poniedziałek, 18 stycznia 2010

M jak morderstwo

Obejrzałam ostatnio nowe odcinki "Wallandera". Miło mi donieść, że nadal jest Atmosfera, piękne zdjęcia, dobra muzyka i Kenneth (jak przystało na bohatera kryminału, kierujący się w swoim postępowaniu żelaznymi zasadami: "prawdziwy mężczyzna nigdy nie prosi o wsparcie" oraz "policjant nie jest wart swojej odznaki, jeżeli ma jakieś życie osobiste") - a więcej mi do szczęścia nie potrzeba! Niemniej jednak zainspirowało mnie to do luźnej dygresji na temat szwedzkich kryminałów, tym bardziej, że wiem, że niektórych Czytaczy temat ten interesuje.

Otóż tak, to prawda: Szwedzi, czy też bardziej ogólnie Skandynawowie, piszą i czytają mnóstwo kryminałów.* W każdej księgarni dział deckare (czyli kryminałów właśnie) zajmuje pokaźne miejsce. Odbija się to także w twórczości filmowej: średnio raz na dwa miesiące (jeżeli nie częściej) odbywa się premiera kolejnej ekranizacji jakiejś powieści tego gatunku. Ostatnio, po wyczerpaniu trylogii "Millenium" Stiega Larssona, przyszła kolej na kolejny poczytny kryminał - w ostatni piątek wszedł na ekrany film "Snabba cash" na podstawie książki Jensa Lapidusa (jak czytałam, spotkał się z przychylną opinią nie tylko recenzentów, ale także byłych przestępców).

O ile wiem, wszystko są to powieści dostępne również w polskich tłumaczeniach, wydawcy w naszym kraju wykorzystują bowiem modę na skandynawskie kryminały tłumacząc co im w ręce wpadnie. Chociaż z jakiegoś powodu omijają szerokim łukiem (no, prawie - kilka pojedynczych powieści się w Polsce ukazało) jednego z bardziej uznanych tutejszych autorów, który nagrody zdobywał na długo zanim jeszcze wyżej wymienionym przyszło do głowy zająć się pisaniem powieści - i jedynego, po którego sama czasem sięgam - Håkana Nessera. Moim zdaniem bowiem jako jeden z niewielu szwedzkich autorów (nie tylko kryminałów) potrafi się zdobyć na jakąś głębszą humanistyczną refleksję nad światem.** Pamiętam, jak kiedyś przyjechał do Gdańska na konferencję na temat literatury skandynawskiej i swój wykład zaczął mniej więcej tak: "Wielu ludzi pyta mnie, dlaczego zająłem się pisaniem. W pytaniu tym ukryty jest podtekst: czy naprawdę myślisz, że masz coś ciekawego do powiedzenia? Drugim pytaniem, jakie mi zadają, jest zwykle: dlaczego wybrałeś akurat kryminały? Tu znowu kryje się pytanie: czy już nie było bardziej wartościowego gatunku?"

No właśnie, dlaczego akurat kryminały? Dlaczego tak ich tu dużo? Mój współlokator, którego zapytałam o opinię na ten temat (a którego ojciec sam napisał podobno jakiś kryminał i który chodził do gimnazjum, w którym uczył kiedyś Nesser) nie był w stanie zaproponować żadnego wytłumaczenia, oprócz tego, że to po prostu popularny gatunek, więc autor może liczyć na większe zyski niż w przypadku innych rodzajów literatury. Ja sama mam dwie teorie, jedną bardziej subiektywną od drugiej. Nieco mniej subiektywna brzmi: powód jest ten sam, co klämriskowej paranoi. Po prostu jest tu zbyt bezpiecznie, więc pisze się o morderstwach i innych okropnościach, żeby a) nie było tak nudno, b) przekonać samego siebie, że jednak nie jest tak bezpiecznie i uporządkowanie. Teoria druga, bardziej subiektywna i niepoparta żadnymi badaniami, odnosi się do języka. Otóż wydaje mi się, że język szwedzki, oszczędny, klarowny, ustrukturalizowany i stosunkowo ubogi w słownictwo, pasuje do tego typu historii: kryminałów czy dramatów społecznych (drugi popularny gatunek), natomiast słabo - do baśni czy poezji. Żeby tworzyć w tych gatunkach w języku szwedzkim trzeba być prawdziwym mistrzem słowa, jakim była na przykład Tove Jansson.

Pointy do tego wpisu dostarczyło mi zdanie wyczytane w pewnym czasopiśmie naukowym które przeglądałam w ramach mojej pracy: "Ziemią grzechu, seksu i samobójstw stała się Szwecja w wyobraźni wielu czytelników dzieł współczesnej literatury szwedzkiej i dla znających większość jej filmów.” Zdanie to napisane zostało w roku 1970: opisane tu trendy można więc już chyba nazwać tradycjami.

* A tak na marginesie: czyta się tu dużo. Dużo więcej, niż w Polsce.
** I tu słówko wyjaśnienia, które być może niektórych zdziwi: generalnie nie jestem fanką szwedzkiej literatury, sięgam tylko po wybranych autorów. Być może jest to rezultatem traumy wyniesionej jeszcze ze studiów, a być może - nieznośnej przyziemności tej literatury, z której tylko ci wybrani potrafią się wyłamać.

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Marto, wielkie dzięki! :)
Sięgnę po Nessera...

KM

martencja pisze...

Koniecznie potem podziel się wrażeniami:)

M.

Kolleander pisze...

Chwalisz tego Nessera, robisz mi apetyt, a przeczytać nie mogę bo po szwedzku. Już o tym wspominałam, ale wnoszę jeszcze raz - gdybyś kiedyś przypadkiem wyszła za jakiegoś wydawcę, przetłumacz proszę! ;)

W Polsce w czasach Peerelu, jak mi się zdaje, kryminały też były modne, w każdym razie pojawiało się ich dość dużo (mam ich trochę na półce). Inna sprawa, że niektóre były takie sobie. Za to przeważnie miały świetne okładki (nawet Chandler tam gdzieś jest!). Była np. taka seria "Klub Srebrnego Klucza" (Iskry), albo np. seria z logo-pistoletem (Czytelnik).

Jeszcze inna sprawa, że wtedy ogólnie wychodziło dużo książek (jak się domyślam spełniających OKREŚLONE WARUNKI ;].

martencja pisze...

No tak, wtedy chodziło chyba głównie o to, żeby pokazać, jaki ten Zachód ZŁY: mordują się tam, panie, gwałcą i okradają!

Dobra, jakbym przypadkiem wyszła za jakiegoś wydawcę, postaram się pamiętać. W międzyczasie możesz próbować dorwać te nieliczne przypadki, które przetłumaczono - jeżeli wierzyć Wikipedii, to znajdzie się ich ze trzy... Choć nie wiem, czy można jej wierzyć, że jest na bieżąco, skoro w liście dokonań Nessera nie uwzględnia dwóch jego najnowszych powieści...

O, albo po prostu naucz się szwedzkiego:)!

M.