Przejdź do głównej zawartości

Z komórką przez Gdynię


...czyli lenistwo nie popłaca. Nie chciało mi się brać aparatu, gdy szłam na jesienny spacer. Więc jedynym, co miałam przy sobie, aby spróbować uchwycić to jesienne snujące się przymglenie, te głębokie błękity morza, to słońce odbijające się w falach i burtach jachtów, była kpina zamontowana w mojej komórce. Oczywiście nie muszę dodawać, że w związku z tym żadnej z tych rzeczy uchwycić mi się nie udało, a rezultat jest taki, że aż serce się kraje, jak sobie człowiek pomyśli, jak to mogło wyglądać. Tym boleśniej, jak się porówna ze zdjęciami w poprzedniej dygresji.


Zaobserwowałam jednakowoż między innymi: pana szukającego skarbów na plaży, młodych adeptów żeglarstwa wypływających na Zatokę w swoich miniaturowych żaglówkach, operację ładowania jachtu motorowego na ciężarówkę oraz cumowanie pirackiego statku przy "Barze Pomorza".





Komentarze

Monika pisze…
Uff. A ja już się bałam że całkiem przerzucisz się na zdjęcia z iphone'a.
martencja pisze…
Och nie, aż taka leniwa nie jestem. Zresztą nawet wśród aparatów w komórkach nietrudno jest znaleźć takie, które będą o niebo lepsze od tego badziewia w iPhone'ie. (Gdybym kiedykolwiek w życiu miała sobie kupować komórkę, z pewnością wezmę to pod uwagę - bo jak dotąd komórki zawsze dostawałam po rodzinie, jak im przestawały być potrzebne, a darowanemu koniowi wiadomo co;])

M.
martencja pisze…
P.S. Przy okazji odkryłam, że ten "aparat" ma zooma - ale niedługo się cieszyłam tym odkryciem, ponieważ wkrótce potem odkryłam też, że inżynierowie Apple'a w swej nieskończonej mądrości nie wyposażyli go w umiejętność ustawiania ostrości po zzoomowaniu. Jaki może być pożytek z takiego zooma - rozwiązanie tej zagadki kryje się zapewne gdzieś głęboko w czeluściach laboratoriów Cupertino, CA, pilnie strzeżone przed zwykłymi śmiertelnikami.

M.
qba pisze…
Miałem nawet kiedyś w rękach cały albym zdjeć zrobionych ajfonem. Nawet całkiem niezłych, co potwierdza tezę, że nie aparat czyni fotografa :)
martencja pisze…
Ach tak, to powiedz mi w takim razie, mądralo, jakie błędy popełniłam i co powinnam była zrobić, żeby zdjęcia tutaj zamieszczone nie miały takich przygnębiająco brudnych kolorów i nie były takie nieostre przy brzegach? Chętnie polepszę moje umiejętności fotograficzne.

M.
qba pisze…
Nos normalny aparat :) albo zaakceptuj niedoskonalosc ajfona, i pamiętaj żeby wyczyścić soczewke przed zrobieniem zdjecia
martencja pisze…
@"Nos normalny aparat :)" - do takiego wniosku doszłam już w pierwszym zdaniu posta... Nie potwierdza on jednakże tezy o tym, że "nie aparat czyni fotografa".

@"pamiętaj żeby wyczyścić soczewke przed zrobieniem zdjecia" - no, to jest przynajmniej jakaś konkretna wskazówka:)

M.

Popularne posty z tego bloga

Godzina wilka

Gdybym miała wybrać swoje ulubione szwedzkie słowo, byłoby to chyba właśnie to: vargtimmen, godzina wilka. Jest takie zupełnie nie po skandynawsku metaforyczne i niesamowite. Godzina wilka to czas przed świtem, między 3 a 5 nad ranem, ostatnie godziny nocy, zaraz przed powrotem światła. Według ludowych wierzeń to najtrudniejsza część doby, czas, w którym rodzi się najwięcej dzieci i najwięcej ludzi umiera, śpiący mają najgorsze koszmary, a cierpiących na bezsenność ogarnia największy lęk. Czuwających przy ognisku zaś w tym czasie właśnie mógł zmorzyć sen, czyniąc z nich łatwe ofiary wilków. Według nauki natomiast jest to okres najmniejszej aktywności organizmu, kiedy obniża się temperatura ciała, ciśnienie krwi i przemiana materii.

Jest to także tytuł filmu Ingmara Bergmana. I piosenki zespołu Hedningarna (czyli "poganie"). Ja jednak na ilustrację muzyczną wybiorę inny utwór, trochę, choć już nie tak bezpośrednio, zbliżony tematycznie: ludową piosenkę o wilkołaku w wykonaniu …

Personnummer

Po powrocie do Sztokholmu zastałam w skrzynce list z Urzędu Skarbowego z zawiadomieniem, że przyznano mi oficjalnie personnummer. Tym samym stałam się, w szwedzkim rozumieniu, pełnoprawną istotą ludzką.
Personnummer, dosłownie numer osobisty, a bardziej oficjalnie numer ewidencyjny, to odpowiednik polskiego numeru PESEL. Jak głosi broszura Urzędu Skarbowego, jest on "jednolitym narzędziem pozwalającym na jednoznaczne ustalenie tożsamości osób fizycznych. W obecnej formie numer ten występuje od 1967 r., niemniej już w roku 1947 wprowadzono system ewidencji oparty na dacie urodzenia oraz trzycyfrowej liczbie porządkowej urodzenia" (tak, tak, broszura jest dostępna po polsku).
Osoba bez numeru ewidencyjnego w Szwecji po prostu nie istnieje jako członek społeczeństwa. Pytają się o niego przy zapisywaniu się do lekarza, podpisywaniu jakichkolwiek umów, logowaniu się do serwisów pośredniczących w wynajmie akademików, wyrabianiu kart bibliotecznych, uczestniczeniu w kursach na uniw…

Prawo Jante

Pora dziś na kolejną z serii dygresji edukacyjno-socjologicznych, dla tych z Czytaczy, których interesują zawiłości szwedzkiego charakteru narodowego. Być może rozpoznajecie powyższy obrazek, bo już kiedyś pojawił się w moich dygresjach. Znalazłam go w ulotce Stowarzyszenia Republikańskiego, nawołującego do obalenia monarchii. I przyznam, że jego widok wywołał u mnie złośliwy wewnętrzny rechocik, bo według mnie wskazuje on - świadomie bądź nieświadomie - na dodatkową motywację dla postulatów stowarzyszenia, niewymienioną w ulotce, ale kto wie, czy nie ważniejszą od tych wymienionych, bo zakorzenioną w skandynawskim charakterze.

Norwesko-duński pisarz Aksel Sandemose w powieści z 1933 roku "Uciekinier w labiryncie" nazwał to "prawem Jante". Jante to w jego powieści fikcyjne duńskie miasteczko, w którym obowiązują następujące zasady:

1. Nie sądź, że jesteś kimś.
2. Nie sądź, że nam dorównujesz.
3. Nie sądź, że jesteś mądrzejszy od nas.
4. Nie sądź, że jesteś lepsz…