Przejdź do głównej zawartości

W kwestii św. Mikołaja


...jako że dziś Mikołajki. Nie będzie chyba dla Czytaczy niespodzianką, jeżeli napiszę, że Szwedzi nie znają tradycji obdarowywania się prezentami z okazji 6 grudnia*. Jednak, co więcej, ten pogański naród nie zna nawet samego Świętego Mikołaja! Prezenty bożonarodzeniowe przynosi, w wigilijny wieczór, po tym, jak w telewizji wyemitowano "Kaczora Donalda" (jego emisja to tutejsza wigilijna tradycja. Naprawdę!), jultomte, czyli bożonarodzeniowy skrzat. A właściwie nie całkiem bożonarodzeniowy, bo słowo jul, którym po szwedzku oznacza się Święta Bożego Narodzenia, pochodzi od jōl - przedchrześcijańskiego, nordyckiego święta zimowego przesilenia. To już chyba Santa Claus z reklamy Coca-Coli jest bardziej bożonarodzeniowy...

* Chociaż ja wykorzystałam pretekst dzisiejszego dnia, żeby wypastować wszystkie buty.

Komentarze

Kolleander pisze…
Widzę, że jultomte ze zdjęcia propaguje sportowy tryb życia.

Ciekawe są te wszystkie mutacje św. Mikołaja. Co do zwyczaju przyjętego poprzez inspirację motywem z kreskówki, połączonego z tradycją nordycką... mój obraz Szwecji jest coraz bardziej złożony! I jeszcze to "jul"... mam wrażenie, że to kraj, w którym z wirtuozerią usuwa się wszelkie ślady, że kiedykolwiek miało się chrześcijański etap w historii;)
martencja pisze…
W tym przypadku raczej nie zaciera, bo jul zawsze się tak nazywało, raczej po prostu nigdy na dobre się tego chrześcijańskiego aspektu Świąt nie przyjęło:) Jultomte zaś jest tak naprawdę XIX-wiecznym wymysłem pisarza Viktora Rydberga. Skąd natomiast wziął się zwyczaj oglądania "Kaczora Donalda" w Wigilię, tego nie wiem.

Oczywiście, że jultomte propaguje zdrowy tryb życia, wszak jest szwedzki! Widać to nawet bardziej tu. Zwracam uwagę, że logo tej mikołajowej siłowni jest stylizowane na logo popularnej szwedzkiej sieci siłowni, SATS.

M.

Popularne posty z tego bloga

Godzina wilka

Gdybym miała wybrać swoje ulubione szwedzkie słowo, byłoby to chyba właśnie to: vargtimmen, godzina wilka. Jest takie zupełnie nie po skandynawsku metaforyczne i niesamowite. Godzina wilka to czas przed świtem, między 3 a 5 nad ranem, ostatnie godziny nocy, zaraz przed powrotem światła. Według ludowych wierzeń to najtrudniejsza część doby, czas, w którym rodzi się najwięcej dzieci i najwięcej ludzi umiera, śpiący mają najgorsze koszmary, a cierpiących na bezsenność ogarnia największy lęk. Czuwających przy ognisku zaś w tym czasie właśnie mógł zmorzyć sen, czyniąc z nich łatwe ofiary wilków. Według nauki natomiast jest to okres najmniejszej aktywności organizmu, kiedy obniża się temperatura ciała, ciśnienie krwi i przemiana materii.

Jest to także tytuł filmu Ingmara Bergmana. I piosenki zespołu Hedningarna (czyli "poganie"). Ja jednak na ilustrację muzyczną wybiorę inny utwór, trochę, choć już nie tak bezpośrednio, zbliżony tematycznie: ludową piosenkę o wilkołaku w wykonaniu …

Personnummer

Po powrocie do Sztokholmu zastałam w skrzynce list z Urzędu Skarbowego z zawiadomieniem, że przyznano mi oficjalnie personnummer. Tym samym stałam się, w szwedzkim rozumieniu, pełnoprawną istotą ludzką.
Personnummer, dosłownie numer osobisty, a bardziej oficjalnie numer ewidencyjny, to odpowiednik polskiego numeru PESEL. Jak głosi broszura Urzędu Skarbowego, jest on "jednolitym narzędziem pozwalającym na jednoznaczne ustalenie tożsamości osób fizycznych. W obecnej formie numer ten występuje od 1967 r., niemniej już w roku 1947 wprowadzono system ewidencji oparty na dacie urodzenia oraz trzycyfrowej liczbie porządkowej urodzenia" (tak, tak, broszura jest dostępna po polsku).
Osoba bez numeru ewidencyjnego w Szwecji po prostu nie istnieje jako członek społeczeństwa. Pytają się o niego przy zapisywaniu się do lekarza, podpisywaniu jakichkolwiek umów, logowaniu się do serwisów pośredniczących w wynajmie akademików, wyrabianiu kart bibliotecznych, uczestniczeniu w kursach na uniw…

Europejczycy to mięczaki

Snują się po całym budynku jak jakieś duchy narzekając na zimno — Skandynawowie, Brytyjczycy, Portugalczycy... budynek jest wszak siedzibą Centrum Studiów Europejskich, więc można przebierać w narodowościach. Oplatają zgrabiałe palce wokół kubków z gorącą herbatą, zapinają pod szyję swetry i otulają się szalami. I zawracają głowę, że skoro temperatura od paru już dni utrzymuje się poniżej 20 stopni, może by tak włączyć ogrzewanie? Albo chociaż wyłączyć klimatyzację...?
Ledwo wydostali się spod opiekuńczych skrzydeł unijnych norm, świat zaczyna ich atakować. Amerykańska pasta do zębów okazuje się być toksyczna: już po paru dniach używania kończą z gębą pełną aft i muszą szukać kogoś, kto zna kogoś, kto będzie w najbliższym czasie podróżował z Europy i mógłby przywieźć stamtąd tubkę czy dwie — nieważne, z jakiego kraju, nieważne, jakiej marki (tu marki są te same, ale co z tego?), ważne, żeby jej skład spełniał normy UE. Wolą nawet nie myśleć, co jest w jedzeniu, ale na wszelki wypadek…