piątek, 29 kwietnia 2011

Premier w zatrzaśniętej windzie

Problemy mieszkaniowe w Sztokholmie dotykają nie tylko zwykłych obywateli. Ostatnio nawet premier, Fredrik Reinfeldt, został wraz z rodziną zmuszony do opuszczenia dotychczasowego miejsca zamieszkania i poszukania sobie innego lokum. Oficjalna rezydencja szwedzkich premierów - Pałac Sagera* - jak podaje dzisiejsza prasa, jest w tak kiepskim stanie technicznym, że nie nadaje się dla rodziny z dziećmi. Premier narzekał podczas dzisiejszej konferencji prasowej, że jest w nim zimno, część okien się nie otwiera, a wentylacja jest tak zła, że bywało, że zwykłe pieczenie i smażenie kończyło się interwencją straży pożarnej.

Ponieważ jednak jestem wredna, najbardziej spodobała mi się historia o tym, jak to premier kilkukrotnie zatrzasnął się w pałacowej windzie i w związku z tym spóźnił na samolot, którym miał polecieć z państwową wizytą. Ciekawe, swoją drogą, czy winda ta zaopatrzona jest w wewnętrzne drzwi, a jeżeli nie, to czy widnieje w niej odpowiednie ostrzeżenie. Nie można wszak dopuścić, żeby kraj stracił szefa rządu w wyniku tragicznej hissdöd!

Jeżeli jednak stosownej tabliczki tam nie ma, będzie okazja, żeby to karygodne zaniedbanie nadrobić, zadecydowano bowiem, że w ciągu najbliższego pół roku pochodzący z XVII wieku pałac przejdzie renowację. A Reinfeldt musi na ten czas wynająć dla siebie i swojej rodziny mieszkanie w centrum Sztokholmu. No to skoro już na tyle ma zbliżyć się do zwykłych obywateli, wypadałoby też chyba, żeby, tak jak oni, przeszedł przez żmudny i frustrujący proces poszukiwania mieszkań na wymagającym rynku stolicy, nieprawdaż? Już widzę go przeglądającego ogłoszenia na Blockecie!

* Nazywany też Domem Sagera, podobno dlatego, bo Ingvar Carlsson, za urzędowania którego zadecydowano o przekazaniu budynku do dyspozycji premierom, uznał, że to niewłaściwe, żeby premier mieszkał w pałacu.

środa, 27 kwietnia 2011

Szwedzka ekspansja

O ekspansji terytorialnej Szwedzi zapomnieć musieli na początku XIX wieku. No to przerzucili się na inne formy ekspansji, rozrzucając ślady swojej działalności w różnych częściach świata. Nie wszędzie da się postawić charakterystyczny, żółto-niebieski magazyn meblowy, ale, jak się okazuje, to kosmicznemu narodowi bynajmniej nie przeszkadza w dotarciu do najdalszych zakątków Ziemi. Oto co wypatrzył, na przykład, Mój Brader na Przylądku Horn:


Niemal to samo, co można bez trudu wypatrzyć w Sztokholmie. Przy okazji, jak widać, w prawdziwie szwedzkim duchu i tutaj Szwedzi dbają przede wszystkim o bezpieczeństwo!

sobota, 23 kwietnia 2011

Klämrisk a sztuka konwersacji

Klämrisk, jak się okazuje, jest dobry na wszystko. Na przykład jeżeli przy świątecznym stole będziecie się, drodzy Czytacze, zastanawiać nad dobraniem odpowiedniego tematu rozmowy, możecie zawsze skorzystać z wzorców zaproponowanych w szwedzkiej telewizji, a konkretnie w bardzo popularnym serialu komediowym "Solsidan". Główny bohater tegoż, niejaki Alex, człowiek niemal całkowicie pozbawiony asertywności, trafia w jednym z odcinków na przyjęcie z okazji czterdziestych urodzin swojego kolegi i sąsiada, Ovego. Brak asertywności jest tu o tyle znaczący, że Ove to rodzaj osoby, na której przyjęcie nikt nie dałby się zaciągnąć z własnej woli (a już tym bardziej wkopać w wygłoszenie na nim okolicznościowej mowy, co również staje się udziałem bohatera. A okolicznościowe mowy to dla Szwedów ważna sprawa). Tam to właśnie jeden z gości odzywa się do Aleksa w te słowy:


Ach, to szwedzkie poczucie humoru... Przecież firma Gillekakor nie produkuje fińskich paluszków!

Przy okazji wszystkim Czytaczom życzę wesołych Świąt! No i - mimo wszystko - ciekawszych rozmów przy stole...

niedziela, 17 kwietnia 2011

Koniec świata?


Pod wieczór znad morza przypełzła gęsta, skłębiona chmura. Połknęła połowę Sea Towers, połknęła Oksywie i zaczęła pęcznieć, pełznąc w głąb lądu wzdłuż basenu portowego. "Czy to koniec świata?" - zastanowił się kierowca przejeżdżającej furgonetki. No cóż - zobaczymy!

piątek, 15 kwietnia 2011

Kury w metrze, czyli wygrzebane z archiwum 4

Wobec braku pomysłów na nowe dygresje, postanowiłam znów sięgnąć do archiwum. Tym razem sięgnęłam naprawdę głęboko, do dawnych, dawnych czasów: zanim jeszcze powszechne stały się aparaty cyfrowe, kiedy taśmę filmową się oszczędzało, a nie marnowało na jakieś pierdoły w rodzaju fotografowania tabliczek ostrzegawczych. Zważywszy na to, że obecnie w ciągu tygodniowego wyjazdu robię zwykle koło ośmiuset zdjęć, nierzadko się zastanawiam, jak sobie wtedy radziliśmy: jedynie 24 - no, w porywach 36 - klatek na całe wakacje?! Trudno uwierzyć, a jednak, kiedyś tak było!

Co wówczas robił miłośnik dziwnych znaków i tabliczek, oszczędzający kliszę? Otóż uciekał się do metod jeszcze bardziej archaicznych: brał w dłoń ołówek lub długopis oraz kartkę papieru i znak przerysowywał! Mnie akurat znaleźć odpowiednie narzędzia było tym łatwiej, że od dawna już mam zwyczaj w ciągu wszystkich swoich wyjazdów prowadzić notatniki z zapiskami i refleksjami z podróży (niektórzy Czytacze mieli okazję się zapoznać, to mogą potwierdzić). Przerysowywanie napotkanych osobliwości pasowało do tych notatek doskonale.

Obrazki poniżej przerysowałam ze ścian stacji metra w Bukareszcie w sierpniu 2003 roku. Wartości dokumentalnej dodaje im pismo prześwitujące z drugiej strony kartki. Pozwolę sobie przytoczyć przy okazji opis, jaki obok nich wówczas zamieściłam:

"[Metro] dostarcza wielu niezapomnianych wrażeń. Już przy wejściu podróżny jest ostrzegany, żeby nie wnosił do metra benzyny, takim oto znakiem:


Następnie zaś ostrzega się go, że może go tu trafić szlag:


I nic dziwnego, czas oczekiwania na metro bywa czasem wkurzający. Rozkład jazdy jest zresztą na tyle nieprzewidywalny, że zegary na peronach odliczają nie czas do przyjazdu następnego metra, ale od odjazdu poprzedniego. Przy czym zerują się po upływie 10 minut... Poza tym można się natknąć na panią przewożącą dwie żywe kury. Naprawdę. Widziałam na własne oczy."

A widok ten był jedyny w swoim rodzaju i niezapomniany. Nawiasem mówiąc, uważam to za symptomatyczne, już w tak zamierzchłej przeszłości fascynowały mnie tabliczki ostrzegawcze!

wtorek, 12 kwietnia 2011

Śmierć królom

Są ponoć ludzie, którzy uważają, że historia jest nudna. Domyślam się, że ludzi tych skrzywdzili okrutnie w czasach szkolnych ich nauczyciele historii - bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że kogoś nudzą te niezliczone rzesze żyjących w przeszłości ludzi wyczyniających rzeczy tak zadziwiające, szalone, genialne, wyjątkowe, przełomowe, idiotyczne, czy błyskotliwe...

