piątek, 21 grudnia 2012

Wieża


Jakoś tak nie mam ostatnio niczego ciekawego do powiedzenia, więc zamiast tego - obrazek. Kolejny z serii ilustracji do moich smutnych baśni.

Przy okazji chciałam dodać, że to już czterechsetny post na niniejszym blogu!
 

wtorek, 18 grudnia 2012

Kiedy znów będzie lato?


Nadeszła, nieubłaganie, zima. W Greifswaldzie pierwszym jej sygnałem było ustawienie na rynku wielkiej choinki, a następnie obstawienie jej dookoła Weihnachtsmarktem. Jako znak historycznej łączności Pomorza Przedniego ze Szwecją, oprócz niemieckiego Gluhweinu można na greifswaldzkim Weihnachtmarkcie dostać między innymi szwedzki glögg!


Potem spadł śnieg. Padał z większymi i mniejszymi przerwami chyba przez tydzień, aż całe miasto pod nim zniknęło. A wtedy zaczęły dziać się rzeczy dziwne, pojawiać się na chwilę, by następnego dnia zniknąć bez śladu - jak wielki bałwan stojący na straży granic starego miasta czy śnieżne graffiti, bardzo słuszne w treści, na ścianie ratusza. 


 

Ach, żeby i zima mogła tak szybko i bez śladu zniknąć!


 Warmth! I need warmth!

piątek, 30 listopada 2012

Po drugiej stronie Niemiec



Na dalekim południu Niemiec, we frankońskim Würzburgu, krajobraz jest zupełnie odmienny niż u nas na północy. Ceglany gotyk ustępuje miejsca wybujałemu barokowi, a nadmorskie sosny winnicom. Jakoś bliżej stąd się wydaje do świata śródziemnomorskiego niż bałtyckiego. 



 
Podobno mówi się tu gwarą o nazwie mainfränkisch (meefränggisch według samych jego użytkowników), czyli... menofrankońską...?


środa, 31 października 2012

Niebezpieczne nagrobki


Ze względu na dzisiejszą datę pozwolę sobie nie porzucać jeszcze cmentarnego tematu z poprzedniej dygresji. A to dlatego, bo opisany przeze mnie spacer nie był jedynie okazją do podziwiania widoków i snucia refleksji. Jak widać na powyższym zdjęciu, nie obyło się też bez chwil zagrożenia ze strony obluzowanych, gotowych w każdej chwili paść na niczego niepodejrzewającego przechodnia, nagrobków!

niedziela, 28 października 2012

Omnia vanitas


Korzystając z być może ostatniej tej jesieni pogodnej niedzieli, wybrałam się na spacer po okolicy - i skończyłam na niedalekim Alter Friedhof, starym cmentarzu. 



Zaraz po przekroczeniu furtki ogarnia wrażenie bycia w niezwykłym, niemal fantastycznym miejscu. Gałęzie wielkich drzew wiszą nisko, tworząc nad odwiedzającym cmentarz sklepienie i tłumiąc słońce, które tylko miejscami prześwituje przez pomarańczowe liście, niczym przez kościelny witraż. Ziemia pokryta jest liśćmi i gęstym bluszczem, który oplata też pnie, płoty i płyty nagrobne. Te zaś - najmłodsze z nich mają po pół wieku - sterczą pod dziwnymi kątami, niektóre ledwo wystają na powierzchnię, na wielu nie da się już odczytać napisów. I cisza, w której rozlega się tylko hałas opadających liści.



Miejsce potrójnej vanitas: w ludziach, którzy tu spoczywają - ludzkiego życia, w chylących się ku ziemi nagrobkach - ludzkich dzieł, w przechodzącej ze złota do szarości jesieni - samej natury.





sobota, 27 października 2012

Ręka opatrzności 2


A skoro już jesteśmy przy rowerach - należy pamiętać, żeby je odpowiednio zabezpieczać. W przeciwnym razie grozi im to samo, co brukselskim samochodom.

niedziela, 21 października 2012

Miasta uniwersyteckie 2

Nie tylko ludzi robi się pełno w miastach uniwersyteckich - nie tylko w Greifswaldzie - gdy zaczyna się semestr. Wystarczy porównać zdjęcie chodnika przed moim instytutem, które już kiedyś tutaj zamieszczałam: 


...z takim oto, zrobionym w innym europejskim mieście, z uniwersytetem kojarzącym się, jak mało które:


 W Oksfordzie, mianowicie. I jeszcze jedno uniwersyteckie miasto: Uppsala. Ono w rowery wręcz opływa:

środa, 17 października 2012

Miasta uniwersyteckie

Gdy rozpoczyna się semestr, zmienia się nie do poznania. Skąd tu się nagle wzięły te masy ludzi??

niedziela, 7 października 2012

Suknie i samoloty

Czytaczka Magda długo musiała czekać, aż zabiorę się do zrealizowania złożonego przez nią niegdyś zamówienia. Ale w końcu się zmobilizowałam, a nawet postanowiłam spróbować być ambitna i porwać się na coś, od czego do tej pory na ogół trzymałam się z daleka: kolor. A żeby było jeszcze ambitniej, kolor i fałdy. I oto jest:


Jako że przy jej rysowaniu inspirowałam się filmem "Hero", zdecydowałyśmy się wspólnie z Czytaczką Magdą zatytułować rysunek "Wojowniczka wuxia w czerwieni".

Tymczasem moje rodzeństwo wyraża krytykę, że dominującą tematyką mojej, ekhem, twórczości, są "panie w sukniach" i że powinnam rysować też, cytuję, "samoloty i wyścigówki". No to narysowałam:


Niestety, i tym razem jakoś nie byli usatysfakcjonowani. Niektórym to się nie da dogodzić!

czwartek, 4 października 2012

Ekstremalne wyprawy, czyli o międzynarodowym spisku kolejarzy i operatorów sieci komórkowych

Moje opowieści o tegorocznych podróżach zakończę (?) relacją o tej, która okazała się najbardziej ekstremalną: zeszłotygodniową wyprawą do Poznania

Wcale się na taką nie zapowiadała. Plan był następujący: pociąg regionalny z Greifswaldu do Berlina, dziesięć minut na przesiadkę i dalej EuroCity do Poznania. Czas podróży: niecałe sześć godzin.

Pierwszy pociąg już do Greifswaldu przyjechał jakieś dziesięć minut spóźniony "z powodu usterki technicznej" (w niemieckich pociągach, germańskim zwyczajem, zawsze podają na bieżąco informacje o tym, jak się rzeczy mają). Wprawdzie Greifswald jest dopiero trzecim przystankiem na trasie tego pociągu, zaledwie dwadzieścia minut po wyjeździe ze stacji początkowej, a zatem już dość wcześnie na opóźnienie, ale nie zaniepokoiłam się zbytnio: takie opóźnienia da się nadrobić, a poza tym w Niemczech - w których, z mojego dotychczasowego doświadczenia, spóźnienia zdarzają się dużo częściej niż można się spodziewać - pociągi często czekają na przesiadających się podróżnych. Niestety, z czasem opóźnienie nie tylko się nie zmniejszyło, ale "usterka techniczna" okazała się zepsutą lokomotywą. Która, w niewielkiej miejscowości Warnitz w Uckermarku, rozkraczyła się zupełnie i odmówiła dalszej współpracy. Pasażerowie pociągu, w większości spieszący się, tak jak ja, na różnorakie przesiadki lub samoloty, w nie najlepszych humorach wylegli na i w okolice peronu (był on tak mały, że nie mieścił nas wszystkich).

W międzyczasie zauważyłam, że nagle ni stąd, ni zowąd z komórki znikł mi pakiet internetowy i operator zaczął mi ściągać opłaty za korzystanie z internetu z konta pre-paid. Jak łatwo się domyślić, zorientowałam się co jest grane dopiero wtedy, gdy konto zostało wyczyszczone niemal do zera. Stałam więc nie tylko prawie że w szczerym polu, ale także właściwie bez zdatnej do użytku komórki. I z 15 euro w plecy.

Po jakichś dwóch godzinach (Pomorze i Brandenburgia to niemiecki koniec świata i z tego powodu najwyraźniej ciężko było zaciągnąć tu zapasową lokomotywę) polecono nam wsiąść z powrotem do pociągu i odciągnięto na najbliższą większą stację - w Angermünde. Stamtąd kolejny pociąg zabrał nas do Berlina (i dalej, jak ktoś miał taką potrzebę). Mam niejasne podejrzenie, że za obsługę tej trasy mogli być odpowiedzialni ci sami ludzie, co za budowę lotniska Berlin Brandenburg.

