Przejdź do głównej zawartości

Posty

Życie na kredyt

Tak, znów będzie o bankowości, a konkretnie o moim banku. Korzystanie z usług tej instytucji jest jak granie w grę komputerową o skomplikowanych zasadach, w której można zbierać nagrody w postaci bonusów i premii, ale też, jak się zrobi choć jeden fałszywy krok, kary w postaci opłat bankowych. A cały ten system ma, z punktu widzenia banku, jeden cel: żeby klient jak najczęściej używał karty kredytowej i jak najrzadziej ją spłacał. A więc tak: zakładając, że się ma kartę kredytową - a bank nalega, żeby ją sobie sprawić od pierwszego momentu po przekroczeniu jego progu, uzasadniając to faktem, że w ten sposób się buduje swoją historię kredytową, która będzie bardzo ważna jak się kiedykolwiek będzie chciało wziąć kredyt - ma się trzy podkonta: checking account (czyli zwykłe, podręczne konto), savings account (konto oszczędnościowe) i konto karty kredytowej. Po zalogowaniu się na stronie internetowej banku lub w aplikacji, widzi się stan tych kont, z tym, że na kontach checki...

Zabójcza suszarka

Ostatnio kupiłam sobie suszarkę do włosów. Załączona była do niej instrukcja obsługi. Jeżeli jednak wydaje się Wam, drodzy Czytacze, że instrukcja obsługi suszarki do włosów zajmuje się wyjaśnieniem, który przycisk służy do czego i ewentualnie podaje jakieś wskazówki co do stylizacji włosów, muszę Was rozczarować. Otóż w istocie jej tematem jest to, jak to zrobić, żeby wysuszyć włosy i się przy tym nie zabić. Zagrożenia związane z używaniem suszarki są różnorakie, ale dwa największe to: zaplątany kabel i woda. Dla ułatwienia, na poniższych zdjęciach oznaczyłam różnego rodzaju zagrożenia kolorami:   To, co nie jest zaznaczone żadnym kolorem, to hiszpańska wersja tego samego, co po angielsku oraz inne ostrzeżenia, które ciężko zakwalifikować. Jak na przykład: Na tym jednak nie koniec. Ponieważ kabel jest takim newralgicznym elementem tego śmiercionośnego urządzenia, jest on wyposażony w dodatkowe ostrzeżenia: Ciężko mi powiedzieć, dlaczego frazę "u...

Wolność

Jak wszyscy wiemy, Amerykanie ponad wszystko kochają wolność, na przykład wolność do bycia zastrzelonym przez szaleńca z bronią albo do utraty dorobku życia na pokrycie rachunków medycznych. W związku z tą pierwszą wolnością w tutejszych szkołach dzieci od najmłodszego mają ćwiczenia w chowaniu się pod ławkami i byciu cicho, w czasie gdy nauczyciel zamyka drzwi klasy na klucz od środka, w nadziei, że „bad man” pójdzie sobie dalej i, nie wiem, powystrzela dzieci w sąsiedniej klasie, które mniej się przykładały do ćwiczeń siedzenia cicho pod ławką...? Drugą z tych wolności ogranicza nieco stan Massachusetts, ponieważ nakłada na swoich mieszkańców obowiązek wykupienia ubezpieczenia zdrowotnego. Ale tylko nieco, bo nawet z wykupionym ubezpieczeniem można pójść z torbami, różne ubezpieczenia oferują bowiem różnoraki zakres usług. Dość powiedzieć, że jak kiedyś spróbowałam poszukać ofert w specjalnej wyszukiwarce ubezpieczeń, wyskoczyły mi takie o miesięcznej wysokości składek od ki...

Winter is coming

Wczoraj rano pracownicy i studenci Uniwersytetu Harvarda dostali mejla utrzymanego w tonie ostrzeżenia przed nadchodzącym cyklonem. Mejl przekazywał nadzieję, że wspólnymi siłami uda nam się przetrwać to, co nas czeka, a być może nawet, jak nam się poszczęści, przeprowadzić wszystkie zaplanowane zajęcia, ale jednocześnie też nie krył przed nami trudnej prawdy o sytuacji, wobec której stoimy: rozpoczynającej się zimy. Odkąd tylko tu przyjechałam, a nawet wcześniej, znajomi i mniej znajomi ostrzegali mnie, jak sroga jest bostońska zima.  - Ale -  oponowałam nieśmiało -  wychowałam się na północy Europy, doświadczyłam w życiu srogich zim... - Tu będzie gorzej -  odpowiadali tonem odkrywców arktycznych, którzy stracili połowę palców poszukując Przejścia Północno-Zachodniego. - Ale spędziłam dwie zimy w Sztokholmie   -  dodawałam, co nieco zmniejszało ich pewność siebie, ale za to skłaniało do dzielenia się opowieściami o burzach śnieżnych,...

Złota amerykańska jesień

Amerykanie mają specjalny termin na określenie podziwiania kolorów jesiennych drzew: leaf peeping . Podobno ludzie nawet urządzają zorganizowane wycieczki w tym konkretnym celu. Są specjalne strony internetowe poświęcone temu tematowi, z przewodnikami, propozycjami tras, interaktywnymi mapami itp. Poważna sprawa.  Przyznać jednak trzeba, że jesień w Nowej Anglii prezentuje się rzeczywiście pięknie, o czym zaświadczyć może garść poniższych przykładów (częściowo znanych już tym z Czytaczy, którzy obserwują moje konto na Instagramie ). Wszystkie zdjęcia zostały zrobione w okolicach Harvard Yard, to znaczy parko-dziedzińco-placu, na którym i wokół którego znaleźć można wszystkie najważniejsze budynki Uniwersytetu Harvarda.

Europejczycy to mięczaki

Snują się po całym budynku jak jakieś duchy narzekając na zimno — Skandynawowie, Brytyjczycy, Portugalczycy... budynek jest wszak siedzibą Centrum Studiów Europejskich, więc można przebierać w narodowościach. Oplatają zgrabiałe palce wokół kubków z gorącą herbatą, zapinają pod szyję swetry i otulają się szalami. I zawracają głowę, że skoro temperatura od paru już dni utrzymuje się poniżej 20 stopni, może by tak włączyć ogrzewanie? Albo chociaż wyłączyć klimatyzację...? Ledwo wydostali się spod opiekuńczych skrzydeł unijnych norm, świat zaczyna ich atakować. Amerykańska pasta do zębów okazuje się być toksyczna: już po paru dniach używania kończą z gębą pełną aft i muszą szukać kogoś, kto zna kogoś, kto będzie w najbliższym czasie podróżował z Europy i mógłby przywieźć stamtąd tubkę czy dwie — nieważne, z jakiego kraju, nieważne, jakiej marki (tu marki są te same, ale co z tego?), ważne, żeby jej skład spełniał normy UE. Wolą nawet nie myśleć, co jest w jedzeniu, ale na wszelki wypa...

Zabytki

Odkąd pierwszy raz wyjrzałam przez okno swojego tutejszego pokoju, zaintrygował mnie widok. A konkretnie kamienna wieża. Zamki, pomyślałam, w Ameryce?? No nie, zamków tu nie mają, ale to nie znaczy, że nie mają zabytków i historycznych miejsc. Wieża, jak się okazało, pochodzi z 1903 roku i została zbudowana dla upamiętnienia ważnego historycznego faktu, że w tym właśnie miejscu, a konkretnie na wzgórzu o nazwie Prospect Hill w miejscowości Somerville, pierwszego dnia roku 1776 została podniesiona pierwsza amerykańska flaga. Wyglądała ona tak jak widać powyżej: w rogu miała jeszcze brytyjskiego Union Jacka, a poza tym trzynaście pasów symbolizujących trzynaście kolonii. Prospect Hill, jako najwyższy punkt w okolicy, miał spore znaczenie strategiczne, dlatego obozowali tutaj rewolucjoniści w czasie wojny o niepodległość, której początki rozegrały się w dużej części właśnie w tych okolicach.  A z wieży rozciąga się całkiem niezły widok na Somerville i Boston w ...

Podróż do przeszłości

Kontakty z amerykańską bankowością to jak podróż w czasie. Jako że tutejszy system bankowy rozwijał się wcześniej od europejskiego, zachował dotąd niektóre archaiczne rozwiązania, które w Europie już zarzucono albo których w ogóle nigdy nie wprowadzono. Takie rzeczy jak nietracenie nigdy karty kredytowej z oczu albo zabezpieczanie transakcji PIN-em to najwyraźniej jakieś lewackie europejskie fanaberie, którymi Land of the Free nie ma zamiaru się przejmować — kelnerzy wynoszą więc w najlepsze karty klientów na zaplecze, a ekspedienci są nieco skonfundowani, gdy terminal żąda PIN-u jak się przez niego przepuści europejską kartę. No i czeki... O mój jeżu, czeki! Wiecie, jak na filmach, gdy jakiś arystokrata nonszalanckim ruchem wyjmuje oprawioną w skórę książeczkę czekową, pytając, na ile wypisać, żeby jakiś natręt przestał zawracać głowę? Jak lord Grantham próbuje przekupić Toma Bransona, żeby zapomniał o jego córce i sobie poszedł...? No więc tutaj takie wielkopańskie gesty...