Ot, taki na przykład kapitan Anders Lindeberg, na którego natknęłam się całkiem niedawno. Żył on w Szwecji w pierwszej połowie XIX wieku, w czasach gdy tron szwedzki (a także norweski, ale to już nieco inna historia) zajmował niejaki Jean Baptiste Bernadotte, nie mniej ciekawa postać zresztą: syn prawnika z francuskiego miasta Pau, zanim stał się założycielem panującej do dziś w Szwecji dynastii królewskiej, podjął się kariery wojskowej. Rozpoczął ją jeszcze przed rewolucją francuską, a kontynuował w armii rewolucyjnej i potem napoleońskiej, gdzie dorobił się tytułu marszałka.

To był jednak tylko początek jego wspinaczki po drabinie awansów, w 1810 roku nagle otworzyła się bowiem przed nim zupełnie nowa perspektywa: zaoferowano mu tron szwedzki. Cóż uczynić mógł w takiej sytuacji rewolucjonista, zwolennik idei republikańskich i jakobinizmu? Ofertę przyjął, dał się adoptować przez panującego jeszcze wówczas, ale starego i bezdzietnego króla Karola XIII, zmienił wyznanie na protestanckie, imię na Karl Johan i obiecał nauczyć się szwedzkiego (której to obietnicy nie dotrzymał). Wkrótce również obrócił się przeciw Napoleonowi, a z czasem stał się też między innymi zwolennikiem absolutyzmu i cenzury prasy. Nie wszystko jednak dało się zmienić: plotka głosi, że z czasów rewolucyjnych do końca życia i dość długiego panowania na dwóch tronach pozostała mu pamiątka w postaci tatuażu na piersi z napisem "Śmierć królom".

A cóż z kapitanem Lindebergiem? Otóż miał on ambicję założyć w Sztokholmie teatr. Gdy jednak zgody na takie przedsięwzięcie nie uzyskał, zwrócił się do władz z oskarżeniem o sprzyjanie królewskiemu monopolowi na teatry, który służyć miał jedynie prywatnym interesom króla. A że było to w czasach, w których Karol Jan już zupełnie zapomniał o swojej rewolucyjnej młodości i atmosfera w kraju stała się cokolwiek despotyczna, władze postanowiły wykazać się nadgorliwością i w odpowiedzi wysunęły własne oskarżenia, mianowicie o obrazę majestatu. Różnica była jednak taka, że oskarżenia władz miały już poważne, prawne konsekwencje. Tym poważniejsze, że jedyną karą, jaką prawo w tym czasie przewidywało za obrazę majestatu była - śmierć przez ścięcie.

Sytuacja zrobiła się absurdalna: wobec tak ogromnej dysproporcji między przewinieniem a zasądzoną karą władze stały się obiektem kpin opinii publicznej, a z drugiej strony sam Lindeberg się zaparł i postanowił zaakcentować swój sprzeciw wobec poczynań władz odmawiając przyjęcia łaski i zamiany kary na trzyletnie więzienie, ani przystania na plany umożliwienia mu ucieczki z więzienia. Żeby się go w końcu stamtąd pozbyć trzeba było uciec się do podstępu: z okazji 24-lecia wstąpienia Karola Jana na tron ogłoszono amnestię dla wszystkich więźniów politycznych, a samego Lindeberga wywabiono na dziedziniec więzienia, po czym... zamknięto za nim bramy.

piątek, 8 kwietnia 2011

wtorek, 5 kwietnia 2011

Zakaz hulania

Zagadka nadesłana przez Czytaczkę Monikę: gdzie znajduje się taki zakaz i dlaczego?



Osobiście stawiam na jakiś budynek uniwersytecki, w którym studenci i doktoranci za dużo sobie hulali na hulajnogach, co groziło katastrofalnymi skutkami dla wyposażenia laboratoriów naukowych. Ale może Czytacze mają inne domysły...?

niedziela, 3 kwietnia 2011

Praca na wysokości



Tak się składa, że w Gdyni też remontują dworzec. I również z tej okazji obwiesili go plakatami, a na tych plakatach również umieścili adresy internetowe. Przekaz jest może nieco bardziej prozaiczny, ale za to - jakże klämriskowy!