sobota, 31 marca 2012

Się rozłazi

Wydawałoby się, że w niemieckich kolejach wszystko będzie porządnie utrzymane i wyrównane jak od linijki. A jednak i tutaj niektóre rzeczy się rozłażą... 


czwartek, 29 marca 2012

Najbardziej prawdopodobne powody doznania uszczerbku na zdrowiu w Greifswaldzie

Ranking niepoparty żadnymi badaniami, a tylko własnymi, subiektywnymi obserwacjami.

1. Potrącenie przez szalonego kierowcę. Powszechnie znane są stereotypy mówiące o tym, że niemieccy kierowcy są kulturalni, zrównoważeni i przestrzegający przepisów. Jak to zwykle ze stereotypami bywa, są one tylko częściowo prawdziwe, a mianowicie nie dotyczą kierowców z Meklemburgii-Pomorza Przedniego. Tutejsi kierowcy mrożą krew w żyłach i jako piesza czuję się na greifswaldzkich zebrach dużo mniej bezpiecznie niż w Polsce, a przynajmniej w Trójmieście.

2. Potrącenie przez szalonego rowerzystę. Rowerów jest tu chyba więcej niż samochodów, co niestety nie znaczy, że ścieżek rowerowych jest więcej niż ulic. Rowerzyści śmigają więc w najlepsze po chodnikach, często tylko o milimetry mijając przechodniów.

3. Utrata zdrowia psychicznego na skutek starcia z niemiecką biurokracją - patrz wiadomy fragment z "Dwunastu prac Asteriksa".

4. Śmierć głodowa na skutek niemożności wydobycia swojej pensji z biurokratycznej machiny. Mam znajomego, który zaczął pracę na uniwersytecie w styczniu, a pierwszą wypłatę dostał w zeszłym tygodniu; ja podpisałam umowę w połowie lutego i do tej pory nie dostałam pensji. 

5. Załamanie nerwowe na skutek nieotrzymania ważnej wiadomości/jednego z zyliona zaświadczeń koniecznych do funkcjonowania w Niemczech/karty bankomatowej/innej korespondencji z powodu zagubienia ich przez pocztę. Jak dotąd udało jej się zgubić co najmniej dwa listy do mojej skromnej osoby (co najmniej, bo piszę tylko o tym, co wiem, że powinnam była dostać), w tym kartę bankomatową. Osobiście o przechwytywanie poczty podejrzewam mafię przedniopomorską

6. Skręcenie kostki na greifswaldzkim bruku. Większość centrum Greifswaldu wyłożona jest kostką brukową, która, jak się szybko przekonałam, jest powierzchnią wyjątkowo nieodpowiednią do chodzenia w butach na obcasach.

7. No i oczywiście wszelkie urazy, jakich można doznać wchodząc na oblodzone ścieżki.

sobota, 24 marca 2012

Eldena


Skoro już mowa o Photoshopie, Casparze Davidzie i szlaku śladami jego twórczości, można zauważyć, że niektóre rzeczy, które wyprawiał, przewyższały najbardziej śmiałe komputerowe ingerencje.
Do najchętniej utrwalanych przez Caspara Davida okolicznych widoków należały ruiny klasztoru w podgreifswaldzkiej Eldenie. Przyznać trzeba, że obiekt to dość malowniczy:


To jednak najwyraźniej naszemu malarzowi nie wystarczało - zapewne stwierdził, że okolice klasztoru są za mało drrramatyczne. I tak na jednym z obrazów wiszących w tutejszym Pommersches Landesmuseum można zobaczyć eldeński klasztor stojący sobie, ni stąd ni zowąd, wśród gór.

piątek, 23 marca 2012

Bez Photoshopa

Niezphotoshopowana wersja widoczku z tej dygresji mogłaby wyglądać na przykład tak:
Choć nie da się ukryć, że w tym akurat wypadku photoshopowa ingerencja mogłaby się właściwie przydać. Z drugiej strony, prawdopodobnie nawet ona niewiele by tu pomogła... Poza tym, biorąc za przykład najsławniejszego syna greifswaldzkiej ziemi, widoczki stąd powinno się może raczej tworzyć w stylu bardziej mroczno-romantycznym, chociażby tak:
Autor powyższej "Panoramy Greifswaldu w świetle księżyca", Caspar David Friedrich, przyszedł na świat w tym mieście w roku 1774. Znany jest chyba każdemu, kto ma choć blade pojęcie o romantycznym malarstwie, a może i romantyzmie w ogóle, jako autor pełnych sturmu oraz drangu krajobrazów niemieckiego wybrzeża Bałtyku - innymi słowy, tutejszych okolic. Rodzinne miasto jest oczywiście ze swego krajana niezwykle dumne i choć w miejscowym muzeum naliczyłam zaledwie pięć czy sześć dzieł Caspara Davida, oprócz nich mamy tu galerię Caspar David Friedrich Zentrum, a także Caspar David Friedrich Bildweg, czyli szlak turystyczny śladami miejsc przedstawionych na obrazach malarza. Do których należy chociażby greifswaldzki główny rynek, wyjątkowo ukazany w nieco bardziej niż zwykle u tego malarza pogodnym nastroju:
Jego punkt widzenia jest tu trochę na prawo od mojego na pierwszym rysunku. Kamienica (a właściwie ratusz, dzisiaj mieszczący informację turystyczną) po lewej jest dziś czerwona, ta na prawo od niej jest nieco wyższa, nie ma drzew, a rynek i ulice są brukowane. Ale poza tym niewiele się zmieniło, w kamienicy pośrodku nawet nadal mieści się apteka. Greifswald nie został bowiem zniszczony w czasie wojny - jak to określił przewodnik Lonely Planet, "dzięki odwadze dowódcy obrony miasta, który je poddał (za co groziła kara śmierci)".