Frozen

Amerykanie kochają lód. Dla pewności, że lodu im nigdy nie zabraknie, sprzedają go worami w supermarketach. Dla pewności, że uda im się go dostać również poza godzinami pracy supermarketów, stawiają automaty na lód na ulicach. Jest to konieczne, ponieważ lód jest niezbędnym dodatkiem do każdego napoju, który nie jest gorącą herbatą albo kawą; gdy na przykład serwuje się napoje gazowane w ramach szwedzkiego stołu, obok nich znajdzie się micha lodu. Co by się stało, gdyby zaserwowano kiedyś napój bez lodu, ciężko mi powiedzieć, bo jeszcze takiego fenomenu nie udało mi się zaobserwować. Przypuszczam, że doszłoby do scen zgoła apokaliptycznych. Amerykanie kochają też klimatyzację. Choćby na zewnątrz panowało przyjemne 20 stopni, we wnętrzach musi być 15. Gdy na zewnątrz jest 35, we wnętrzu też jest 15, bo nic tak nie sprzyja dobremu zdrowiu, prawdaż, jak nieustanne przechodzenie między skrajnościami. Najwyraźniej świat jest dla mieszkańców tego kontynentu po prostu za gorący....

Reaktywacja

Due to popular demand... No dobrze, może ze dwie czy trzy osoby się dopominały  —  zatem due to a demand, blog powraca!  Żeby relacjonować dziwy tym razem amerykańskiego życia. Zobaczymy, na jak długo starczy mi tym razem zapału... Mam pełną świadomość, jak antyczne to medium, no co najmniej z zamierzchłej zeszłej dekady. Świadectwem tego są zresztą niedziałające tu i ówdzie linki i niewyświetlające się fotografie w starych wpisach — nie będę ich naprawiać, między innymi dlatego, że nie pamiętam już, do czego odsyłały i co przedstawiały... Niech pozostaną jako swego rodzaju świadectwo upływu czasu. A na dobry początek nic nie byłoby bardziej adekwatnego niż amerykański klämrisk!

Niemcy oglądają mecz

W popularnej w Greifswaldzie restauracji/barze miejsca na oglądanie meczu trzeba było zarezerwować z wyprzedzeniem. W sali, na co dzień zastawionej stolikami, spuszczono ekran i włączono rzutnik. I ustawiono krzesła. Ponumerowane krzesła w ponumerowanych rzędach. Z nazwiskiem osoby robiącej rezerwację przyklejonym do krzesła. W czasie meczu po sali krążą kelnerzy i kelnerki i zbierają zamówienia, zapisując je na konto odpowiedniego miejsca - wychodząc po skończonym meczu należy uiścić odpowiednią sumę przy barze, podając odpowiedni numer. Podobno w Monachium wczoraj miejsce można było uzyskać już tylko kupując je na eBayu za 50 euro.   Pewien brazylijski znajomy Mojej Sista stwierdził ostatnio, że woli Polskę od Niemiec, bo Polska jest bardziej zorganizowana. Najwyraźniej nigdy nie oglądał w Niemczech meczu w miejscu publicznym.  

Chodzę po mieście

Chodzę po mieście, w którym jestem z wizytą i łapię się na rozmyślaniach - jak często w miastach, w których jestem z wizytą - jak by się tu żyło. W której kawiarni przysiadało na herbatę i ciasto, którym autobusem jeździło do domu, jak wpasowywało w rytm ulicy. Szybko uderza mnie przypomnienie: przecież wiedziałam. Przecież przysiadałam, jeździłam, pasowałam. I już nie pamiętam? To miasto to Sztokholm. Zastanawiam się więc nad szczególną nostalgią miejsc, które kiedyś były moje, które należały do mnie i ja do nich, ale już nie dziś, i nad tym, że z upływem czasu będzie ich coraz więcej. Nad ich szczególną swojością i nieswojością, poczuciem bycia wewnątrz i na zewnątrz jednocześnie. Nad tym, jak znaczą upływ czasu, upływ życia. Dziwne uczucie, trudne do uchwycenia, jeszcze trudniejsze do nazwania; smutne i zarazem nieuchronne. Przez te kilka dni, kiedy jestem tu tym razem, gdy tylko mam wolny czas, spędzam go na spacerach i wypełnianiu moich rytuałów: z Södermalm idę na ...

