Przejdź do głównej zawartości

Relikwie zimnej wojny


Zwiedzanie Berlina to w dużej mierze oglądanie świadectw jego całkiem jeszcze nowej historii, pozostałości po podziale miasta i pamiątek po tych, którzy z tym podziałem walczyli - albo po prostu wbrew niemu chcieli zdobyć to, co w życiu powinno być oczywiste i normalne, jak swoboda podróżowania czy możliwość spotykania się z bliskimi.


Gdy zwiedzałam kolejne już muzeum poświęcone temu tematowi, a konkretnie Haus am Checkpoint Charlie, sposób potraktowania tamtejszych eksponatów - tu obcęgi, którymi ktoś przeciął zasieki, tam kufer, w którymś ktoś przemycił swoją narzeczoną - skojarzył mi się ze średniowiecznymi relikwiami. Niemal nabożna cześć w stosunku do przedmiotów, których autentyczność ma nam pozwolić zbliżyć się do czegoś naprawdę Ważnego...


Komentarze

ewa pisze…
ale eksponatów w tym muzeum było stanowczo mniej niż np. palców św.Franciszka we wspomnianym średniowieczu;>

Swoją drogą, za cenę biletu spodziewałam się czegoś bardziej imponującego. Ale może przemawia przeze mnie typowo polskie malkontenctwo..;]
martencja pisze…
Chyba się muszę z Tobą zgodzić. Dużo ciekawszym muzeum ukazującym historię Berlina, a więc po części i ten jej wycinek, okazało się być The Story of Berlin (ukryte trochę poza centrum turystycznym, na Ku'damm). A nawet Muzeum NRD.

M.
ewa pisze…
A dla mnie najciekawszym muzeum, po części też historycznym, było Muzeum Techniki. Jedynym minusem była grupa rozbieganych polskich uczniów szkoły podstawowej;]
martencja pisze…
Tam nie byłam, muszę przyznać. Tak jak nie pojechałam do Poczdamu (bo mi się nie chciało) ani do pałacu Charlottenburg (bo nie przepadam za barokiem). Poza tym, trzeba coś zostawić na kolejną wizytę, nieprawdaż?

M.

Popularne posty z tego bloga

Godzina wilka

Gdybym miała wybrać swoje ulubione szwedzkie słowo, byłoby to chyba właśnie to: vargtimmen, godzina wilka. Jest takie zupełnie nie po skandynawsku metaforyczne i niesamowite. Godzina wilka to czas przed świtem, między 3 a 5 nad ranem, ostatnie godziny nocy, zaraz przed powrotem światła. Według ludowych wierzeń to najtrudniejsza część doby, czas, w którym rodzi się najwięcej dzieci i najwięcej ludzi umiera, śpiący mają najgorsze koszmary, a cierpiących na bezsenność ogarnia największy lęk. Czuwających przy ognisku zaś w tym czasie właśnie mógł zmorzyć sen, czyniąc z nich łatwe ofiary wilków. Według nauki natomiast jest to okres najmniejszej aktywności organizmu, kiedy obniża się temperatura ciała, ciśnienie krwi i przemiana materii.

Jest to także tytuł filmu Ingmara Bergmana. I piosenki zespołu Hedningarna (czyli "poganie"). Ja jednak na ilustrację muzyczną wybiorę inny utwór, trochę, choć już nie tak bezpośrednio, zbliżony tematycznie: ludową piosenkę o wilkołaku w wykonaniu …

Personnummer

Po powrocie do Sztokholmu zastałam w skrzynce list z Urzędu Skarbowego z zawiadomieniem, że przyznano mi oficjalnie personnummer. Tym samym stałam się, w szwedzkim rozumieniu, pełnoprawną istotą ludzką.
Personnummer, dosłownie numer osobisty, a bardziej oficjalnie numer ewidencyjny, to odpowiednik polskiego numeru PESEL. Jak głosi broszura Urzędu Skarbowego, jest on "jednolitym narzędziem pozwalającym na jednoznaczne ustalenie tożsamości osób fizycznych. W obecnej formie numer ten występuje od 1967 r., niemniej już w roku 1947 wprowadzono system ewidencji oparty na dacie urodzenia oraz trzycyfrowej liczbie porządkowej urodzenia" (tak, tak, broszura jest dostępna po polsku).
Osoba bez numeru ewidencyjnego w Szwecji po prostu nie istnieje jako członek społeczeństwa. Pytają się o niego przy zapisywaniu się do lekarza, podpisywaniu jakichkolwiek umów, logowaniu się do serwisów pośredniczących w wynajmie akademików, wyrabianiu kart bibliotecznych, uczestniczeniu w kursach na uniw…

Europejczycy to mięczaki

Snują się po całym budynku jak jakieś duchy narzekając na zimno — Skandynawowie, Brytyjczycy, Portugalczycy... budynek jest wszak siedzibą Centrum Studiów Europejskich, więc można przebierać w narodowościach. Oplatają zgrabiałe palce wokół kubków z gorącą herbatą, zapinają pod szyję swetry i otulają się szalami. I zawracają głowę, że skoro temperatura od paru już dni utrzymuje się poniżej 20 stopni, może by tak włączyć ogrzewanie? Albo chociaż wyłączyć klimatyzację...?
Ledwo wydostali się spod opiekuńczych skrzydeł unijnych norm, świat zaczyna ich atakować. Amerykańska pasta do zębów okazuje się być toksyczna: już po paru dniach używania kończą z gębą pełną aft i muszą szukać kogoś, kto zna kogoś, kto będzie w najbliższym czasie podróżował z Europy i mógłby przywieźć stamtąd tubkę czy dwie — nieważne, z jakiego kraju, nieważne, jakiej marki (tu marki są te same, ale co z tego?), ważne, żeby jej skład spełniał normy UE. Wolą nawet nie myśleć, co jest w jedzeniu, ale na wszelki wypadek…