czwartek, 23 lutego 2012

Kierunek nieznany


Odkryłam wczoraj istnienie peronu trzeciego na dworcu w Greifswaldzie. W celu pełnego zrozumienia wagi tego odkrycia odsyłam Was, drodzy Czytacze, do poprzedniej dygresji. Może na niektórych wspomniane tam 55 tysięcy nie robi większego wrażenia, ale na mnie, która nie mieszkała nigdy w aglomeracji poniżej czterystu tysięcy - owszem, i to całkiem spore. Spotęgował je między innymi właśnie greifswaldzki dworzec, ekhem, główny (jest też niegłówny - Greifswald Południe), kiedy zauważyłam, że dysponuje on zaledwie dwoma peronami: peronem 1, oznaczonym "Kierunek Stralsund" oraz peronem 2, oznaczonym "Kierunek Berlin, Wyspa Uznam".* Odkrycie peronu 3, w nieokreślonym kierunku, choć krótkiego i schowanego na uboczu, wydało mi się w związku z tym obiecującą perspektywą i znakiem, żeby nie porzucać nadziei...

* Przypomniała mi się hala odlotów lotniska Hamburg-Lubeka, zdecydowanie jednego z moich ulubionych lotnisk w Europie (przynajmniej dopóki nie zobaczyłam Terminalu 2 lotniska w Turku) - brezentowy namiot, w którym wyjścia do poszczególnych lotów nie są oznaczone numerami, ale miejscowościami docelowymi: wyjście Gdańsk, wyjście Piza itd...

piątek, 17 lutego 2012

Jak żyć?

Jak już przeszłam przez biurokratyczne zawiłości opisane poprzednio, udało mi się wynająć mieszkanie. Całkiem ładne, w zabytkowym budynku. Ale teraz stanęłam przed problem: co dalej? Pierwszy raz w życiu mieszkam w mieście, w którym nie ma Ikei*. Nigdy wcześniej nie musiałam się nad tym zastanawiać, ale w końcu zostałam skonfrontowana z tym ważkim społecznym problemem: jak sobie ludzie w takiej sytuacji radzą?

Z innej beczki, po raz pierwszy też mieszkam w tak małej miejscowości (ok. 55 tys. mieszkańców). Ciekawe, jak mi się to spodoba.

* Nie liczę pierwszych dziesięciu lat mojego życia, bo je spędziłam w kraju ogólnie charakteryzującym się brakiem wielu towarów i usług podstawowych dla normalniej ludzkiej egzystencji.

wtorek, 14 lutego 2012

Gastarbeiterin

Jak to dobrze, że jesteśmy w UE i kraje ościenne otworzyły już dla nas swoje rynki pracy! Dzięki temu rozpoczynając pracę w, dajmy na to, Niemczech, nie trzeba już załatwiać dodatkowych pozwoleń i dokumentów, a jedynie to, co załatwić musi każdy przeciętny Niemiec najmując się do podobnej pracy. A więc należy przedstawić: dyplom doktorski, magisterski, licencjacki i maturalny (o świadectwo z przedszkola nie poprosili, a już się bałam!). Jeżeli nie ma się dyplomu licencjackiego bo, na przykład, studiowało się na studiach jednolitych, należy ten fakt długo i obszernie wyjaśnić, przedstawiając tło społeczno-polityczne dotyczące reformy szkolnictwa wyższego i procesu implementacji systemu bolońskiego. Do tego dorzucić należy jeszcze odpis aktu urodzenia. Jeżeli ma się szczęście być posiadaczem współmałżonka i/lub dzieci, ich akty urodzenia oraz akt ślubu i ewentualnie rozwodu również będzie wymagany. Oczywiście wszystko to powinno być w języku niemieckim lub - co za ulga - angielskim. Zestaw ten uzupełnić należy następnie dwoma tabelkami - w których wymienia się dokładnie wszystkie dotychczasowe miejsca pracy, z podaniem nazw, adresów, wymiaru czasu pracy i powodów odejścia - oraz plikiem oświadczeń, w których zobowiązuje się między innymi do przestrzegania tajemnicy służbowej oraz niedziałania na szkodę państwa niemieckiego. Na początku przebąkiwali jeszcze o zaświadczeniu z policji o dobrym prowadzeniu się, ale z jakiegoś powodu potem tę ideę porzucili. Jak już się to skompletuje, należy odczekać kilka dni, aż biurokratyczna maszyna wszystko to przemiele i pozwoli nam podpisać naszą umowę. Jeszcze jeden dzień - i już można ją (jak się ma szczęście) odebrać podpisaną przez pracodawcę. I wreszcie, tydzień po przyjeździe, można się zająć takimi rzeczami jak znalezienie mieszkania (które zgodzą się nam wynająć dopiero po zobaczeniu umowy o pracę), meldunek (którego można dokonać dopiero po wynajęciu mieszkania i uzyskaniu tym samym stałego adresu) i założenie konta bankowego (które można założyć dopiero po zameldowaniu się). A wtedy będzie można donieść pracodawcy jeszcze kilka innych formularzy, do których wymagane są numery z kasy chorych, urzędu meldunkowego i banku.

Na szczęście nie jest wymagane badanie lekarskie ani szkolenie BHP!

niedziela, 5 lutego 2012

Przeprowadzka


Zdaję sobie sprawę z tego, że od paru(nastu) miesięcy moja aktywność blogowa znacznie spadła - zrzucam to na nieciekawą polską rzeczywistość, niedostarczającą mi zbyt wiele inspiracji, z wyjątkiem może okazjonalnego szkolenia BHP... Ale od dziś porzucam na nowo ojczyste strony i przeprowadzam się do Uniwersyteckiego i Hanzeatyckiego Miasta Greifswald. Stąd właśnie będę odtąd przesyłać dygresyjne raporty. Często spotykam się z pytaniem, gdzie właściwie leży Greifswald, a więc żeby od razu rozwiać te wątpliwości, pokażę - leży on tu:



Trudno mi już dzisiaj powiedzieć, czy ta przeprowadzka oznaczać będzie znaczne zwiększenie dygresyjnej aktywności, bo w końcu naród niemiecki jest mniej kosmiczny niż szwedzki oraz lepiej polskiemu Czytaczowi znany, a i ja nie studiowałam nigdy germanistyki, więc nie mam podobnego teoretycznego przygotowania, jak w przypadku Szwecji. Mimo to - nie porzucam nadziei.

P.S. Obrazek na początku jest rezultatem próby wykorzystania ostatniego dnia ważności wersji próbnej Photoshopa:)

czwartek, 2 lutego 2012

Woda z piaskiem

Wiemy już, czemu oddają się bywalcy sztokholmskiej Biblioteki Królewskiej, gdy odwiedzają tamtejszą toaletę. Czym natomiast zajmują się czytelnicy w Bibliotece Głównej UG? Najwyraźniej mieszaniem wody z piaskiem. I to na dodatek brudnej: