Przejdź do głównej zawartości

Imieniny

Jechałam niedawno jednym z nowych składów trójmiejskiej SKM-ki: tych odpicowanych, odmalowanych, z kolorową tapicerką i elektronicznymi wyświetlaczami. Żadna z tych rzeczy jednak nie zwróciła mojej uwagi tak bardzo, jak to, co na tych wyświetlaczach pokazywano. Łamało to bowiem jakieś wieloletnie tabu, szło wbrew niepisanym zasadom, na których opiera się polskie społeczeństwo. Mianowicie, zamiast tak elementarnej, niezbędnej dla każdego uczestnika komunikacji publicznej informacji, jaką jest wiadomość o tym, kto obchodzi dzisiaj imieniny, wyświetlano tam rzecz tak błahą i niepraktyczną, jak nazwa następnego przystanku! Czyżby to oznaczało, że zatracamy już zupełnie naszą polską tożsamość i bezmyślnie małpujemy trendy nadchodzące ze zgniłego Zachodu (tudzież Północy)? Co poczną te wszystkie Zenobie i Zachariasze, do których nikt nie zadzwoni z życzeniami, ponieważ ich znajomym nikt nie przypomniał, że właśnie dziś przypadają ich imieniny...?

A tak na poważnie: zdaję sobie sprawę, że wyświetlanie nazw następnych przystanków w autobusach czy kolejkach to wcale nie jest prosta sprawa, wymaga chociażby odpowiednich systemów nawigacji. Ale z drugiej strony chociażbym tysiąc lat myślała, nie przyszłoby mi do głowy zagospodarować wolnego - w oczekiwaniu na instalację owych cudów techniki - miejsca na wyświetlaczu właśnie listą solenizantów. Być może zresztą to wyłącznie mój problem, bo muszę przyznać, że ciężko mi jest zrozumieć fenomen imienin w polskiej kulturze. Tak czy inaczej, w tej sprawie jestem całym sercem za zgniłym Zachodem (tudzież Północą;)).

Komentarze

patysio pisze…
Ha, to powiem Ci, że w krakowskich tramwajach nazwy następnych przystanków są nie tylko wyświetlane, ale także oznajmiane paszczowo przez a) Grzegorza Turnaua, b) Annę Dymnę, c) Krzysztofa Globisza. Poza tym mamy też tramwajowe TV, gdzie wyświetlają: a) imieniny, b) ilość dni pozostałych do sylwestra, c) filmiki Charliego Chaplina :D
Kiedyś coś nagram i wrzucę - moje the best to na razie Dymna i jej Dworzec główny zachód, galeria - z jaką emfazą ona to wymawia!
martencja pisze…
Ach, więc widzę, że Kraków został już opanowany przez zgniły Zachód!

W Gdyni w niektórych autobusach też są TV, na których wyświetlają ogłoszenia o pracę i reklamy. A znowu we Florencji, na przykład, wyświetlają na takowych godziny otwarcia muzeów oraz dziwny krótkometrażowy filmik animowany o korupcji w piłce nożnej (nie wiem, czemu mający służyć, chyba uświadamianiu). A że to Florencja, często pokładowe TV się w ogóle zawiesza i wyświetla jedynie ekran startowy Windowsa;] Nazw przystanków jednak nigdy tam się nie da uświadczyć.

W trójmiejskiej kolejce zaś najzabawniej jest zimą, kiedy wszystkie okna w wagonie są doszczętnie zaparowane, tak, że zupełnie nie widać, co się przesuwa za nimi i jedynym sposobem poznania, gdzie wysiąść, jest liczenie przystanków;]

M.
ewa pisze…
a ja muszę stanąć w obronie komunikacji gdyńskiej (przynajmniej na trasie mój dom-centrum-praca;)), gdyż większość nieprzegubowych autobusów z wyświetlaczem pokazuje, jaki będzie następny przystanek! Albo to jakiś dobry trend, który dopiero dojdzie do innych miast/dzielnic albo bardzo dziwny zbieg okoliczności;)
Anonimowy pisze…
Oj, to chyba jednak dziwny zbieg okoliczności Towarzyszko Ewo ;)

Swoją drogą po przeczytaniu tej dygresji, nie mogłam dzisiaj oderwać oczu od tych nieszczęsnych solenizantów wyświetlanych w SKM-ce...

Motyw krakowski - świetna sprawa :)

km
martencja pisze…
Mam nadzieję, droga KM, że w związku z tym pamiętałaś, aby odpowiednim osobom złożyć życzenia! Ja też dzisiaj, nawiasem mówiąc, jadąc SKM-ką miałam okazję naczytać się o solenizantach.