poniedziałek, 19 marca 2012

poniedziałek, 12 marca 2012

Rytuał

Przed odjazdem pociągu regionalnego za zachodnią granicę na peronie czwartym szczecińskiego dworca odbywa się pewien specyficzny rytuał. Peron wypełnia się wówczas ludźmi w różnym wieku, płci obojga, obwieszonymi większą lub mniejszą ilością tobołów, wykrzykujących wszem i wobec: "Kto do Lübeck?"*, "Na Hamburg?", lub też zagadujących się nawzajem bezpośrednio: "Pani na Berlin?", "Kiel??". Często proces przenosi się do samego pociągu, a ton nagabywań staje się z czasem coraz bardziej natarczywy i rozpaczliwy. Nawoływania niosą się przez cały (krótki) pociąg, pasażerowie krążą od przedziału do przedziału, wiedzeni wieścią, że podobno znajomy czyjegoś znajomego również jedzie do Hamburga. Z ulgą można odetchnąć dopiero po uzbieraniu pięcioosobowej grupki. Tylko niektórzy przychodzą na peron przygotowani, już z góry umówieni z bliższymi lub dalszymi znajomymi jadącymi w tym samym kierunku. Mogą wówczas z satysfakcją patrzeć na biegających po peronie i pociągu bliźnich.

Aż w końcu przychodzi konduktorka. To jej nadejście jest kulminacją całego procesu. Pogrupowani pasażerowie mogą teraz zebrać owoce swoich wysiłków: zakupić promocyjne, grupowe bilety!

Innym aspektem rytuału jest pewna zażyłość między podróżnymi na peronie. Wielu z nich zna się nawzajem (akurat na tyle, żeby zwracać się do siebie imieniem poprzedzonym "panem"/"panią") i odbywa podróż Szczecin-wybrane miasto północnych Niemiec dość regularnie. A nawet między tymi, którzy się nie znają, można dostrzec pewnego rodzaju porozumienie, jak to bywa między przedstawicielami tej samej grupy zawodowej. Gastarbeiterów, w tym przypadku.

Mnie nikt nie nagabuje. Nikt poza mną nie jeździ do Greifswaldu.

* Raczej nie używa się przy tym polskich nazw miejscowości; niespecjalnie dba się też o prawidłową niemiecką wymowę, więc brzmi to mniej więcej jak "Libek".

poniedziałek, 5 marca 2012

sobota, 3 marca 2012

Śliska sprawa 2


Wreszcie ostatnie (jak na razie) ryzyko występujące w kraju sąsiadów związane jest ze śliskimi podłogami i możliwością rymnięcia na nich na dziób. Z jakiegoś powodu ryzyko to największe jest w okolicach stoiska owocowo-warzywnego:

piątek, 2 marca 2012

Greifswald zimą

Niemieckich klämrisków część druga. I przy okazji porównanie do Szwecji. No bo przypomnijcie sobie tylko, drodzy Czytacze, jak tam zwraca się uwagę na niemiłe niespodzianki spadające z dachów w czasie roztopów. Otóż Niemcy nie przykładają się do tego z równą starannością:


Drugiego obrazka natomiast, dla odmiany, porównać się nie da: to rzecz specyficzna dla krajów niemieckojęzycznych - zaczynam wręcz podejrzewać, że to tutejszy odpowiednik szwedzkiego klämrisku. Tu po prostu pewne rzeczy robi się wyłącznie na własne ryzyko:

czwartek, 1 marca 2012

Tańczący z pociągami

Pora podzielić się różnymi klämriskami, jakie zdarzyło mi się uzbierać w czasie prawie miesiąca mojego dotychczasowego życia za zachodnią granicą. A ponieważ poprzednio było o dworcu, zacznę od ostrzeżeń kolejowych. Otóż, możemy się dowiedzieć, pociągi nie służą temu, żebyśmy się o nie opierali:


...nawet jeśli akurat tak się składa, że jesteśmy atrakcyjną blondynką:


Swoją drogą, powyższa scena jest niczym zaczerpnięta z filmu akcji: bohaterka nawet się nie spodziewa, że tuż za nią czai się ogromne, rozpędzone żelazne monstrum, tylko czekające na okazję, żeby ją ściągnąć z peronu. Czy młodzieniec w niebieskiej bluzie zdąży uratować dziewczę?

A poniżej - prawdziwy rodzinny dramat z niezrównoważonym rodzicem-psychopatą, wpychającym wózek dziecięcy na tory, w roli głównej: