Nie znam się na piłce nożnej i znać się nie zamierzam. Dzięki temu jeżeli już z jakiegoś powodu tego typu widowisko zwróci moją uwagę, obserwuję je jako zjawisko społeczno-antropologiczne oraz studium zachowań stadnych. Na tej zasadzie poszłam kiedyś na mecz Fiorentiny z Sampdorią - mieszkanie przez parę miesięcy w bezpośrednim sąsiedztwie stadionu Fiorentiny i obserwowanie w co drugą niedzielę tłumów kibiców zmierzających na i ze stadionu obudziło w końcu we mnie i w mojej współlokatorce ciekawość, która kazała nam wybrać się tam którejś niedzieli. Zasiadłyśmy w samym środku sektora o eleganckiej nazwie Curva Fiesole, a więc wśród oddanych kibiców gospodarzy, mogłyśmy więc do woli nasłuchać się zestawu okrzyków i piosenek, a nawet obejrzeć układy choreograficzne. Najbardziej podobał mi się ten, który polegał na tym, że cały stadion zaczynał nagle szybko podskakiwać w miejscu. Mecz zakończył się druzgocącym dla gości wynikiem 5:1, a także wyniesieniem na stadion wielkiej flagi Fior...