Niniejszą dygresję można zresztą potraktować jako świadectwo odchodzenia pewnej epoki:P Bo, jak piszesz, Ewo, rzeczywiście coraz częściej można w autobusie wyczytać nazwę następnego przystanku. Ot, choćby w "moim" autobusie wysokogórskim też zainstalowano już to cudo techniki. Choć GPSowi zwykle coś się kompletnie miesza akurat gdy dojeżdża do mojego przystanku, tak więc jakbym miała komuś tłumaczyć, jak do mnie dotrzeć po nazwie przystanku, to i tak nic z tego. Zaczynam podejrzewać, że to element jakiegoś niezwykle szczwanego planu mającego na celu utrudnić dotarcie w nasze okolice, który zaczął się już od nazwania ulicy w niezwykle konfundujący sposób. Ile ja się w życiu natłumaczyłam, jak do mnie dotrzeć...!

Ale chyba zboczyłam z tematu;]

M.
Anonimowy pisze…
No niestety nie miałam okazji złożyć życzeń odpowiednim osobom. Nie znam żadnego Rajmunda, ani Bohdany :(

km

Popularne posty z tego bloga

Godzina wilka

Gdybym miała wybrać swoje ulubione szwedzkie słowo, byłoby to chyba właśnie to: vargtimmen, godzina wilka. Jest takie zupełnie nie po skandynawsku metaforyczne i niesamowite. Godzina wilka to czas przed świtem, między 3 a 5 nad ranem, ostatnie godziny nocy, zaraz przed powrotem światła. Według ludowych wierzeń to najtrudniejsza część doby, czas, w którym rodzi się najwięcej dzieci i najwięcej ludzi umiera, śpiący mają najgorsze koszmary, a cierpiących na bezsenność ogarnia największy lęk. Czuwających przy ognisku zaś w tym czasie właśnie mógł zmorzyć sen, czyniąc z nich łatwe ofiary wilków. Według nauki natomiast jest to okres najmniejszej aktywności organizmu, kiedy obniża się temperatura ciała, ciśnienie krwi i przemiana materii.

Jest to także tytuł filmu Ingmara Bergmana. I piosenki zespołu Hedningarna (czyli "poganie"). Ja jednak na ilustrację muzyczną wybiorę inny utwór, trochę, choć już nie tak bezpośrednio, zbliżony tematycznie: ludową piosenkę o wilkołaku w wykonaniu …

Personnummer

Po powrocie do Sztokholmu zastałam w skrzynce list z Urzędu Skarbowego z zawiadomieniem, że przyznano mi oficjalnie personnummer. Tym samym stałam się, w szwedzkim rozumieniu, pełnoprawną istotą ludzką.
Personnummer, dosłownie numer osobisty, a bardziej oficjalnie numer ewidencyjny, to odpowiednik polskiego numeru PESEL. Jak głosi broszura Urzędu Skarbowego, jest on "jednolitym narzędziem pozwalającym na jednoznaczne ustalenie tożsamości osób fizycznych. W obecnej formie numer ten występuje od 1967 r., niemniej już w roku 1947 wprowadzono system ewidencji oparty na dacie urodzenia oraz trzycyfrowej liczbie porządkowej urodzenia" (tak, tak, broszura jest dostępna po polsku).
Osoba bez numeru ewidencyjnego w Szwecji po prostu nie istnieje jako członek społeczeństwa. Pytają się o niego przy zapisywaniu się do lekarza, podpisywaniu jakichkolwiek umów, logowaniu się do serwisów pośredniczących w wynajmie akademików, wyrabianiu kart bibliotecznych, uczestniczeniu w kursach na uniw…

Europejczycy to mięczaki

Snują się po całym budynku jak jakieś duchy narzekając na zimno — Skandynawowie, Brytyjczycy, Portugalczycy... budynek jest wszak siedzibą Centrum Studiów Europejskich, więc można przebierać w narodowościach. Oplatają zgrabiałe palce wokół kubków z gorącą herbatą, zapinają pod szyję swetry i otulają się szalami. I zawracają głowę, że skoro temperatura od paru już dni utrzymuje się poniżej 20 stopni, może by tak włączyć ogrzewanie? Albo chociaż wyłączyć klimatyzację...?
Ledwo wydostali się spod opiekuńczych skrzydeł unijnych norm, świat zaczyna ich atakować. Amerykańska pasta do zębów okazuje się być toksyczna: już po paru dniach używania kończą z gębą pełną aft i muszą szukać kogoś, kto zna kogoś, kto będzie w najbliższym czasie podróżował z Europy i mógłby przywieźć stamtąd tubkę czy dwie — nieważne, z jakiego kraju, nieważne, jakiej marki (tu marki są te same, ale co z tego?), ważne, żeby jej skład spełniał normy UE. Wolą nawet nie myśleć, co jest w jedzeniu, ale na wszelki wypadek…