sobota, 22 marca 2014

Byłam w Nowym Jorku


Grzegorz Turnau twierdzi, że to naprawdę wielkie przeżycie. A ja nie jestem pewna, czy się z nim zgadzam. Owszem, Nowy Jork to bardzo ciekawe miasto. Ale zdarzyło mi się już zwiedzać ciekawsze.


Być może winna mojemu umiarkowanemu entuzjazmowi była pogoda. Czar Nowego Jorku dla kogoś, kto przyjeżdża do niego po raz pierwszy, to wszak przede wszystkim rozpoznawanie miejsc znanych z popkultury. Ale żadne filmy ani seriale nie rozgrywają się w marcu, bo marzec nie jest fotogeniczny. Niebo jest szare, drzewa szarobure, a trawa szarobrązowa. Aktorzy musieliby chodzić opatuleni mało elegancko w kilka warstw odzieży, tuląc się i zacierając ręce z zimna, wycierając czerwone nosy - jak my byliśmy zmuszeni, nie czując się przy tym ani trochę glamour. Więc w popularnej wyobraźni w Nowym Jorku trwa wieczne lato, przerywane tylko ewentualnie od czasu do czasu Bożym Narodzeniem, w czasie którego aktorzy zarzucają na siebie lekkie płaszczyki i są fotografowani na tle świątecznych dekoracji. Nikt też nie wspomina o oszalałym nowojorskim ogrzewaniu.



Manhattan, z którego właściwie prawie się nie ruszyliśmy, mając na Nowy Jork zaledwie trzy dni, pokryty jest szachownicą: aleje biegną z północy na południe, ulice z zachodu na wschód; jeden Broadway przecina to wszystko w poprzek, jakby stwierdzał, że ma gdzieś to purytańskie planowanie przestrzeni. W tej kratownicy ulic przecinających się pod kątami prostymi często jedynym sposobem, żeby się zorientować, w którą stronę trzeba iść, jest kompas. A pomyśleć, że gdy odkryłam istnienie takowego w moim nowym telefonie, zastanawiałam się, do czego mi się on kiedykolwiek przyda!



Z drugiej strony, te proste linie biegnące przez całą długość i szerokość wyspy otwierają ciekawe widoki: równe, niebosiężne ściany budynków tworzą wąskie i głębokie wąwozy, których końca nie widać, wychodzą wprost na niebo. Drapacze chmur są nieco przytłaczające, gdy wchodzi się między nie spomiędzy niższych kamienic: górują nad człowiekiem i zmuszają go do chodzenia z zadartą głową, nie sprawiają wrażenia budowanych na ludzką skalę. Niebo nad nimi zdaje się być wyjątkowo odległe.


Interesujący jest widok budynków klasycyzujących czy secesyjnych w sąsiedztwie tych w nowocześniejszych stylach, ze szkła i stali. I neogotyckie kościoły, malutkie w porównaniu i kryjące się między drapaczami chmur, tym samym zaprzeczając samej istocie tego, czym był gotyk, styl tworzony na inny czas i inną kulturę.


Ale nie cały Manhattan to drapacze chmur. Jego dużą część zajmują dzielnice wypełnione kilkupiętrowymi kamienicami zamieszkanymi przez imigrantów - lub ich potomków - z najróżniejszych części świata, tworzących tam specyficzne, przefiltrowane wersje swoich krajów pochodzenia. Niestety, na ich dokładną eksplorację zabrakło nam już czasu.




W styczniu przeleciałam ćwierć globu na wschód, teraz - ćwierć globu na zachód. Czyli przebyłam w tym roku pół świata. Przy okazji, coś mi się zdaje, że ten blog zamienia się powoli w blog podróżniczy. Chyba codzienne życie nie dostarcza mi dość inspiracji. Gdy zaczynałam tu pisać, zastanawiałam się, czy po jakimś czasie nie wyłoni mi się jakiś motyw przewodni w miejsce wiecznych dygresji. Czyżby teraz, po prawie pięciu latach (jeeeej, to już tyle??), wreszcie miał się pojawić?

Brak komentarzy: