każdego wieczoru ściągają turyści podziwiać zachód słońca oraz lokalni studenci i mnisi ćwiczyć angielski w rozmowach z turystami) oraz ogromny kwadrat kompleksu pałacowego, niczym wyspa w samym środku miasta (pałac odbudowano - ponoć wykorzystując robotników przymusowych - w latach 1990., po zniszczeniach czasów II wojny światowej; dziś pozostaje pod kontrolą birmańskiej armii eksponującej swoje propagandowe hasła na jego murach).




Festyn z okazji Dnia Niepodległości, na który się natknęliśmy, odbywał się na ulicy 77th (34/35), to znaczy na odcinku ulicy 77. (która biegnie z północy na południe) znajdującym się między ulicami 34. i 35. (które biegną z zachodu na wschód) - tak w Mandalaj oznacza się adresy. Rozstawiono tam scenę - niezbyt wielką i sprawiającą wrażenie trzymającej się na słowo honoru, za to nagłośnioną na wielokilometrowy zasięg - na której królowała zarówno muzyka tradycyjna, jak i popowa (w tym covery anglojęzycznych przebojów), a gdy opuszczaliśmy festyn, trwały właśnie przygotowania do jakiegoś widowiska historycznego: aktorzy za sceną poprawiali właśnie makijaż i kostiumy. Poza tym wzdłuż ulicy rozstawiono inne atrakcje: stoiska z jedzeniem, z książkami i czasopismami, dmuchany zamek, małą, przenośną i chyba napędzaną ręcznie karuzelę czy gry zręcznościowe polegające na rzucaniu strzałkami do kolorowych baloników. Chłopakowi Mojej Sista udało się trafić dwa i wygrał opakowanie chusteczek higienicznych (wszystkie nagrody były bardzo praktyczne: garnki, patelnie, serwetki, chusteczki...). Wszyscy zdawali się bardzo dobrze bawić, a publiczność nie ograniczała się do stania i siedzenia na ulicy, ale też na przykład rozsiadła się na piętrach znajdujących się w pobliżu budynków w budowie - bezpieczeństwo przede wszystkim!

Poniżej obejrzeć można krótki filmik nakręcony na festynie - jednakże ostrzegam, że jest on bardzo kiepskiej jakości. Winę za to zrzucam na: niezbyt wyrafinowany sprzęt, ciemność oraz festynowe nagłośnienie, w którym priorytetem zdawała się ilość decybeli, a nie jakość dźwięku.


(Zaraz potem wokalistka wdała się w dłuższą rozmowę z publicznością, a następnie zaśpiewała liryczną piosenkę po birmańsku.)