Byłam w Nowym Jorku

Grzegorz Turnau twierdzi , że to naprawdę wielkie przeżycie. A ja nie jestem pewna, czy się z nim zgadzam. Owszem, Nowy Jork to bardzo ciekawe miasto. Ale zdarzyło mi się już zwiedzać ciekawsze. Być może winna mojemu umiarkowanemu entuzjazmowi była pogoda. Czar Nowego Jorku dla kogoś, kto przyjeżdża do niego po raz pierwszy, to wszak przede wszystkim rozpoznawanie miejsc znanych z popkultury. Ale żadne filmy ani seriale nie rozgrywają się w marcu, bo marzec nie jest fotogeniczny. Niebo jest szare, drzewa szarobure, a trawa szarobrązowa. Aktorzy musieliby chodzić opatuleni mało elegancko w kilka warstw odzieży, tuląc się i zacierając ręce z zimna, wycierając czerwone nosy - jak my byliśmy zmuszeni, nie czując się przy tym ani trochę glamour. Więc w popularnej wyobraźni w Nowym Jorku trwa wieczne lato, przerywane tylko ewentualnie od czasu do czasu Bożym Narodzeniem, w czasie którego aktorzy zarzucają na siebie lekkie płaszczyki i są fotografowani na tle świątecznych dekorac...

Noś kask

Na koniec relacji z Birmy, z pewnym opóźnieniem, musi znaleźć się też coś klämriskowego. Zbyt dużo do zaobserwowania pod tym względem nie było, w myśl hipotezy, już kiedyś przeze mnie na tych łamach wyrażonej , że społeczeństwa, które borykają się z tzw. prawdziwymi problemami, nie będą się martwić drzwiami od windy i złowrogimi żółtymi liniami. Nie mogłam jednak zignorować plakatów, które napotkaliśmy w centrum Nowego Baganu, wzywających do noszenia kasków podczas jazdy motocyklem lub skuterem: Moją uwagę przykuł szczególnie plakat po prawej. Bardzo żałuję, że nie znam języka birmańskiego, przez co nie potrafię odcyfrować przesłania plakatu. Niemniej jednak, wygląda on intrygująco! Niestety, mimo to nie okazuje się on skuteczny: nikt w Baganie nie jeździ w kasku!

Polityka

"You may not think about politics, but politics thinks about you." Autorem tych słów jest ponoć birmański bohater drugiej wojny światowej i walk o niepodległość, generał Aung San, prywatnie ojciec Aung San Suu Kyi, polityk i działaczki humanitarnej. Parę razy w czasie naszych wędrówek po kraju zastanawiałam się, na ile polityka miejscowa interesuje się takimi zagranicznymi turystami jak my i z tego zainteresowania, na przykład, śledzi nasze wszystkie kroki. Podróżując przez Birmę - czy też Mjanmę, jak od 1989 roku brzmi oficjalna nazwa kraju - podziwiając jej zabytki i naturę, przypatrując się życiu ulicznemu i zachwycając niezwykłą gościnnością nie sposób jednak nie pamiętać, że jest to kraj nie tylko biedny (napotkany w samolocie z Bangkoku do Mandalaj amerykański turysta porównał go do Tajlandii dwadzieścia lat temu - nie wiem, jak wyglądała Tajlandia dwadzieścia lat temu, ale dzisiaj na pierwszy rzut oka widać ogromny kontrast), ale również wydobywający się z otchłani...

Święto w Mandalaj

4 stycznia obchodzone jest w Birmie Święto Niepodległości - rocznica uzyskania niepodległości od Brytyjczyków w 1948 roku. Był to zarazem pierwszy dzień naszego pobytu w tym kraju; spędziliśmy go w Mandalaj i tam właśnie mieliśmy okazję przyjrzeć się festynowi urządzonemu z tej okazji.  Mandalaj jest drugim największym miastem Birmy, składa się ono z kratownicy ulic przecinających całe miasto pod kątami prostymi - ulic bez nazw, tylko z numerami. Tylko kilka akcentów przerywa tę monotonię: brzegi rzeki Irawadi na zachodzie, dwa jeziora na południu, zbocza Wzgórza Mandalaj na północy (na którego szczyt każdego wieczoru ściągają turyści podziwiać zachód słońca oraz lokalni studenci i mnisi ćwiczyć angielski w rozmowach z turystami) oraz ogromny kwadrat kompleksu pałacowego, niczym wyspa w samym środku miasta (pałac odbudowano - ponoć wykorzystując robotników przymusowych - w latach 1990., po zniszczeniach czasów II wojny światowej; dziś pozostaje pod kontrolą birmańskiej armii e...