Przejdź do głównej zawartości

Posty

Kable

Z poprzedniego mojego pobytu w Rumunii, dziesięć lat temu, pamiętałam piękno Transylwanii i brzydotę Bukaresztu, pamiętałam wałęsające się wszędzie psy, trudności z dostępem do herbaty i hałaśliwą muzykę puszczaną wszędzie od rana do nocy przynajmniej trzy razy głośniej niż wynosi mój poziom komfortu. Czego nie pamiętałam, to kabli. Ogromnej ilości kabli, wiszących w pękach i zwojach, porozpinanych między słupami i budynkami, plączących się w wielkich kłębowiskach, zwisających tuż nad głowami przechodniów i przedzierających się przez gałęzie drzew. Biorąc pod uwagę moją fascynację szeroko pojętym BHP, jest chyba oczywiste, że nie mogły nie zwrócić mojej uwagi. Przy okazji też być może odkryłam znaczenie tabliczki, którą w tym miejscu kiedyś cytowałam .

Wilkołaki z Gryfii

Nastała kalendarzowa wiosna, więc teoretycznie powinno się poruszać jasne, pogodne tematy. Jednak że wiosna jak na razie pozostaje jedynie kalendarzowa, a śnieg od tygodnia pada z najwyżej kilkugodzinnymi przerwami, na jasne i pogodne tematy nie mam zwyczajnie siły. Wręcz przeciwnie - humor mi się robi coraz bardziej mroczny w miarę jak coraz więcej śniegu zalega na chodniku przed moją kamienicą. Przy mrocznym humorze przypominają się mroczne historie. Jak na przykład ta opowiadająca o tym, jak to Gryfię - taka bowiem jest prawidłowa polska nazwa Greifswaldu - opanowały wilkołaki. Miało to miejsce około roku 1640. Potworów było tak dużo, że właściwie przejęły one kontrolę nad miastem, operując z bazy na Rakower Straße. W Gryfii zapanował terror, nikt nie ważył się wystawić nosa z domu po zmierzchu w obawie przed atakiem. W końcu gryfijscy studenci postanowili stawić czoła wilkołakom i pozbyć się ich z miasta. Z początku ich wysiłki nie przyniosły rezultatów - wydawało się, że wobe...

M jak morderstwo 2

Czytałam kiedyś w internecie serię porad autorstwa mieszkającego w Niemczech Anglika czy innego Anglosasa na temat tego, jak postępować, by wtopić się w niemieckie społeczeństwo. Oprócz tych przypominających, że wychodząc z domu należy ubierać się zawsze w outdoorowe ciuchy (w końcu, jak sama nazwa wskazuje, ubrania outdoorowe są do tego, żeby w nich chodzić na zewnątrz, nawet jeżeli tym zewnętrzem jest centrum Berlina), była ta, że każdy niedzielny wieczór należy spędzać oglądając nowy odcinek "Tatort" . "A czy ten serial jest chociaż dobry?" zapytał zaintrygowany Anglosas swoich niemieckich znajomych, na co mieli oni zareagować zaskoczeniem, stwierdzając, że właściwie to nigdy się nad tym nie zastanawiali - oglądanie "Tatort" to jest po prostu coś, co się robi i czego się nie kwestionuje. Podobnie jak Skandynawowie , Niemcy uwielbiają kryminały. Co więcej, lubią kryminały dziejące się lokalnie, w ich mieście czy regionie. Takie też regio...

Komnata Tajemnic

Wydział Ekonomii UG do tej pory nigdy nie przypominał mi Hogwartu, ale może po prostu byłam uprzedzona.

The daily life and rules

Powyższa tablica w Muzeum Wojskowym w Çanakkale przykuła naszą uwagę na dłuższą chwilę, w czasie której próbowaliśmy zinterpretować jakoś punkt piąty regulaminu: "Visitors must be dressed up according to the daily life and rules and cannot behave contrary to the rules." W końcu nie pozostało nam nic innego, jak się poddać. Inne napotkane przez nas napomnienia i ostrzeżenia były łatwiejsze do zinterpretowania: Choć czasem wcale niepozbawione fantazji:

Troja musi upaść

Wrażenia z Troi zupełnie inne niż te, opisywane w poprzedniej dygresji. Trzeba naprawdę dużej wyobraźni, żeby w tej kupie kamieni zobaczyć dawne miasto. Poza tym, miejsce to zupełnie nie przypomina też tego, co pokazano na filmie sprzed paru lat: gdzie piaszczysta plaża? Gdzie Sean Bean...?   Tytuł posta nawiązuje oczywiście do skeczu kabaretu Potem .

Mądrość Boża

Ze wszystkich zabytków Stambułu największe wrażenie zrobiła na mnie Hagia Sophia. Przez tysiąclecie kościół, pół tysiąclecia meczet, ostatni wiek - muzeum. Pamiątka po wielkiej cywilizacji bizantyjskiej, która, chociaż trwała ponad milenium u granic Europy, jest w niej traktowana nieco po macoszemu. Hagia Sophia już z zewnątrz przytłacza: jej wielka, jasnoczerwona bryła wymyka się próbom odnalezienia jakiejś myśli przewodniej - wygląda raczej, jakby co jakiś czas dobudowywano do niej kolejne, niezbyt regularne elementy. Albo jak wysokie wzgórze, obudowane szczelnie ceglanymi budynkami.   Jednak dopiero wnętrze naprawdę robi wrażenie. Ogromną przestrzeń wypełnia rozproszone światło: to wpadające przez okna, to z zawieszonych nisko nad głowami, choć na linach ciągnących się aż z wysokiego sufitu, wieńców lamp, wreszcie to odbite w złocie mozaik. Ikonografia chrześcijańska miesza się tu z muzułmańską: Matka Boska spogląda z mozaiki na drewniane tablice z imio...