Oczywiście pociąg do Poznania w międzyczasie dawno opuścił już berliński dworzec. Konsultacja z biurem obsługi klienta Deutsche Bahn (poprzedzona kilkukrotnym odsyłaniem od okienka do okienka) ujawniła, że tego samego dnia jest jeszcze jedna możliwość dostania się do Poznania, pociągiem kolei ukraińskich do Kijowa, ale konieczna jest rezerwacja. Problem w tym, że pracownicy niemieckich kolei nie mają dostępu do systemu rezerwacji kolei ukraińskich i jedyną możliwością było zapytać się konduktora pociągu, jak już podstawią go na stację.

Korzystając z chwili wolnego czasu poszłam do sklepu operatora mojej sieci komórkowej, żeby dowiedzieć się, co się stało z moim internetem. Pracujący tam pan zajrzał w komputer i stwierdził, że nie widzi w ogóle, żebym miała wykupiony pakiet internetowy. A więc znikł bez śladu ani ostrzeżenia. Cóż mi więc pozostało jak wykupić nowe doładowanie oraz nowy pakiet - z tym, że wkrótce okazało się, że nowowykupiony pakiet nie działa. Nie zaskoczyło mnie to szczególnie - nie tylko dlatego, że w dzień tak pełen nieprzyjemnych przygód ciężko oczekiwać, żeby cokolwiek działało, ale też dlatego, bo jeszcze nigdy nie udało mi się wykupić tego pakietu przewidzianymi przez operatora sposobami, a zawsze wymagało wyprawy do serwisu i interwencji tamtejszego pracownika w centrali. Niestety, do czasu, jak się zorientowałam, że i tym razem nie zadziałało, punkt obsługi na dworcu był już zamknięty, w związku z czym pogodziłam się z tym, że będę musiała przejść się do sklepu po powrocie do Greifswaldu, co mi się nie uśmiecha, bo nie lubię pracującego tam pana. Uprzedzając pytanie, czy nie mogę pójść do innego punktu, odpowiem od razu, że w Greifswaldzie jest tylko jeden.

Wracając do przygód kolejowych - konduktorzy pociągu do Kijowa okazali się: a) niekomunikatywni w żadnym języku mówionym na zachód od Buga (no, a przynajmniej w żadnym z trzech, w których próbowałam), b) absolutnie przeciwni idei wpuszczenia do pociągu kogokolwiek bez rezerwacji. Już potem zasugerowano mi, że powinnam była spróbować zachęty finansowej, ale - abstrahując od faktu, że jest to typ sytuacji tak mi obcy, że nawet nie wiedziałabym, jak się do tego zabrać - obawiam się, że i do tego potrzebna byłaby jakaś werbalna komunikacja. Co nie przestaje mnie zastanawiać do dzisiaj, to jak się w ogóle kupuje bilety na przejazd tym pociągiem, skoro najwyraźniej nie da się tego zrobić w kasie na dworcu w Berlinie. Pamiętam z niegdysiejszego mojego pobytu na Ukrainie zdziwienie, gdy się dowiedziałam, że bilety na pociąg można kupić tylko na stacji początkowej (tzn. na przykład nie można kupić biletów na pociąg ze Lwowa na stacji w Kijowie). Tu najwyraźniej postanowiono pójść o krok dalej.

To jednakże był dla mnie problem czysto akademicki. Problemem jak najbardziej aktualnym i palącym było to, że dochodziła 22, ja od półtorej godziny powinnam już była być w Poznaniu - gdzie Czytaczka Kolleander czekała bezskutecznie na ostateczną informację, czy i kiedy ma mnie odebrać z dworca - a kolejny pociąg za wschodnią granicę odjeżdżał dopiero następnego dnia. Plusem było to, że tym razem był to pociąg PKP, a więc pracownicy DB mogli bez problemu zrobić rezerwację. Minusem - że pociąg miał wyruszać z Berlina o 4:28 (późniejsze pociągi były już niestety pełne po brzegi). No cóż, pomyślałam sobie, nie wyśpię się i ominie mnie śniadanie serwowane w hotelu, do którego wysłało mnie Deutsche Bahn, ale za to już o ósmej będę u celu podróży i moja odyseja się zakończy!

Tyle, że nie. Ponieważ jak już udało mi się wstać o 3:45 - pora, o której żaden przyzwoity człowiek nie powinien być widziany nigdzie poza łóżkiem - i pół godziny później stawić na dworcu, okazało się, że mój nowy pociąg, jadący aż z Amsterdamu, ma 90 minut opóźnienia. Zanim przyjechał w końcu na stację (tylko trochę później niż następny według rozkładu pociąg - ten, na który nie udało mi się dostać miejsca) miał go już dwie godziny, a zanim opuścił Berlin - 2:20.

Do Poznania przybyłam w końcu około 10 rano, niecałe dwadzieścia godzin po tym, jak opuściłam Greifswald. Wyprawy po islandzkim interiorze, pływanie po norweskich fiordach, nocowanie na Saharze, oglądanie zorzy polarnej w Laponii...? Nie, to wyprawa do Poznania okazała się najbardziej ekstremalną w moim życiu!

środa, 3 października 2012

Jak Niemcy obchodzą święta narodowe

Wcale.

Dzisiaj w Niemczech Święto Zjednoczenia. Z tej okazji mamy dzień wolny od pracy - i tyle. Żadnych parad, koncertów czy wywieszonych flag. 

Mnie natomiast dzisiaj w ramach święta ogarnął leń i zamiast wdawać się w analizy i wyjaśnienia, zalinkuję tylko komiks na temat.

P.S. Moi szpiedzy donoszą, że w Monachium było dzisiaj świętowanie. W Bawarii wszystko jest inne:P

wtorek, 2 października 2012

Mind your step reloaded



W drodze powrotnej z Islandii spędziłam jeszcze tydzień w Anglii. Po raz kolejny próbując uchwycić ulotne "coś", tę subtelną różnicę, która sprawia, że ten kraj wydaje się inny niż cała reszta Europy. Wciąż mi to jednak umyka.

A poza tym w Anglii bez większych zmian. Na przykład, miejscowi wciąż mają problemy z przemieszczaniem się.




Poza tym Anglicy w tym sezonie boją się:

- głębi wód Tamizy,


- niskich drzew zwisających nad londyńskimi ulicami,


- złodziei czających się na parkingach,


- stania się przedmiotem, który utyka w drzwiach metra, tworząc przestoje,

 

- a także picia alkoholu na klombach.

 

czwartek, 27 września 2012

Czego dowiedziałam się na Islandii

1. Przejeżdżając przez bród, należy zwolnić, bo jak się przejeżdża za szybko, można zalać miskę olejową. Przejeżdżanie przez brody to nieodłączny element podróżowania po islandzkim interiorze, bo - jak wspominałam poprzednio - chyba każda tamtejsza droga raz po raz przebiega sobie w najlepsze w poprzek rzeki.


2. Dlatego też jedynym odpowiednim pojazdem do zwiedzania islandzkiego interioru - oprócz rejsowego autobusu o wysokim podwoziu - jest samochód terenowy z napędem na cztery koła. Pewnego razu zaobserwowałyśmy z Moją Sista taki samochód w centrum Reykjavíku, jak przestawiał brzozę. Brzoza chyba bardziej na tym ucierpiała. Oczywiście, wziąć należy pod uwagę wielkość islandzkich brzóz:


3. Islandzkie wypożyczalnie samochodów nie obawiają się zbytnio, że ich samochody mogłyby zostać skradzione. Jak powiedziała pani z wypożyczalni: „Złodzieje i tak daleko nie zajadą!”.


4. Przejeżdżając przez islandzki interior konno, należy wziąć dwa zapasowe konie i regularnie zmieniać. Od razu uprzedzę pytania: nie próbowałam, wiedzę tę przekazał nam audioguide w autobusie relacji Kirkjubæjarklaustur-Landmannalaugar.

5. Na Islandii autobusy rejsowe wyposażone są w audioguide opowiadający - z wielkim zaangażowaniem - o mijanych miejscach i krajobrazach, a po drodze zarządza się 40-60 minutowe postoje, aby pasażerowie mogli podziwiać mijane widoki. Autobusy zwykle jeżdżą raz na dzień, więc kto się spóźni, ma spory problem.


6. Islandzkie nazwy są wprawdzie trudne do wymówienia (ale nie niemożliwe! Zaledwie dwa dni zajęło mi nauczenie się pisowni i wymowy słowa „Eyjafjallajökull”), ale za to jak ciekawie brzmią po przetłumaczeniu: Zatoka Dymów, Lodowiec Wyspowej Góry, Klasztor Kościelnej Farmy, Ludowe Gorące Źródła, Ognisty Kanion czy też... Brzydka Kałuża (poniżej):

 
7. Nazwanie islandzkiego konia kucykiem to wielkie faux pas. Mimo że są dość małe, to jednak konie islandzkie czasem przekraczają wysokość typową dla kucyków, a poza tym kto to widział, żeby wiking jeździł na kucyku!


8. Islandzkie konie są potomkami przywiezionych na wyspę przez pierwszych osadników. Nie wolno przywozić na Islandię żadnych innych koni, a koń islandzki, jak raz wyspę opuści, nie może już na nią wrócić - co islandzcy hodowcy podają jako wygodną wymówkę, dlaczego nie wygrywają w międzynarodowych zawodach: po prostu nie mogą wystawić swoich najlepszych koni!

9. Francuzi lubią zwiedzać islandzki interior.

10. Francuzi nawet w warunkach polowych piją do kolacji czerwone wino ze szklanych kieliszków.

11. Amerykańskie nastolatki są jak hobbici: nawet przy dotkliwym chłodzie nie zakładają skarpet. Chociaż właściwie wiedziałam to już od jakiegoś czasu, ale po raz kolejny miałam okazję potwierdzić tę wiedzę.

12. Owce najczęściej występują trójkami: mama owca i dwójka jagniąt, które urodziła w danym roku (bo najczęściej rodzą się bliźnięta).


13. Ze względu na szczególne warunki hodowli islandzka jagnięcina smakuje inaczej niż jagnięcina w innych częściach świata. Mam na to jednak jedynie słowo przewodnika, ponieważ sama raczej nie jadam jagnięciny, więc nie mam porównania. A zresztą jeżeli chodzi o mięsa, moja zdolność do ich rozróżniania ogranicza się do: kurczak i nie-kurczak.

14. Na Islandii w sierpniu zdarzają się przymrozki oraz opady śniegu.


15. Jednymi z nielicznych owoców, jakie rosną na Islandii, są jagody i borówki. Na inne jest za zimno (chyba że w szklarniach ogrzewanych parą z gorących źródeł. Tam uprawia się nawet banany).

16. Gorące źródła i gejzery (i co za tym idzie również ciepła woda w kranach) śmierdzą.


17. Na Islandii jada się polskie Prince Polo. No dobra, wiedziałam to już od dawna, ale co innego wiedzieć, a co innego zobaczyć na własne oczy!


18. Jednym z najmłodszych lądów na świecie jest położona u wybrzeży Islandii wyspa Surtsey, powstała w wyniku wybuchu podwodnego wulkanu w 1963 roku. Wyspa została natychmiast objęta całkowitą ochroną - tylko nieliczni naukowcy dostają pozwolenie udania się na nią, po uprzednim wysterylizowaniu wwożonych na wyspę rzeczy. Bada się tam bowiem, jak rozwija się od podstaw życie na takim nowo powstałym lądzie.
19. Maskonury nie umieją startować do lotu z płaskiego lądu.

20. Błękitna Laguna to najbardziej przereklamowana i przepłacona atrakcja Islandii. Ale to obowiązkowy punkt programu zwiedzania wyspy, więc odwiedzić trzeba.


21. A pływający w niej piasek wulkaniczny zostawia trwałe ślady na kostiumie kąpielowym. Zupełnie nowym:(

środa, 26 września 2012

Islandzkie zakazy


Tam, gdzie nie wystarczają ostrzeżenia, trzeba posunąć się do zakazów. Na Islandii głównie zakazują chodzenia po różnych miejscach (to zapewne dlatego tak duża część kraju jest niezamieszkana!). A czego poza tym?









Najwięcej miejsca poświęca się natomiast kwestii jeżdżenia po górach. Islandzkie górskie trasy, trudnodostępne i poprzecinane rzekami oraz strumieniami, to nie przelewki!